Witamy na stronie parafii

Świętych Pierwszych Męczenników Polski w Częstochowie.

Szczęść Boże!

 

Miłosierdzie Boże « WIERZE UFAM MIŁUJĘ

 

 

 

 


 

 

 

 

Jan Paweł II i zderzenie cywilizacji - ks. Piotr Mazurkiewicz

Wdzięczni za Twą miłość

 

1.

Bóg nam Ciebie ofiarował,

by nasz naród w wierze trwał,

zniewolenia grzech pokonał,

o dobro swych dzieci dbał.

 

Ref.

Ojcze święty Janie Pawle,

dzięki Ci za miłość Twą,

która łączy serca bratnie,

oczy zdobi szczęścia łzą.

 

2.

Tak jak strumień, co z gór spływa,

życiodajny niosąc zdrój,

tak Twa miłość w nas wciąż żywa,

wiedzie świat w zwycięski bój.

 

3.

Święty Janie Pawle Wielki,

swą modlitwą wspieraj nas.

Aby Polska dobrem wszelkim,

Czciła Boga w każdy czas.

 

             ks. Stanisław Jasionek


Wniebowstąpienie Pańskie - 24 maja 2020 r.

GDY PRZYCHODZĄ WĄTPLIWOŚCI…

Wraz z apostołami udajemy się na górę, aby być świadkami wniebowstąpienia Jezusa. Nie jest to scena jedynie historyczna. Obietnica, jaka tam została złożona, i misja, jaką otrzymali uczniowie, trwają do dziś w życiu wspólnoty Kościoła oraz każdego chrześcijanina.
Wniebowstąpienie jest ostatnim wydarzeniem z ziemskiego życia Jezusa. W istnieniu wspólnoty apostolskiej zamyka jeden etap, a otwiera nowy, który nastąpi wraz z zesłaniem Ducha Świętego. Ten rodzący się do życia Kościół wciąż jest jeszcze bardzo słaby. Wielu spośród uczniów nadal wątpi w zmartwychwstanie. Nie dowierzają, że ten, który im się ukazuje, to Jezus z Nazaretu, za którym pewnego dnia zdecydowali się pójść i na którego śmierć patrzyli.
Odchodzący do domu Ojca Jezus pozostawia im zadanie: mają nauczać wszystkie narody i udzielać im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Otrzymują też władzę rozgrzeszania. Ich trwająca wciąż niepewność zostanie rozwiana za dziesięć dni, kiedy w dniu Pięćdziesiątnicy otrzymają w wieczerniku Ducha Świętego. Syn Boży obiecuje uczniom, że pozostanie z nimi przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. Zapewnienie to trwa po dziś dzień i rozciąga się na wciąż doświadczalną Jego obecność w życiu Kościoła i każdego człowieka.
Jeśli czasem mamy wątpliwości i zastanawiamy się nad tym, czy aby Bóg nas nie opuścił, warto przypominać sobie słowa obietnicy złożone uczniom Pańskim w dniu wniebowstąpienia: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Czy jest możliwe, aby Bóg nie dotrzymał obietnicy?

ks. Mariusz Krawiec ‒ paulista


 

Wszyscy powinniśmy być misjonarzami w swoich środowiskach

Rozmowę ks. prałatem Eugeniuszem Bubakiem przeprowadziła Irena Karpeta

         Irena Karpeta: Pragnę dziś porozmawiać z księdzem prałatem Eugeniuszem Bubakiem, zamieszkującym w naszej parafii, który – choć przeszedł na emeryturę – nadal duszpastersko wspomaga kapłanów.

         Czcigodny Księże Prałacie, św. Jan Paweł II o rodzinnych Wadowicach mówił: „to tu wszystko się zaczęło”. A jak to było u Księdza? Proszę o sentymentalną podróż w czas dzieciństwa i młodości, o kilka zdań o domu rodzinnym, szkole…

         Ks. prałat Eugeniusz Bubak: Urodziłem się w Niegowonicach, ale od drugiego roku życia mieszkałem w Łazach. Tutaj chodziłem do szkoły podstawowej, a potem średniej. Następnie był Centralny Ośrodek Szkolenia Technicznych Wojsk Lotniczych w Oleśnicy i służba w Technicznej Eskadrze Wojsk Lotniczych we Wrocławiu. W 1978 roku „trafiłem” do Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, dla porównania z innymi klerykami 6 lat „spóźniony”.

         I.K.: No właśnie, pozwoli Ksiądz, że zadam delikatne pytanie, które – jak mniemam – nie zdziwi Księdza. Wezwanie do kapłaństwa – dar i tajemnica. Czy było ono zaskoczeniem dla Księdza, czy dojrzewało stopniowo?

         Ks. E.B.: Szczerze mówiąc nie myślałem o pójściu do seminarium i o kapłaństwie, pomimo, że przyjaźniłem się w wieloma księżmi wikariuszami w parafii. Miałem też serdecznego przyjaciela, nieżyjącego już, księdza Emila Cudaka – misjonarza. To Pan Bóg nieoczekiwanie i jakby przypadkiem obudził moje powołanie. Ks. Emil, jego brat i ja byliśmy na Pojezierzu Lubawskim, gdzie ks. Emil zastępował ks. Ucieklaka. Byliśmy na śniadaniu u ks. proboszcza w Sulęcinie, który najpierw zapytał o maturę, a potem stwierdził, że zabiera mnie ze sobą do Seminarium. Na moje pytanie: „ale po co?” odparł: „bo jesteś potrzebny”. Na księdza rektora czekaliśmy w katedrze w Paradyżu zwiedzając ze świecami podziemia, w których spoczywa wiele osób duchownych i szlachty. Przydarzyła mi się wtedy przygoda. Otóż zatrzymałem się przy trumnie szlachcica i nie zauważyłem kiedy pozostali wyszli, świeczka zgasła, klapa do krypty zatrzasnęła się i musiałem tam chwilę w ciemnościach pozostać dopóki mnie nie wypuszczono. Potem było spotkanie i rozmowa z księdzem rektorem, który kazał mi złożyć odpowiednie dokumenty. Poszedłem po nie do ks. prał. Mieczysława Szostka – proboszcza w Łazach, który stwierdził, że da mi pozwolenie, ale jeśli mam pójść do seminarium, to tylko „naszego” tj. częstochowskiego.

         I.K.: Po studiach przyszedł moment święceń, potem Msza święta prymicyjna – wzniosłe i wzruszające przeżycia …

         Ks. E.B.: W 1984 roku święcenia miały miejsce w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego. Potem należało znaleźć kościół poza parafią, w którym odprawię swoją Mszę prymicyjną. To prawdziwie wzniosłe i wzruszające przeżycia pozostające w sercu i w pamięci na zawsze.

         Po Mszy świętej prymicyjnej tradycyjne przyjęcie miało miejsce na działkach w Łazach pod przygotowanymi namiotami, tak jak 10 lat wcześniej w przypadku ks. Emila Cudaka, w 1981 r. ks. Adama Bachowskiego, w 1982 – ks. Kazimierza Świerdzy, moje w 1984, trzy lata później ks. Tadeusza Pietrzyka.

         I.K.: Posługę duszpasterską, począwszy od wikariusza i zakończoną prowadzeniem parafii, sprawował Ksiądz w niejednej wspólnocie? Co z tego okresu zapadło w ojcowsko-kapłańskie serce? Może są jakieś wyjątkowe wspomnienia?

         Ks. E.B.: Zaczęło się od Starczy – dwa lata, Żytno – dwa lata, po czym ks. bp Miłosław Kołodziejczyk zlecił mi zadanie odbudowy kościoła i stworzenia parafii w Łaszewie. Zostałem wikariuszem terenowym. Przez rok mieszkałem w Mierzycach ucząc dzieci w Mierzycach, Łaszewie i na Jajczakach. Jednocześnie przygotowywałem dokumenty do rozbiórki starego kościoła i budowy nowego – na nowych fundamentach i w tym samym stylu. Trzeba też było załatwić pozwolenie na budowę plebani i wystawić ją. Potem ks. bp Ordynariusz zlecił mi jeszcze zdobycie terenu na cmentarz i ogrodzenie go. Wszystko udało się wykonać z Bożą pomocą i przy ofiarnym udziale parafian.

         I.K.: Wiem, że pracował Ksiądz Prałat na misjach. Pomówmy o tym szerzej. Zaczęło się od pragnienia własnego serca, czy od złożonej propozycji? I jakie były początki?

         Ks. E.B.: Pracowałem na misjach w Kamerunie w Afryce. Myślę, że taka była wola Boża, a ja ją tylko realizowałem. Propozycję otrzymałem od ks. prał. Wacława Kuflewskiego, który potrzebował księdza na misje „od zaraz”. Kiedy człowiek ma 40 lat … zgodziłem się bez namysłu. Jednak ks. bp Stanisław Nowak postawił warunki, m.in. musiałem się nauczyć języka francuskiego. I tak od 1 września 1991 roku znalazłem się na kursie w Warszawie w Centrum Formacji Misyjnej, po roku pojechałem na 3 miesiące do parafii we Francji i dopiero potem nastąpił wyjazd do Kamerunu. Otrzymałem parafię Minta, która była opuszczona przez pół roku. Kierowca przywiózł mnie do Mimboe, wystawił walizki i odjechał. Zostałem sam. Powolutku ludzie zainteresowali się mną i otworzyli zakurzoną plebanię. W niej zastałem kilka węży, niezliczoną liczbę karaluchów, a także skorpiony i … małą świeczkę, która – jako źródło światła – nie posłużyłaby zbyt długo, na szczęście miałem swoją lampkę. Bóg dał, że przeżyłem te trudne początki, potem było coraz lepiej. Bardzo brakowało jakiegoś pojazdu, by docierać do około 20 wiosek w promieniu 30 kilometrów. Po upływie 1,5 roku i różnych perypetiach zdrowotnych znalazłem się w innej placówce misyjnej, gdzie pracowało dwóch księży z Polski i pięć sióstr. Była to misja o wiele większa licząca 72 wioski i małe miasteczko Nguelemendouka z kilkoma tysiącami mieszkańców. Wśród nich katolicy, muzułmanie, świadkowie Jezusa, baptyści, protestanci i animiści wierzący w różne duchy.

         I.K.: Znam osobiście dwóch misjonarzy – ojca karmelitę i księdza ze zgromadzenia pallotynów. Obaj pracują w Rwandzie. Mam ich w duchowej adopcji. Dla mnie misjonarze – konsekrowani i świeccy – są jak pierwsi Apostołowie. Niosą Dobrą Nowinę w środowiska o innej kulturze, obyczajach i językach, tam, gdzie często panuje głód i groźne choroby, gdzie brak wody, gdzie toczą się wojny i prześladowania. To prawdziwi mocarze ducha i wybrańcy Boga, którzy otrzymali od Niego dar wielkiej wiary. Proszę wybaczyć tę osobistą refleksję i opowiedzieć szerzej o swojej pracy misyjnej …

         Ks. E.B.: Zgadzam się z Panią – praca misyjna nie jest łatwa, ale jej wyniki sprawiają radość i satysfakcję. Opowiem jak wygląda typowy dzień zajęć księdza misjonarza. Wyjeżdżam o 700 rano, by dotrzeć do wioski oddalonej o ok. 35 kilometrów. Droga błotnista, na niej mostki z dwóch bali na wysokości kilku metrów. Docieramy bezpiecznie na miejsce. Siostra zajmuje się leczeniem, ja siadam na pniaku i spowiadam przez ok. dwie godziny. W tym czasie katechista, chórzyści, muzycy, lektorzy przygotowują liturgię. Około godz. 11-ej, gdy słońce praży niemiłosiernie, zaczynamy Mszę świętą, która trwa gdzieś do godz. 14-ej – wszak wszyscy muszą się zaprezentować, bo Msza św. w wiosce jest 2-3 razy w roku. Potem odwiedziny wszystkich chorych – jednych z Komunią świętą, innych bez, bo nie wszyscy są ochrzczeni. Około godz.16-ej posiłek przygotowany przez całą wioskę i dla wszystkich przybyłych. Jako ciekawostkę podam, co może być w menu: kura, małpa, ryby, maniok, pataty, ryż, dzikie sarenki, czasami świnia i oczywiście owoce. Po obiedzie - spotkania z katechistami z danego okręgu. Nadmienię, że w całej parafii było około stu katechistów w ośmiu okręgach plus szefowie tych okręgów (jak nasi dziekani). Na każde takie spotkanie przybywa dziesięciu katechistów. Omawia się z nimi ważne sprawy jak: ntolo tj. dar dla kościoła, chrzty – przygotowania do katechumenatu, chorzy, sprawy bieżące. Po takim dniu wypełnionym całodzienną pracą „wypompowany” wracałem na misję, by następnego dnia rano „wypuścić się” w kolejny zakątek.

         W mentalności, tradycji i kulturze ludów afrykańskich zakorzeniona jest potrzeba przywódcy. Kimś takim może być kacyk, szaman. We wspólnocie parafialnej przywódcą staje się misjonarz. Jeśli zdobędzie ich zaufanie swoim życiem i przykładem będzie dla nich jak przywódca i ojciec. Misjonarz musi pamiętać, że może „dominować” tylko rozwagą, mądrością, otwartym sercem, aby – w miarę możliwości – rozwiązywać sprawy, z którymi do niego przyjdą. Różne sprawy, także sąsiedzkie i małżeńskie.

         Podam taki przykład. Kiedyś o godz.1-ej w nocy musiałem interweniować w groźnej sytuacji – mąż gonił żonę z maczetą oskarżając ją o zdradę. Zdołałem nakłonić męża do oddania groźnej broni. Przegadaliśmy w trójkę noc do 5-ej rano, no i udało się – przeprosili się i pogodzili dla dobra ich siedmiorga dzieci. Maczetę – narzędzie pracy mógł odebrać po kilku dniach.

          I.K.: Jeszcze jedno pytanie, już na zakończenie naszej rozmowy. Co szczególnie chciałby Ksiądz przekazać od siebie nam i może tym, którzy zechcą podjąć się pracy misyjnej?

         Ks. E.B.: Nam wszystkim, a szczególnie tym wybierającym się na misje zalecam: głęboką duchowość i prawdziwą pobożność, dużo humoru i dystansu do siebie, nie poddawania się przeciwnościom i zniechęceniu. Oczywiście misjonarzom potrzebne jest też dobre zdrowie. W wielkim skrócie opisałem pracę misyjną. Jeśli ją przerwiemy i zaprzepaścimy słowa Pana Jezusa „Idźcie na cały świat”, to zgubimy drogę Apostołów. Ta praca nie przynosi korzyści materialnych, ale wielki zysk duchowy. Trzeba nam nieustannie prosić Pana Boga o to, by zawsze znaleźli się młodzi ludzie zdolni z zapałem poświęcać się dla innych. I chociaż bywa to niebezpieczne, lepiej można zrozumieć słowa: „większa jest radość z jednego nawróconego niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych”. Na misjach trzeba być po trosze ojcem, matką, bratem, siostrą po to, by wejść w mentalność i życie tamtych ludzi i głosić im Chrystusa, głosić Jego Miłość.

         Wszyscy też powinniśmy być misjonarzami w swoich środowiskach. Dlatego prośmy Pana, aby ci „posłańcy” zawsze byli i choć przez kilka lat oddawali cząstkę siebie Panu Jezusowi i innym ludziom.

         I.K.: Bardzo dziękuję, Czcigodny Księże Prałacie, za udzielenie wywiadu. Mam nadzieję, że wpisał się on nie tylko w proces wzajemnego poznawania się we wspólnocie, ale też w dzieło ewangelizowania – przesłanie dla naszych następców. Życzę obfitych łask Bożych, w tym dobrego zdrowia. Ad Multos Annos!

    

Konto naszej parafii:

Bank Pekao S.A.      69 1240 1213 1111 0010 9797 8865

               



    


 

 

Kontakt

tel. 34 322-71-10

e-mail: stjasionek@op.pl

Godziny Mszy świętych

Niedziela: 8.00, 9.30, 11.00, 12.15, 17.00
Sobota - Msza św. niedzielna: 18.00 poprzedzona nieszporami: 17.40
Dni powszednie: 8.00, 18.00

Adres

ul. Obrońców Westerplatte 37
42-200   CZĘSTOCHOWA

Kancelaria parafialna

Czynna od poniedziałku do piątku

od godz. 16,30 do 17,30

w soboty i dni świąteczne 

kancelaria nieczynna

telefon: 34 322-71-10

 

 

Spowiedź św.

Spowiadamy przed każdą Mszą św. oraz gdy istnieje taka potrzeba w jej trakcie. W pierwsze piątki miesiąca spowiedź św. odbywa się w godz. od 17.00 do 18.30. Zapraszamy!