Witamy na stronie parafii

Świętych Pierwszych Męczenników Polski

w Częstochowie.

Miłosierdzie Boże « WIERZE UFAM MIŁUJĘ

Szczęść Boże!

 

    

 

 

Życiodajny pokarm

Gdybyśmy wzięli naprawdę do serca słowa dzisiejszej Ewangelii, w których Pan Jezus tak wyraźnie mówi o tajemnicy Eucharystii, i pozwolili się im prowadzić, to chyba nigdy, ale to nigdy z własnej woli, lenistwa czy wygodnictwa nie opuścilibyśmy niedzielnej Mszy świętej z pełnym w niej uczestnictwem, to znaczy z przyjęciem Najświętszego Ciała Chrystusa.

Jezus, nauczając tłumy, mówił, że jest Chlebem, dającym życie wieczne: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. Czy można dobitniej wyrazić zbawczą moc Eucharystii? Potrzebujemy tego Pokarmu, by nie ustać na drodze wiary, by nie stracić duchowej jedności z Bogiem i bliźnimi, by nasze życie duchowe mogło przypominać raczej kwitnący ogród niż bezwodną pustynię. Jeśli zdarza mi się zaniedbywać udział w Eucharystii, to znaczy, że wciąż tak mało rozumiem ze słów Chrystusa, a moje serce pilnie potrzebuje nawrócenia, czyli otwarcia na łaskę i rozpalenia na nowo miłością do Boga.

Przyjmując Eucharystię i żyjąc nią na co dzień, coraz bardziej upodabniamy się do Tego, który do nas przychodzi. Trafnie wyraził to w jednym ze swoich kazań Święty Augustyn: „Kiedy spożywacie ten pokarm i pijecie napój, zmieniają się one w was; tak i wy zostajecie zmienieni w Ciało Chrystusa, jeśli żyjecie w posłuszeństwie i pobożności”. Dzięki Eucharystii, coraz wyraźniej stając się Chrystusowi, podobamy się Ojcu Niebieskiemu, a On może w nas rozpoznać podobieństwo do swojego umiłowanego Syna.

o. Jarosław Krawiec, dominikanin

 

Jest potrzebą wspólnoty wiernych, by poznawać się wzajemnie. Naszą Parafię, liczącą przeszło pięć tysięcy wiernych zamieszkują osoby, które warto bliżej poznać, gdyż ich życie, wiara i działalność ludzka, mogą pobudzić serca Parafian do niejednej ciekawej refleksji. Poznajmy się, by stać się bardziej siostrami i braćmi w Jezusie Chrystusie, naszym Bracie, Panu i Bogu.

W MOJEJ RODZINIE WIARA I MEDYCYNA BARDZO SIĘ ŁĄCZĄ

Wywiad z Karolem Biskupkiem przeprowadziła Irena Karpeta

         Irena Karpeta: Kolejnym moim rozmówcą jest lekarz – pan Karol Biskupek. Po wywiadzie przeprowadzonym przez Mieczysławę Dąbrowską z Genowefą Święciak - neurologiem, dziś kolej na wywiad z internistą.

         Panie Doktorze, tak bywa, że pewne profesje przechodzą z pokolenia na pokolenie, np. w zawodzie piekarza, cukiernika, prawnika. Zdarza się to całkiem nie rzadko wśród lekarzy. A jak jest w Pana przypadku?

         Karol Biskupek: Jestem lekarzem od 1975 roku, kiedy uzyskałem dyplom. Moja żona Halina jest ginekologiem i położnikiem. W naszym przypadku jest to profesja w pierwszym pokoleniu. Możemy, zatem powiedzieć, że pełnimy ten zawód z powołania i własnego wyboru.

         I.K.: Wszystko w naszym życiu ma początek w rodzinie. Zechce nam Pan przybliżyć swoje korzenie i powiedzieć kilka słów o tej, którą Pan założył? Czy rodzina ma znaczenie i jakie dla Pana?

         K.B.: Pochodzę z typowej śląskiej rodziny z Górnego Śląska. Moja mama Anna była bibliotekarzem i prowadziła dużą bibliotekę zakładową w kopalni. Ojciec Paweł, podobnie jak dziadek, był mistrzem piekarnictwa. Obaj prowadzili własny zakład piekarniczy do momentu upadku firmy, który nastąpił wskutek powojennej polityki fiskalnej władz komunistycznych, zmierzającej do zniszczenia rzemiosła indywidualnego. Życie mojej rodziny opierało się na trzech priorytetach: kościół – praca – rodzina. To była polska, katolicka, tradycyjna rodzina, w której rzeczą naturalną było uczestnictwo w nabożeństwach majowych i różańcowych w październiku. Obaj z bratem byliśmy ministrantami. Do rodzinnej tradycji należały – od zawsze – coroczne pielgrzymki do Sanktuarium Maryi na Górze Świętej Anny, potem też na Jasną Górę. Własną rodzinę założyłem w 1981 roku, kiedy to z wybranką serca Halinką – częstochowianką, złożyliśmy sobie przysięgę małżeńską. Czyli jestem częstochowianinem z wyboru. Potem urodziły się nam dwie córki. Starsza jest radcą prawnym, młodsza lekarzem stomatologii i kontynuuje niejako tradycję lekarską. Mamy dwie kochane wnuczki.

         Zgadzam się z Panią, że – w każdym „zdrowym narodzie” - rodzina jest podstawą. Chcę mocno podkreślić, że i w moim życiu rodzina ma kardynalne znaczenie. Muszę jednak uczciwie przyznać, że – ze względu na wiele godzin spędzonych w pracy i liczne inne obowiązki – poświęcałem jej zbyt mało czasu. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi to wybaczone.

         I.K.: Studia medyczne to potężna dawka wiedzy, którą trzeba nie tylko przyswoić, ale – moim zdaniem laika – także „oswoić”. Czy się mylę myśląc, że właśnie dlatego, trwają one długo i wymagają stażu? Na jakim etapie wybrał Pan swoją specjalizację i dlaczego właśnie ją? Czy nie żałuje Pan swego wyboru zwłaszcza, że medycyna wciąż się rozwija i nadal trzeba się uczyć?

         K.B.: Zawsze interesowało mnie życie na poziomie funkcjonowania pojedynczej komórki czy tkanki i dlatego wybrałem medycynę. Już po studiach, przez 3 lata, pogłębiałem wiedzę w zakresie fizjologii i uczyłem jej studentów. Stąd, wybór specjalizacji w zakresie chorób wewnętrznych i praca przez trzynaście lat w Klinice Chorób Wewnętrznych w Zabrzu. Nigdy nie żałowałem wyboru, a uczyć się i rozwijać musimy przez całe życie wszyscy, nie tylko po to, by stawać się lepszymi w swoim zawodzie, ale i lepszymi ludźmi. Fascynuje mnie poznawanie nowych obszarów medycyny i pewnie dlatego, doszedłem do stopnia doktora nauk medycznych. Bardzo chciałbym coś wyjaśnić, jako osoba wierząca i praktykująca. Otóż, nieskończoną mądrość naszego Stwórcy można znaleźć w funkcjonowaniu pojedynczej komórki i tkanki. Nie ma w tym absolutnie żadnego przypadku. Teoria prostej ewolucji nie jest w stanie tego wytłumaczyć i wiedzą to mądrzy uczeni, nie pseudo-naukowcy.

         I.K.: Pan także, jak wielu lekarzy z Pańskiego pokolenia, odbywał staż. Jak, z perspektywy lat i doświadczeń, ocenia Pan doktor ten czas? Czy mógłby Pan wskazać przykłady swoich mistrzów? I jeszcze pytanie: co sądzi Pan o nie odległym proteście lekarzy rezydentów?

         K.B.: Wszyscy lekarze po studiach odbywają roczny staż podyplomowy w podstawowych działach medycyny. Tak było przed czterdziestoma trzema laty, kiedy ukończyłem studia i – moim zdaniem – tak powinno pozostać z oczywistych względów. Czas stażu potrzebny jest do pogłębienia wiedzy, niejako „posmakowania”, dotknięcia medycyny „od kuchni” w namacalnych przypadkach. Dopiero wtedy można świadomie podjąć decyzję i wybrać swoją specjalizację, zgodnie z zainteresowaniami i predyspozycjami.

         Zapytała Pani o mistrza? Moim mentorem był prof. zw. Jan Sroczyński wybitny lekarz i wspaniały człowiek – żołnierz Armii Krajowej.

         Co do protestu? Cóż: zarobki lekarzy nigdy nie były duże, a deficyt lekarzy zawsze był problemem dla rządzących. Przymus ekonomiczny powodował, że lekarze musieli pracować na kilku etatach, by żyć godnie. Sam, całe życie, pracowałem na półtora etatu, biorąc do tego 24-godzinne dyżury w klinice, potem w szpitalu i dyżury w „R”-ce. Nie dziwię się, że młode pokolenie chce trochę normalności, żyć godnie na jednym etacie i nie wyjeżdżać za granicę. Jest tylko pytanie retoryczne – na ile ostatni protest lekarzy-rezydentów miał podłoże polityczne?

         I.K.: Wyobraźnia podpowiada mi, że historia leczenia sięga już czasów, kiedy człowiek po grzechu pierworodnym wygnany z Raju zaczął odczuwać ból, rany i zaczęły go trapić różne dolegliwości. Stwórca nie zostawił go jednak samego – wybierał takich, co wrażliwi na cierpienie innych, potrafili przynosić ulgę, opatrywać, goić rany. Wydaje mi się, że na tym podłożu rozwinęła się w starożytności medycyna. A więc lekarz to nie tyle zawód, co powołanie – iskra Boża. Proszę skorygować moje myślenie, jeśli jest błędne.

         K.B.: Zgadzam się z Pani myśleniem. Uważam, że zarówno lekarz i pielęgniarka, jak wykonawcy innych zawodów medycznych, są narzędziami w ręku Pana Boga. Dlatego wybór medycyny nie może być przypadkowy. Kandydaci do tych zawodów powinni mieć świadomość, że będą służyć, nieść pomoc osobom cierpiącym i słabym. Muszą mieć w sobie empatię – a mówiąc językiem wiary – „kochać bliźniego swego jak siebie samego”. Ale umiejętność odczytywania woli Pana Boga i sensu cierpienia, to temat na osobne rozważanie.

         I.K.: Znana jest, przypisywana Hipokratesowi, starożytna zasada: primum non nocere, czyli „po pierwsze nie szkodzić”. Jak dzisiejszy świat – choćby tylko w jej świetle – może wykonywać badania i eksperymenty pseudonaukowe, w tym genetyczne, aborcje, eutanazje?! Próbuję to zrozumieć i nie potrafię inaczej, jak tylko przez to, że człowiek stawia siebie w miejsce Boga. Jakie jest Pańskie zdanie – lekarza i osoby wierzącej?

         K.B.: To prawda. Lekarz składa też przysięgę Hipokratesa. Niestety, muszę to przyznać z żalem, niektórzy o niej zapominają. Stawianie człowieka, któremu dosłownie wszystko wolno, w miejscu Boga – a więc jego rzekome ubóstwienie – prowadzi świat do nieszczęścia, do jego końca. Dzisiaj, niestety, bardzo wielu ludzi żyje tak, jakby Boga nie było. Hasło rewolucji na Sorbonie w 1968 roku – „zabrania się zabraniać” – zbiera dziś obfite żniwo, zwłaszcza na Zachodzie. W Polsce wszyscy musimy „pamiętać i czuwać”.

         I.K.: Spotykamy się z terminami: medycyna tradycyjna, niekonwencjonalna, ludowa, Wschodu i pewnie są jakieś inne, których nie znam. Czy może nam Pan, doktorze, przybliżyć i rozjaśnić nieco te terminy i związki miedzy nimi?

         K.B.: Medycyna współczesna, której mnie uczono i której ja uczyłem, to medycyna europejska. Jej kolebką jest starożytna Grecja. Jest to nauka o człowieku, jego zdrowiu i chorobach. Postęp medycyny współczesnej opiera się na faktach. Eksperyment medyczny, dotyczący wprowadzenia nowych technologii medycznych jest bardzo dokładnie określony w przepisach Dobrej Praktyki Badań Klinicznych. Są to przepisy obejmujące cały świat nauki. Medycyna ludów pierwotnych, Wschodu, hinduska, niekonwencjonalna nie są szeroko znane u nas w Europie. Nie rozumiemy ich, nie są dostosowane do naszej mentalności judeo – chrześcijańskiej. Myślę, że nie powinny być propagowane. Potencjalni pacjenci muszą mieć tego świadomość. Medycyna ludowa oparta na ziołolecznictwie i często daje dobre efekty, jakkolwiek pamiętać należy, że można też nimi zaszkodzić. Przecież w dawnych wiekach ziołami także skutecznie pozbawiano życia.

         I.K.: Wiem, jakich relacji z lekarzem oczekuje pacjent, sama jestem na takiej pozycji, jak zresztą większość z nas. A czego oczekuje lekarz od pacjenta, co go denerwuje, zniechęca, drażni, powoduje dyskomfort wykonywania pracy?

         K.B.: Powiem tak: pacjenci są bardzo różni. W olbrzymiej większości kontakt z chorymi jest bardzo dobry, choć – jak to w każdej dziedzinie życia – zdarzają się „spięcia”. W znacznej mniejszości są tzw. „pacjenci roszczeniowi”, którzy za swe niepowodzenia życiowe, samotność, choroby oskarżają otoczenie, obarczają winą służbę zdrowia i rządzących. Lekarz jest wtedy swoistym „buforem”, który zbiera „za wszystkich i za wszystko”. Ale na szczęście, jak powiedziałem, jest to mniejszość. W pewnym stopniu, dyskomfortem jest też nadmiar „papierkowej roboty”, bo zmniejsza ona czas przeznaczony dla pacjenta.

         I.K.: Na koniec zadam pytanie bardziej intymne. Jest Pan lekarzem i praktykującym katolikiem, nie wstydzi się Pan przyznawać do swojej wiary. Będąc Konfratrem Paulińskim i członkiem Zakonu Rycerzy Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie - zwanych popularnie Miechowitami od polskiej siedziby Zakonu w Miechowie - daje Pan wspaniałe świadectwo czci dla Matki Bożej Jasnogórskiej i służby Ojczyźnie. Zechce Pan opowiedzieć nam o tym? I jak te dwie – wiara i medycyna – łączą się w życiu Pana i rodziny?

         K.B.: Głęboko wierzę, że Pan Bóg ma plan dla każdego z nas. Całe życie trzeba uczyć się odczytywać wolę Bożą. Mam wielką ufność w opiekę Matki Bożej. Jako dziesięcioletni chłopiec prosiłem Ją w Kaplicy Cudownego Obrazu, by „coś dobrego ze mnie wyrosło” i mam nadzieję, że tak się stało. Nie przestaję dziękować Matce Bożej, że spełniła moją prośbę i staram się Jej służyć najlepiej jak umiem. Zresztą, nie muszę nikogo przekonywać, że Matka Boska stale nas słucha i … wysłuchuje. A wiara i medycyna w mojej rodzinie bardzo się łączą – one obie prowadzą do człowieka, a przez niego do Boga.

         I.K.: Dziękuję bardzo za rozmowę, która – mam nadzieję – da impuls do dalszych przemyśleń w naszej wspólnocie parafialnej. Życzę dobrych natchnień w stawianiu diagnoz i leczeniu chorych oraz radosnych poruszeń serca na co dzień. Szczęść Boże!

 

 

     Kilka lat temu została powołana do życia w naszej Ojczyźnie Krucjata Różańcowa w intencji duchowego odrodzenia się Narodu Polskiego, by władze państwowe opierały swe rządy na prawie Bożym.

     Osoby należące do Krucjaty Różańcowej przybywają na Jasną Górę w ostatni piątek każdego miesiąca i po Apelu Jasnogórskim uczestniczą w czuwaniu nocnym i Mszy św. do godz. 4.30.

     Krucjata Różańcowa zabiega o to, by poszerzyć krąg osób modlących się za Ojczyznę, także w swoich domach, odmawiających codziennie od 15 sierpnia do 7 października jeden dziesiątek różańca. Tego dnia w parafii winna się odbyć Procesja Różańcowa. Zachęcamy naszych Parafian do podjęcia modlitwy za Ojczyznę w setną rocznicę odzyskania jej państwowości.

Kontakt

tel. 34 322-71-10

e-mail: stjasionek@op.pl

Godziny Mszy świętych

Niedziela: 8.00, 9.30, 11.00, 12.15, 17.00
Sobota - Msza św. niedzielna: 18.00 poprzedzona nieszporami: 17.40
Dni powszednie: 8.00, 18.00

Adres

ul. Obrońców Westerplatte 37
42-200   CZĘSTOCHOWA

Kancelaria parafialna

Czynna od poniedziałku do piątku

od godz. 16,30 do 17,30

w soboty i dni świąteczne 

kancelaria nieczynna

telefon: 34 322-71-10

 

 

Spowiedź św.

Spowiadamy przed każdą Mszą św. oraz gdy istnieje taka potrzeba w jej trakcie. W pierwsze piątki miesiąca spowiedź św. odbywa się w godz. od 17.00 do 18.30. Zapraszamy!