Warto poczytać

WIARA I NAUKA DWOMA FILARAMI

MOJEGO ŻYCIA

Rozmowę z Jerzym Wysłockim przeprowadziła Irena Karpeta

 

         Irena Karpeta: W imieniu naszych parafian i przyszłych czytelników, rozmawiam dziś z prof. dr. hab. inż. Jerzym Wysłockim – pracownikiem naukowym i prorektorem ds. nauki Politechniki Częstochowskiej.

         Panie profesorze, kontynuuje Pan niejako tradycję rodzinną. Pracowałam w Bibliotece Głównej i Pana ojca wspominam, jako filar naszej technicznej Alma Mater, a zarazem Człowieka (właśnie tak, przez duże „C”). Czy zechce Pan powiedzieć, jaki był wpływ profesora Bolesława na życie, wybór studiów i karierę naukową jego syna Jerzego?

         Jerzy Wysłocki: Gdyby Pani zadała mi to pytanie kilkanaście, no może raczej kilkadziesiąt lat temu, jako młodemu człowiekowi, wtedy z pewnością (jak każdy młody człowiek) odpowiedziałbym, że sam wybrałem sobie taką drogę życiową. Jednakże obecnie, z perspektywy czasu, widzę jak ważny jest dom rodzinny, wychowanie i przede wszystkim przykład. Takiego przykładu dostarczyli mi rodzice, bo należy też wspomnieć o mojej mamie - Zofii, która poświęciła swoją karierę zawodową dla wychowania mnie i kariery naukowej męża. Nie było żadnych nacisków ze strony rodziców, co do wyboru studiów i później drogi naukowej. Było to naturalne i oczywiste, mając takie wzorce przy sobie.

         I.K.: Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy profesorze-seniorze. Pamiętam, że, obok działalności naukowej i dydaktycznej, pański ojciec był autorem bardzo cennej i ciekawej inicjatywy – spotkań o charakterze seminariów, które odbywały się w Instytucie Fizyki. Jeśli dobrze pamiętam, chodziło o związki nauki z wiarą. Może warto o tym przypomnieć obecnemu pokoleniu i dla potomnych?

             J.W.: Dziękuję bardzo za to pytanie, bo minęło już kilka lat od ostatniego seminarium i przyznam, że zastanawiam się nad jego reaktywacją. Ciągle spotykam ludzi, zarówno świeckich jak i księży, którzy z dużym sentymentem wspominają te seminaria na Politechnice, co jest niewątpliwie zachętą do ich kontynuacji. Seminaria interdyscyplinarne, organizowane od 1980 roku przez Duszpasterstwo Akademickie, a w latach 1993-2010 w murach Politechniki Częstochowskiej wspólnie z Instytutem Fizyki Politechniki Częstochowskiej i Katolickim Związkiem Akademickim „Emaus”, jak Pani słusznie zauważyła, były odpowiedzią na pytanie pojawiające się w środowisku inteligencji Częstochowy o związek między nauką i wiarą. Celem tych seminariów – skierowanych nie tylko do środowiska akademickiego Częstochowy – było przedstawianie wzajemnych powiązań pomiędzy różnymi dziedzinami ludzkiego poznania: naukami przyrodniczymi, filozofią, teologią i sztuką. Programowy patronat nad nimi sprawował ks. bp prof. dr hab. Antoni Długosz - obecnie biskup senior Archidiecezji Częstochowskiej oraz mój tato prof. dr hab. Bolesław Wysłocki, a po przejściu taty na emeryturę ja przejąłem tę rolę. Do organizatorów seminariów należał również, nieżyjący już, nasz parafianin dr Adam Cudak oraz kolejni duszpasterze akademiccy, z ks. dr. Andrzejem Przybylskim – obecnie biskupem pomocniczym Archidiecezji Częstochowskiej, na czele. Spośród długiej listy zaproszonych znamienitych gości wymienię, m.in. ks. prof. dr. hab. Michała Hellera z PAT w Krakowie, prof. Stanisława Rodzińskiego z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, ks. abp. prof. dr. hab. Józefa Życińskiego, o. prof. dr. hab. Jacka Salija, ks. prof. dr. hab. Waldemara Chrostowskiego, ks. abp. dr. Stanisława Nowaka, ks. bp. prof. dr. hab. Tadeusza Pieronka, prof. dr. hab. Annę Świderkównę z Uniwersytetu Warszawskiego, ks. abp. prof. dr. hab. Alfonsa Nossola biskupa opolskiego, dyrektora Teatru Dramatycznego w Częstochowie zarazem znanego aktora Marka Perepeczkę, słynnego Jerzego Dudę-Gracza. Nasz proboszcz ks. prałat dr Stanisław Jasionek do dzisiaj wspomina spotkanie autorskie połączone z montażem poetyckim zatytułowanym Modlić się z księdzem Janem Twardowskim, kiedy to sala wykładowa i przyległe korytarze okazały się zbyt małe dla chcących wysłuchać księdza Jana i jego poezji. Te interdyscyplinarne seminaria z jednej strony dawały możliwość podzielenia się najnowszymi osiągnięciami naukowymi z szerokim kręgiem słuchaczy niezwiązanych bezpośrednio z daną dziedziną nauki, przyczyniając się do jej popularyzacji, a z drugiej strony pełniły rolę integrującą różne środowiska naukowe: przedstawicieli nauk technicznych, przyrodniczych, humanistycznych, teologicznych i filozoficznych, stając się szerokim forum swobodnej wymiany myśli i poszukiwań relacji pomiędzy nauką i wiarą.

         I.K.: Przejdźmy teraz do Pana osoby. Jednak, zanim zaczniemy rozmawiać o naukowych zainteresowaniach i osiągnięciach, proszę opowiedzieć nam o swojej rodzinie. O ile się nie mylę, Pana żona Elżbieta jest prodziekanem ds. nauczania na Wydziale Zarządzania. Zapewne macie Państwo latorośle. Czy idą one w ślady rodziców? Słuchamy.

         J.W.: Z przyjemnością opowiem o swojej rodzinie, z której jestem ogromnie dumny. Żona - Elżbieta, potrafiła z powodzeniem połączyć obowiązki rodzinne z własną pracą zawodową. Jest doktorem nauk ekonomicznych w zakresie zarządzania, autorką kilku książek, kilkudziesięciu publikacji z zakresu rachunkowości i analizy ekonomicznej. Włącza się także w prace na rzecz środowiska akademickiego, pełniąc z wyboru (już trzecią kadencję) funkcję prodziekana Wydziału Zarządzania. Mamy dwójkę dorosłych dzieci: Olgę i Michała. Córka jest absolwentką Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, po wyjściu za mąż przeprowadziła się do Warszawy, wkrótce zostaniemy dziadkami. Natomiast syn ukończył prawo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i pracuje w dużej kancelarii prawnej, jest jeszcze kawalerem. Można powiedzieć, że córka poszła w ślady mamy, jeśli chodzi o typ wykształcenia, natomiast nie interesuje ją praca naukowa. Natomiast syn jeszcze w gimnazjum zapewnił mnie, że jest humanistą, zapewne po to, abym nie męczył go rozwiązywaniem zadań z fizyki czy matematyki. Tutaj następcy nie będzie, ale cieszę się, gdy widzę ile satysfakcji daje mu wykonywana praca i że jest doceniany w tym, co robi.

         I.K.: Przyznaję – takie dzieci to prawdziwa radość dla rodziców. Jak udawało się i nadal udaje Państwu godzić pracę naukową, obowiązki służbowe i życie rodzinne? Czy wymaga to dokonywania wyborów i podejmowania trudnych decyzji?

         J.W.: To wszystko można pogodzić, a praca nie może przesłaniać życia rodzinnego. Wymaga to jednak pewnej dyscypliny, konsekwencji, ale także przekonania otoczenia, że pracy naukowej nie robi się, powiedzmy, od 800 do 1500, wyłączając soboty i niedziele. Nawet, jeśli rodzina jest trochę zaniedbywana w pewnym okresie (np. wtedy, gdy przygotowywany jest doktorat czy habilitacja) można to nadrobić w czasie urlopu, wspólnych wyjazdów. Muszę powiedzieć, że nasze dzieci stosunkowo długo chciały wyjeżdżać z nami na wakacje, z czego oboje bardzo się cieszymy. Nie uważam, żeby godzenie pracy naukowej, obowiązków służbowych i życia rodzinnego wymagało dokonywania wyborów i podejmowania trudnych decyzji, bo tutaj wybór może być tylko jeden - rodzina. Choć teraz, mówiąc te słowa, zastanawiam się, czy zawsze tak postępowałem. O to trzeba by zapytać żonę. Moim zdaniem to jej zasługa, że rodzina zawsze była najważniejsza.

         I.K.: Proszę przybliżyć nam teraz swoją działalność na niwie nauki. Jak to się zaczęło, rozwijało, trwa i jakie są plany na przyszłość?

        J.W.: Od czasu ukończenia studiów na Politechnice Częstochowskiej (Wydział Metalurgiczny, specjalność fizyka metali i metaloznawstwo) pracuję w Instytucie Fizyki na Wydziale Inżynierii Produkcji i Technologii Materiałów Poli­techniki Częstochowskiej. Kolejne etapy rozwoju naukowego to doktorat z fizyki w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie, habilitacja z inżynierii materiałowej na Wydziale Metalurgii i Inżynierii Materiało­wej Politechniki Częstochowskiej i tytuł profesora nauk technicznych nadany przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Jako stypendysta Fulbrighta odbyłem roczny staż naukowy w Instytucie Fizyki Northwestern University w Evanston (USA). Pełniłem funkcję prodziekana ds. nauki i prodziekana ds. współpracy i rozwoju macie­rzystego wydziału. W maju 2016 r. zostałem wybrany prorektorem ds. nauki Politechniki Częstochowskiej na kadencję 2016-2020. Tyle danych z życiorysu naukowego. Natomiast główna tematyka moich zainteresowań naukowych doty­czy inżynierii materiałowej oraz fizyki magnetyków, a w szczególności badań nowych materiałów magnetycznych oraz procesów przemagnesowania w magnetykach. Z tego zakresu opublikowałem 4 książki oraz ponad 300 prac. O własnych sukcesach trudno mi mówić, nie tyle ze skromności, co z subiektywnej oceny tego, co uważamy za sukces. Na początku mojej drogi zawodowej za swój sukces uważałem uzyskanie stypendium Fulbrighta i roczny pobyt w Instytucie Fizyki Northwestern University w Evanston (USA). Później, za sukces uważałem dobrze przyjęte przez środowisko monografie, w szczególności tę napisaną wspólnie z prof. Marcinem Leonowiczem z Politechniki Warszawskiej zatytułowaną „Współczesne magnesy. Technologie, mechanizmy koercji, zastosowania”, a wydaną przez Wydawnictwa Naukowo-Techniczne w 2005 roku, czy niedawno napisaną i wydaną w 2016 roku o tytule „Wybrane zagadnienia z historii magnetyzmu: magnetyzm w Polsce, hipoteza domen magnetycznych, magnesy ze stali”. Ktoś może uważać za mój sukces wybór na prorektora Politechniki Częstochowskiej i pewnie ma rację. Obecnie, po ponad 35 latach pracy na uczelni, za swój sukces poczytuję sobie to, że potrafiłem skupić wokół siebie grupę młodych ludzi, z którymi wspólnie realizujemy naukowe cele. Jedna z tych osób jest już po habilitacji, dwie następne są bliskie osiągnięcia tego stopnia. Natomiast, jeśli chodzi o moje plany na przyszłość, związane są one z rozwojem grupy młodych ludzi, którą kieruję i o której przed chwilą wspomniałem.

         J.K.: Czy trudno być rektorem? Jak te obowiązki wpływają na dalsze wzbogacanie wiedzy, publikowanie? Wszak nauka i technika rozwijają się stale.

         J.W.: Na pewno nie jest łatwo kierować dużą grupą ludzi nauki, a więc indywidualistów, niechętnie poddających się cudzym decyzjom. Jest to duże wyzwanie, wymagające właściwego podejścia do ludzi, umiejętności podejmowania często niepopularnych decyzji. Do tego dochodzi jeszcze uchwalana właśnie przez sejm reforma szkolnictwa wyższego, która niesie ze sobą wiele zmian, o których jeszcze wiemy zbyt mało. Ale nie narzekam, wyraziłem przecież zgodę na bycie prorektorem, z wszystkimi blaskami i cieniami tej funkcji. Z pewnością dużym minusem z tym związanym jest ograniczenie czasu na własną pracę naukową. W tej chwili, moim zadaniem, jako prorektora do spraw nauki jest organizowanie innym warunków do pracy naukowej, czasem także kosztem własnej. Ale to nic, moja kadencja kończy się w 2020 roku i wtedy będę mógł nadrobić zaległości.

         I.K.: Pozwoli Pan Profesor, że zadam teraz bardziej intymne pytanie dotyczące sfery duchowej. Czym jest dla Pana i Pana Rodziny wiara w Boga?

         J.W.: Wbrew pozorom jest to dla mnie trudne pytanie, nie przywykłem mówić o tym publicznie. Tym bardziej dobrze, że zadała je Pani, bo zmusza mnie ono do zastanowienia i próby szczerej odpowiedzi. Będąc wychowany w domu rodzinnym w wierze, zawsze traktowałem ją, jako coś oczywistego, coś, co jest absolutem nie podlegającym dyskusji. Po zastanowieniu mogę powiedzieć, że dla mnie wiara opiera się na bezgranicznym zaufaniu do Boga, na zawierzeniu Jego mądrości i miłosierdziu. Wiara jest „szkieletem”, na którym można budować swoje codzienne życie. To ona – wiara – daje poczucie siły, stałości i pewności. Wiem, że moja odpowiedź nie jest teologicznym rozważaniem, ale mam nadzieję, że nie zabrzmiała ona zbyt infantylnie.

          I.K.: Z pewnością tak nie zabrzmiała i jest szczerym świadectwem, o które chodziło. I jeszcze jedno, ostatnie pytanie. Jeśli dobrze pamiętam, prof. Bolesław Wysłocki uważał, że nauka i technika tylko wtedy będą służyć ludzkości, przynosić postęp, czynić dobro, kiedy będą zakorzenione w prawie Bożym. Zatem, skąd szkodliwe pseudonaukowe badania i przewrotne teorie? Czy współczesny człowiek zagubił się w swej pysze? Jakie jest Pana – jako człowieka i naukowca – zdanie w tej kwestii?

         J.W.: Przywołała Pani tu mojego tatę, do którego słów także się odwołam odpowiadając na to pytanie. Otóż, tato w jednym ze swoich wykładów – jeszcze dużo wcześniej przed ogłoszeniem encykliki przez św. Jana Pawła II „Fides et ratio” – mówił o dwóch drogach dochodzenia do prawdy. Oczywiście, wiara i rozum nie muszą się zwalczać, ale powinny się uzupełniać. Gdy braknie jednej z tych dróg, wtedy rozum może popaść w pychę, o czym Pani mówiła, a wiara przekształcić się w fideizm.

         I.K.: W imieniu wszystkich, którzy będą czytać te słowa i swoim, bardzo dziękuję za pouczającą i miłą rozmowę. Życzę zdrowia, sukcesów zawodowych, ale przede wszystkim – dużo radości i pokoju serca dla Pana wraz z Bliskimi.

 

 

ŚWIADCZYĆ O WIERZE MOŻNA W KAŻDYM MIEJSCU

I W KAŻDYM CZASIE

Rozmowę z Janem Rydzem przeprowadziła Irena Karpeta

 

         Irena Karpeta: Wydaje się, iż Jan Rydz, nasz kościelny, jest dobrze znany społeczności parafialnej. Czy, aby na pewno tak jest? Wiemy, że jest „prawą ręką” naszych kapłanów, widzimy go krzątającego się wokół spraw parafii. A co wiemy o nim samym? Czy wiemy, „co mu w sercu gra”? Postaram się o tym z Nim porozmawiać.

         Jesteśmy „na ty” pozwolisz, więc Janku, że będę zwracać się do Ciebie po imieniu, jak w rodzinie, tyle, że parafialnej. Opowiedz nam, proszę, o sobie.

Czy jesteś rdzennym częstochowianinem, czy z wyboru? Przybliż nam swoje rodzinne korzenie: rodziców, rodzeństwo, dzieciństwo, lata szkolne.

         Jan Rydz: Urodziłem się w małej miejscowości Kijów w gminie Kruszyna, skąd moi rodzice Kazimierz i Natalia przenieśli się do Częstochowy. Miałem wtedy sześć lat. Ojciec zmarł 31 lat temu, mama mieszka z moją młodszą o 9 lat siostrą Bożeną (mężatką) w dzielnicy Stradom. Mam też młodszego o 3 lata brata Andrzeja (wdowca). Zarówno podstawówkę, jak i średnią szkołę techniczną ukończyłem w Częstochowie. Pochodzę z rodziny, w której wiara i wartości chrześcijańskie są wyznacznikiem w ziemskim życiu. Pewnie dlatego, już w pierwszej klasie szkoły podstawowej, rozpocząłem służbę w szeregach ministrantów, którą w parafii p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa pełniłem przez 11 lat. Jak widzisz, moje życie od początku związane jest z Częstochową i czuję się częstochowianinem.

         I.K.: Masz rozliczne talenty, twoja wiedza i życiowa praktyka są bardzo cenione w Parafii. Skąd one się biorą? Czy swój początek mają w pasji poznawczej, czy w kolejach losu?

         J.R.: Może zabrzmi to nieskromnie, ale muszę przyznać, że dysponuję wielorakimi umiejętnościami. Jednak chcę być dobrze zrozumiany – to nie jest moja zasługa, zostałem nimi obdarowany przez Stwórcę. Na ich rozwój wpływają – również dane mi – pasja poznawcza, zmienne koleje losu i potrzeba dostosowywania się do życiowych wyzwań. To wszystko razem sprawiło, że mogłem opanować umiejętność wykonywania wielu zawodów technicznych i, w dłuższym okresie pracy zawodowej, posiąść również umiejętność kierowania zespołami ludzkimi.

          I.K.: Który z wcześniej wykonywanych zawodów dawał Ci najwięcej radości, sprawiał największą satysfakcję?

         J.R.: Przez większą część pracy zawodowej kierowałem mniejszymi lub większymi zespołami, ale najwięcej wewnętrznej satysfakcji przynosiło mi zarządzanie spółką prawa handlowego z udziałem kapitału zagranicznego. Byłem jej prezesem przez dziesięć lat. W szczytowym okresie działalności zatrudniała ona około 360 pracowników. Jednak więcej radości dawała mi własna działalność gospodarczo-handlowa, tj. prowadzenie sklepu z żywnością i codzienny kontakt z klientami. A największą radość sprawia obecna posługa w naszej parafii p.w. Św. Pierwszych Męczenników Polski, w której – od czterech lat – jestem kościelnym i sekretarzem.

         I.K.: Praca ma być radością, bo przecież trudzimy się nie dla samych, nazwijmy to, efektów. Czynimy to dla bliskich. Masz liczną rodzinę, Janku, i to z miłości do nich starasz się czynić ich życie spokojnym, bezpiecznym. Rodzina jest, z pewnością, Twoją chlubą i masz z kogo być dumnym. Mów, słuchamy.

         J.R.: Wszystkiemu, co w życiu czyniłem i czynię towarzyszy myśl o rodzinie. Troska o bezpieczeństwo i byt rodziny to nie tylko moja powinność, to wyraz miłości do nich. Z powodu ciężkich schorzeń małżonki Ewy, przejąłem też część obowiązków codziennych. Cenię moją żonę i podziwiam ją za hart ducha, za bohaterską postawę w walce z chorobami i przeciwnościami losu oraz zapobiegliwość w sprawach naszej rodziny. Bogu dziękuję za udane dzieci – syna Dariusza i córkę Małgorzatę. Oboje założyli własne rodziny ślubując w kościele. Oboje są absolwentami Politechniki Częstochowskiej. Syn jest pracownikiem naukowym w stopniu profesora. Córka – z tytułem mgr. inż. i studiami doktoranckimi – po ukończeniu Studium Doskonalenia Katechetów uczy religii w Szkole Podstawowej nr 31 w Częstochowie. Wielką radością są moje wnuczęta: cztery wnuczki i jeden wnuk, który – jak na razie – poszedł w ślady dziadka i jest ministrantem w parafii p.w. Św. Faustyny. Bardzo kocham ich wszystkich.

         I.K.: Jak w każdej rodzinie, w Waszej też bywają „hossy” i „bessy”. Co jest tym zwornikiem, który umacnia i cementuje Wasze uczucia i więzi na dobre i na złe?

         J.R.: Naszą rodzinę łączy wiara. Prawdy wiary chrześcijańskiej to dla nas drogowskazy w chwilach dobrych i złych. W nich ma początek i odniesienie wzajemna miłość, i szacunek starszych i młodszych. Jak sama wiesz, „tam, gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na miejscu właściwym”.

          I.K.: Wspólnota parafialna jest rodziną rodzin. Pomówmy teraz o Twoich związkach z Parafią. Jakie były początki i stopniowo coraz głębsze formy zaangażowania, w tym szczególnej służby przy ołtarzu?

         J.R.: W początkach istnienia parafii, tj. w okresie budowy świątyni, uczestniczyłem w niektórych pracach technicznych, później w tych związanych z porządkowaniem i estetyką otoczenia kościoła. Przez kilka lat redagowałem Kronikę Parafialną. Brałem też czynny udział w działaniach Parafialnej Komisji Ekonomicznej. Podczas uroczystości kościelnych bywałem członkiem asysty parafialnej. Od 2014 roku staram się jak najlepiej wypełniać obowiązki kościelnego i pełnić funkcję zastępcy przewodniczącego Parafialnej Rady Duszpasterskiej. Na tę ostatnią zostałem powołany w drodze wyboru. Największą radością i zaszczytem jest dla mnie posługa Nadzwyczajnego Szafarza Komunii Świętej. Do jej pełnienia – po odpowiednim przygotowaniu – otrzymałem błogosławieństwo z rąk JE ks. abp. metropolity Wacława Depo. To był bardzo wzruszający moment. Głęboko przeżywam rozdzielanie Komunii św. moim braciom i siostrom.

          I.K.: U podstaw tego, o czym cały czas rozmawiamy, leży wiara. Powiedz nam, gdzie, w Twoim życiu, są jej podwaliny: dzieciństwo, dom rodzinny, szkoła?

         J.R.: Podwaliny mojej wiary to oczywiście głównie dom rodzinny, przekaz i przykład rodziców i dziadków. Potem doszedł okres służby liturgicznej w parafii p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa, gdzie kształtowali mnie Księża Salezjanie. Opatrzności za to dziękuję, bo szkoła w czasach reżimu komunistycznego nie była miejscem budowania wiary, raczej jej negowania.

          I.K.: Co znaczy dla Ciebie – wierzyć? Jakie jest miejsce wiary w życiu Twoim i Twoich bliskich?

         J.R.: Dla mnie wierzyć, to ciągle pragnąć poznawać Pana Boga coraz bardziej, to tak Go pokochać, by pragnąć być coraz bliżej Niego przez Sakramenty święte, przez zgłębianie Pisma Świętego, a przede wszystkim przez czynny udział w Eucharystii. Wierzyć to także miłować bliźnich (wszystkich, także tych niewygodnych) i żyć w nadziei zbawienia, zdążać do życia wiecznego. Wiara jest priorytetem w naszym życiu – moim i moich bliskich.

          I.K.: Co znaczy być „świadkiem wiary” w najbliższym otoczeniu, w tym przypadku rodziny parafialnej, zwłaszcza w skomplikowanej rzeczywistości XXI wieku?

         J.R.: Świadczyć o wierze – zapewne zgodzisz się ze mną – można w każdym miejscu i w każdym czasie. Mam na myśli nie tylko częste uczęszczanie do świątyni, ale także dawanie świadectwa w miejscu pracy, na ulicy, w szkole, wśród bliskich czy znajomych i tych przypadkowo spotkanych. Być świadkiem wiary dziś, wobec szczególnie agresywnych bezbożnych ideologii, jest prawdziwym wyzwaniem. Oznacza: nie wstydzić się znaku Krzyża, pozdrowień chrześcijańskich, noszenia medalika czy szkaplerzna. Być świadkiem wiary to stawać w jej obronie, gdy inni ją szkalują, to bronić prześladowanych i pomagać im, to bronić pomawianych kapłanów. Dawać świadectwo to także uczestniczyć w kościelnych uroczystościach, w pielgrzymkach do miejsc kultu i w różnych podejmowanych akcjach charytatywnych.

          I.K.: Myślę, że są to zadania, które zawsze stały przed wyznawcami Chrystusa – jak wiarę wyznawać i jak jej bronić. Wiele możemy się nauczyć od tych z przed wieków, ale i współcześnie prześladowanych braci i sióstr. Chyba zgodzisz się ze mną, że my Polacy mamy zadanie znów dać świadectwo wiary wobec zagubionej ideologicznie Europy.

         J.R.: Tak, zgadzam się. Z naszej historii i przesłań licznych polskich świętych wynika, że rodzina ma być silna Bogiem, a ojczyzna silna prawymi rodzinami. Wtedy z Polski może wyjść iskra, która zapali cały świat dla Boga. Więc każdy z nas powinien być świadkiem wiary.

          I.K.: Cieszę się, Janku, że mogłam przeprowadzić z Tobą wywiad. Rozmowa, będąc wymianą myśli, zbliża ludzi do siebie i są już nie tylko znajomymi, stają się bliźnimi – siostrami i braćmi. Dziękuję, Szczęść Boże!

ODCZUWAM WSPARCIE MARYI, KTÓRA JEST MOJĄ ORĘDOWNICZKĄ

Rozmowę z Izabelą Tyras przeprowadziła Irena Karpeta

 

         Irena Karpeta: Tym razem stanęło przede mną nie lada wyzwanie – rozmowa z osobą, która sama przeprowadziła bardzo wiele wywiadów. Jest nią redaktor Izabela Tyras – znana wszystkim słuchaczom Radia Jasna Góra. Ale nie tylko im, bowiem pani Izabela jest osobą charyzmatyczną – ma wiele talentów. Spróbuję o nich porozmawiać. Będzie mi łatwiej zwracać się po imieniu, wszak jesteśmy na „ty”.

         Izo, Twoje zaangażowanie w życie Kościoła zaczęło się we wczesnej młodości. Mam na myśli ruch oazowy. Możemy prosić o kilka słów na ten temat?

         Izabela Tyras: Moja formacja w Kościele rozpoczęła się dosyć wcześnie, bo w wieku 14 lat. Dzięki zachęcie mojego katechety ks. Andrzeja Filipeckiego trafiłam do Dzieci Bożych – młodszej grupy oazowej. Jej animatorem, czyli opiekunem był Piotr, który później został moim mężem. Zawsze się śmieję, że jaką sobie żonę wychował taką ma. Wtedy rozpoczęło się moje bliższe poznawanie Kościoła i zaangażowanie w Kościele. Był to wspaniały czas poznania wielu cudownych ludzi, wielu kapłanów, sióstr zakonnych – zwłaszcza Nazaretanek, które były żywo obecne we wspólnocie oazowej działającej przy kościele św. Wojciecha. Był to czas nawiązania wielu przyjaźni, trwających do dzisiaj. Z perspektywy czasu myślę, że to naprawdę wielka łaska móc wzrastać wśród takich ludzi. To środowisko bardzo rozwinęło mojego ducha, dało szansę wszechstronnego rozwoju, także odkrycia swoich talentów i umiejętności. A przede wszystkim nauczyło mnie zauważania obok siebie drugiego człowieka, działania we wspólnocie, współpracy. Rozbudziło również we mnie chęć zdobywania wiedzy teologicznej i poznawania Pana Boga. Potem, po kilku latach, sama zostałam animatorem.

         I.K.: Swego męża Piotra, jak powiedziałaś, poznałaś właśnie wtedy. Macie dwóch wspaniałych synów. Jesteście piękną rodziną, która – moim zdaniem – zasługuje na to, żeby się nią pochwalić.

          I.T.: Tak, to prawda. Mam cudowną rodzinę, wspaniałego męża i synów: Szymona i Franciszka. Bardzo nie lubię mówić o sobie, a tym bardziej chwalić się, ale rodzina jest moją chlubą. Jednak, przede wszystkim, rodzina jest moją drogą do uświęcenia, bo tak odczytałam swoje powołanie. Czy ta rodzina jest piękna? Tak, jest piękna, bo dana od Stwórcy! Staramy się budować ją jak najlepiej. Czy zawsze to się udaje? Pewnie nie. Jest wiele trudności, ale jesteśmy ludźmi wierzącymi, więc wiem, że nie jesteśmy sami. Bardzo odczuwam wsparcie z Nieba, zwłaszcza Maryi, która jest moją szczególną Orędowniczką i Powierniczką w każdej sprawie.

         I.K.: Współczesne rodziny w świecie i, niestety, coraz częściej w Polsce przechodzą kryzys. Czy oboje z Piotrem macie własny „przepis” na stworzenie udanego małżeństwa i rodziny, z których można i trzeba być dumnym?

         I.T.: Nie, myślę, że nie mamy jakiegoś „przepisu”. Tym, co buduje i umacnia jest na pewno wspólna modlitwa, którą staramy się praktykować każdego dnia. Wymaga to wysiłku, zwłaszcza wtedy, gdy chcemy to robić razem, a pracujemy w różnych godzinach. Staramy się też dużo ze sobą rozmawiać o wszystkich sprawach, o tym, co dla nas radosne, ale i o tym, co trudne np. w pracy. Oczywiście częściej i więcej mówię ja, Piotr mniej, ale myślę, że akurat w tym nie różnimy się od większości małżeństw. Ważne, że staramy się od czasu do czasu spędzać czas sami, by cieszyć się tylko sobą, bo to wydaje nam się bardzo ważne.

         I.K.: Pracując w Jasnogórskim Radiu, znajdujesz czas na działalność w Katolickim Stowarzyszeniu Civitas Christiana, nie zaniedbując przy tym swoich najbliższych. Jak Ty potrafisz to wszystko pogodzić?! Jestem pełna uznania. Ale po kolei.

         Na początek zajmijmy się pracą radiową. Domyślam się, że jest ona związana z przygotowywaniem i prowadzeniem audycji, wywiadów, artystycznych imprez, konkursów, spotkań z interesującymi ludźmi, itp. Przybliż nam, proszę, tę sferę działań. Słuchamy.

         I.T.: Z tym zaniedbywaniem – bywa różnie. Zawsze trzeba dokonywać wyborów, więc staram się wybierać jak najlepiej. W Radiu Jasna Góra pracuję, a właściwie posługuję, od ponad 23 lat, czyli od początku istnienia rozgłośni jasnogórskiej. Muszę powiedzieć, że to, iż tam jestem odczytuję, jako zrządzenie Opatrzności. Zawsze chciałam być dziennikarzem, choć studiów kierunkowych nie podjęłam w tej dziedzinie (skończyłam turystykę i historię). Więc, kiedy otrzymałam propozycję pracy w radiu byłam zachwycona, a jeszcze na Jasnej Górze… to było już coś nadzwyczajnego. W Matce Bożej Jasnogórskiej byłam zakochana od dawna, Jej oddawałam się ciągle, uwielbiam modlitwę na Jasnej Górze, zwłaszcza Apel Jasnogórski. Zanim zaczęłam swoją posługę w Sanktuarium ono już było „moim miejscem”. Więcej chyba mówić nie muszę oprócz tego, iż jestem przekonana, że to Ona – Maryja zaprosiła mnie do siebie. Jest to dla mnie dar, ale i wielkie zobowiązanie, by służyć jak najlepiej. Stąd moje zaangażowanie nie tylko w posługę w radiu, ale i w organizowanie, podejmowanie różnych inicjatyw właśnie w Sanktuarium. Lata poznawania tego świętego miejsca pozwoliły mi odkryć i nadal coraz bardziej odkrywać, piękno i niezwykłość tego miejsca. Mogłam być świadkiem wielu cudów, jakich ludzie doświadczają będąc u Królowej i Matki, np. cudu przywrócenia wzroku, cudu ocalenia życia, itd. Mogłam uczestniczyć w wielu wydarzeniach historycznych, jak pielgrzymki trzech papieży, jubileusze koronacji, Chrztu Polski, itd. Są to też tysiące niezwykłych spotkań z pielgrzymami. Ile ja wciąż się uczę… zawierzenia, oddania Matce Bożej! Bardzo się staram, by nie patrzeć na Jasną Górę jak na miejsce mojej pracy tylko, ale ciągle przypominam sobie, że to jest miejsce wybrane przez Boga – Sanktuarium. Dlatego chodzę tam na Msze św., czasem toczymy wielkie spory czy idziemy na uroczystości do parafii czy na Jasną Górę. Każdy dzień pracy staram się zaczynać od modlitwy w Kaplicy Cudownego Obrazu, chodzę też na piesze pielgrzymki. Spytałaś mnie o godzenie tego wszystkiego, no właśnie, w tej materii trzeba się bardzo pilnować, by – nie własnym siłom, ale – wszystko zawierzać Opatrzności przez Maryję.

         Jeśli chodzi o pracę ściśle radiową – moim zadaniem w Radiu Jasna Góra jest głównie przygotowywanie i prezentowanie wiadomości, ale także audycje i posługa reporterska.

         I.K.: Od wielu lat jesteś związana z Katolickim Stowarzyszeniem Civitas Chrystiana. Twoje talenty organizatorskie sprawiły, że w tym roku, ponownie zostałaś wybraną na przewodniczącą Oddziału Częstochowskiego. To już kolejna kadencja. Gratuluję! Powiedz nam, proszę, o Stowarzyszeniu, któremu patronuje Wielki Prymas Tysiąclecia i o swoim zaangażowaniu, m.in. w przypominanie nauczania Kardynała Stefana Wyszyńskiego i społecznej nauki kościoła.

         I.T.: Za gratulacje bardzo dziękuję. To już trzecia moja kadencja, jako przewodniczącej oddziału w Częstochowie, czyli 12 lat. Jest to oczywiście wielka radość, wyróżnienie, ale i zobowiązanie. Zawsze podkreślam, że trzymają mnie ludzie. Mamy tak wspaniałych członków Stowarzyszenia, że choć czasem myślałam o rezygnacji z tej funkcji, to jednak – ze względu na koleżanki i kolegów – nie jestem w stanie. No i ogromną rolę odgrywa też nasz asystent ks. Ryszard Umański, który „nigdy nie ma dosyć” i zawsze mobilizuje mnie do działania.

         Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana” jest formacyjno-edukacyjną organizacją przygotowującą katolików świeckich do realizowania misji Kościoła w łączności z Jego Pasterzami. W świetle wartości i zasad katolickiej nauki społecznej współtworzymy ład etyczno-społeczny w naszej Ojczyźnie. Jedną z najważniejszych naszych inicjatyw jest Ogólnopolski Konkurs Wiedzy Biblijnej. Oddział w Częstochowie organizuje, m.in. Święto Kobiet u Najpiękniejszej z Niewiast na Jasnej Górze, Konkurs na Wieczernikową Choinkę, spotkania poświęcone naszemu patronowi kard. Stefanowi Wyszyńskiemu, ogólnopolskie spotkania jasnogórskie. Prymas Tysiąclecia – ze względu na Jego związki z Matką Bożą Jasnogórską i Jego wielką miłość do Ojczyzny – jest dla mnie kimś naprawdę ważnym. Co miesiąc w Kaplicy Matki Bożej modlimy się, jako wspólnota o Jego rychłą beatyfikację, staramy się rozważać Jego słowa, nauczanie i uczyć się od Niego miłości do Boga, Kościoła i Polski. W dniu 25 maja 2013 r., w uroczystym akcie przyjęliśmy Go za naszego Patrona.

         I.K.: Częstochowski Oddział naszego Stowarzyszenia ma siedzibę w pięknym i funkcjonalnym budynku przy ul. Św. Barbary 10/12. W jego powstanie i budowę byłaś (obok naszego asystenta kościelnego ks. prał. Ryszarda Umańskiego) zaangażowana w znaczący sposób. To był nie tylko wielki wysiłek. W nowej sytuacji musiałaś nauczyć się nowych rzeczy i odkryć w sobie nowe talenty. Zechcesz zdradzić, jakie?

         I.T.: Tak, jesteśmy w cieniu Jasnej Góry, tuż obok niej. O to właśnie chodziło, kiedy postanowiliśmy przenieść naszą siedzibę z ul. Targowej w Częstochowie. Cieszę się bardzo, że udało się to zrealizować. Moje zaangażowanie w budowę było wielkie, ale myślę nienadzwyczajne. Po prostu jak coś robię to angażuję się na sto procent. To było wspaniałe doświadczenie, to jak budowa domu, serce się raduje, gdy mury rosną … Poprzez spotkania z ludźmi – od pracowników różnych urzędów, przez budowlańców, hydraulików, itd. – znowu mogłam dostrzec jak wszyscy jesteśmy sobie potrzebni i jak wielką moc ma ludzka życzliwość.

         I.K.: Sądzę, że zaowocowało tu doświadczenie i umiejętność nawiązywania kontaktów międzyludzkich, które – obok wrodzonych zdolności – pogłębiłaś, jako animatorka w ruchu oazowym.

         Naszym czytelnikom koniecznie muszę powiedzieć o jeszcze jednym Twoim talencie. Otóż wspaniale przygotowujesz i prowadzisz pielgrzymko-wycieczki. Mówię to na podstawie własnego doświadczenia. Skąd takie zainteresowania i pasja?

         I.T.: Wspomniałam już, że – jeśli chodzi o studia – ukończyłam kierunek turystyka i historia. Trochę pracowałam, jako pilot wycieczek i bardzo mi się to podobało, więc postanowiłam połączyć swoją pasję, swoje zainteresowania z tym, co teraz robię. I to się udaje, a jak jeszcze są tacy, którym też to się podoba – to Bogu chwała! Poza tym uważam, że pielgrzymki bardzo łączą ludzi, są okazją do lepszego poznania i do formacji, czyli pogłębienia wiedzy z wielu dziedzin. Od lat pielgrzymujemy, np. do miejsc związanych z ks. Prymasem Wyszyńskim i wiem, sama po sobie, jak bardzo pobyt np. w Komańczy czy Prudniku pomógł mi „spotkać się z Wielkim Kardynałem” i zrozumieć Go.

         I.K.: Wydaje mi się, że te wszystkie dziedziny Twojej działalności w jakiejś mierze łączą się, przenikają, uzupełniają. Czy to jest ułatwieniem? A może się mylę?

          I.T.: To, co robię rzeczywiście bardzo ściśle łączy się ze sobą. Wszak jest służbą Kościołowi, a kierunek wyznacza Jasna Góra, bo – jak mówił ks. Prymas – „to światło na wieży zawsze wskazuje nam drogę, zawsze w górę”. Myślę, że nie zabrzmi to nieskromnie, gdy powiem, iż uważam, że jeśli Bóg daje komuś talenty, czyli konkretne cechy, predyspozycje, nie można ich zakopywać, chować. Oczywiście, pewnie tak byłoby wygodniej, ale przecież kiedyś będziemy z tego rozliczeni. Jeśli na serio bierzemy do serca słowa Biblii, musimy pamiętać i o tym. Osobiście bardzo zdaję się na prowadzenie Ducha Świętego i modlę się, by w tym, co robię było jak najmniej mnie, a jak najwięcej Jego i Matki Bożej.

         I.K.: We wszystko, o czym rozmawiałyśmy, w pełni się angażujesz. Jak sądzisz, czy udało by się to logistycznie ogarnąć, znaleźć w sobie siły i czas, gdyby nie sacrum w życiu Twoim i Twojej Rodziny – wiara nie od święta, lecz praktykowana na co dzień?

          I.T.: Jak już mówiłam wiara jest tym, co mnie prowadzi, choć zdaję sobie sprawę, że wciąż za mało kocham. Jestem szczerze przekonana, iż warto zaangażować wszystkie siły, by służyć Panu Bogu i Jego Matce. Czuję, że Maryja Jasnogórska mnie wspiera. Ona naprawdę godna jest tego, żeby o Niej mówić, by prowadzić do Niej. Widzę jak mało ludzi jeszcze o Niej wie, jak mało ludzi – także mieszkańców Częstochowy – nawiedza Jasną Górę, jak wiele jeszcze trzeba zrobić, więc…

         I.K.: Bardzo dziękuję Izo i życzę dalszej opieki Matki Najświętszej – jak mówisz – Najlepszej Szefowej z Jasnej Góry, przez którą i z którą tak pięknie służysz Panu Bogu. Szczęść Boże.

          I.T.: I ja bardzo dziękuję za rozmowę. Dodam jeszcze za Wielkim Prymasem: „jeśli jaki program, to tylko Ona”.

 

TRAKTUJĘ CHORYCH JAK DOBRYCH ZNAJOMYCH

Rozmowę z Genowefą Święciak przeprowadziła Mieczysława Dąbrowska

 

         Mieczysława Dąbrowska: Na stronie internetowej Parafii ukazują się wywiady przeprowadzane z osobami, których życie może być inspiracją dla innych. Dziś taką rozmowę pragnę przeprowadzić z Panią Doktor Genowefą Święciak, której praca jest jednocześnie misją walki z chorobami innych ludzi.

Proszę się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie.

         Genowefa Święciak: Urodziłam się w malej miejscowości w województwie łódzkim, szkołę podstawową i liceum ukończyłam w Grodzisku Mazowieckim, Akademię Medyczną w Łodzi. Pracę zawodową zaczęłam w Blachowni, gdzie odbyłam roczny staż podyplomowy. Specjalizację rozpoczęłam w Częstochowie w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym przy ul. PCK, pod kierownictwem pani dr Ireny Opalskiej. Egzamin z neurologii zdałam w 1975 roku. Do chwili obecnej pracuję zarówno w Częstochowie, jak i na terenie powiatu. Prywatnie mam jedną córkę, która wraz z zięciem wychowuje dwoje dzieci.

         M.D.: Jest Pani lekarzem. Co spowodowało, że wybrała Pani ten zawód?

         G.Ś.: Wstępną decyzję o wyborze uczelni medycznej podjęłam w drugiej klasie liceum, za namową koleżanki. Rodzice zaaprobowali mój wybór wskazując wydział lekarski. Zdawałam na Akademię Medyczną w Łodzi, gdzie była mniejsza konkurencja niż w Warszawie, chociaż było to dalej od domu rodzinnego. Studia ukończyłam w 1971 roku uzyskując dyplom lekarza medycyny.

         M.D.: Studia medyczne dają ogólną wiedzę o zdrowiu i chorobach człowieka. Co spowodowało, że ukierunkowała się Pani na neurologię?

         G.Ś.: Na początku studiów nie byłam zdecydowana na konkretną dziedzinę. Pierwszą i najważniejszą inspiracją były wykłady prof. Antoniego Prusińskiego na piątym roku. Te wykłady cieszyły się największą frekwencją z uwagi na zaangażowanie pana Profesora, szeroką wiedzę oraz wybitny talent dydaktyczny. Na wykładach w bardzo przystępny i plastyczny sposób przedstawiał cechy charakterystyczne poszczególnych jednostek chorobowych.

         Pan Profesor był kierownikiem Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej w Łodzi, którą prowadził przez 32 lata. Opublikował około 125 prac badawczych, 45 pozycji książkowych. Stworzył sekcję Migreny i Pokrewnych Bólów Głowy przy Polskim Towarzystwie Neurologicznym oraz Polskie Towarzystwo Bólów Głowy. W 1997 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa Akademii Medycznej w Łodzi.

         Po studiach trafiłam pod opiekę fantastycznej pani dr Ireny Opalskiej, która nauczyła mnie wielu praktycznych aspektów diagnostyki i leczenia chorób neurologicznych oraz kontaktów z pacjentami i ich rodzinami. Po jej przejściu na emeryturę, moim bezpośrednim przełożonym został dr Lech Eljasz. Pan Doktor bardzo chętnie dzielił się swoją rozległą wiedza medyczną i organizował liczne szkolenia. Spod jego ręki wyszło wielu neurologów.

     M.D.: Proszę opowiedzieć o najciekawszym przypadku w swojej pracy i dlaczego było to takie wyjątkowe?

     G.Ś.: Wybranie najciekawszego przypadku w mojej pracy nie jest proste, gdyż każdy pacjent to inna historia, a pacjenci, którzy trafią pod opiekę neurologa, zazwyczaj pozostają pod nią latami. Obecnie są coraz lepsze i dokładniejsze narzędzia diagnostyczne, co pozwala na wykrycie wczesnego stadium choroby, a doskonalsze leczenie pozwala dłużej utrzymać sprawność psychofizyczną i niezależność. Spośród setek pacjentów najbardziej zapamiętam Panią Danutę, u której w młodym wieku wystąpiły pierwsze objawy stwardnienia rozsianego. Schorzenie to powoduje postępujące pogorszenie sprawności ruchowej aż do całkowitego unieruchomienia oraz wieloogniskowe uszkodzenie mózgu. Pani Danuta nie miała możliwości korzystania z obecnych, nowoczesnych metod leczenia, ponieważ zachorowała na początku lat 80-tych. Pomimo trudności związanych z chorobą, podjęła i ukończyła studia. Dodatkowo w 2008 roku wystąpiły u niej objawy choroby nowotworowej, w wyniku czego była leczona operacyjnie oraz chemioterapią. Podczas ostatniej wizyty, a było to trzy miesiące temu, poruszała się trochę nieporadnie, ale o własnych siłach. Wielokrotnie podczas wizyt lekarskich zaznaczała, że swoją sprawność i samodzielność zawdzięcza głębokiej wierze i modlitwie.

         M.D.: Wiem, że jest Pani nadal aktywna zawodowo. Skąd Pani czerpie siłę do dalszej pracy i pomocy ludziom?

         G.Ś.: Wykonywanie zawodu lekarza, do tej pory, sprawia mi przyjemność i daje osobistą satysfakcję. W większości mam do czynienia z osobami, które leczę od lat z uwagi na przewlekłość schorzeń. Traktuję ich jak dobrych znajomych. Jestem osobą głęboko wierzącą, a wiara daje mi siłę do pracy. Dzięki łasce Bożej, stan zdrowia pozwala mi na dalszą pracę zawodową i pomaganie ludziom.

         M.D.: Gdyby Pani mogła udzielić jednej rady dotyczącej profilaktyki dla osób w naszym wieku, to co by Pani zaleciła?

         G.Ś.: Nie mam jednej uniwersalnej rady dla wszystkich. Najważniejsze jest pozytywne nastawienie do życia, do ludzi, częste kontakty zarówno z rodziną, jaki i ze znajomymi. Ponadto, wzajemna pomoc, życzliwość i otwarcie na innych sprawiają, że własne problemy stają się łatwiejsze do pokonania.

         M.D.: Bardzo dziękuję Pani za wnikliwe i cenne wiadomości. Będą one na pewno inspiracją dla wielu czytelników.

 

ŻYCIE W PEŁNI ZAWIERZONE PANU BOGU

Rozmowę z Panią Teresą Moraś przeprowadziła Irena Karpeta

      Irena Karpeta: Żyją wśród nas wspaniali ludzie – prawdziwe skarby, których nie znamy. Ba, nawet nie wiemy o ich istnieniu. Taką osobą jest w naszej wspólnocie poetka – pani Teresa Moraś, która zgodziła się na chwilę wspomnień ze swego długiego życia.

      Szanowna Pani Tereso, kobiety przenigdy nie należy pytać o wiek! Jednak prawdą jest, że druga wojna światowa zabrała Pani część młodości. To bolesne wspomnienia, ale ten czas wpłynął na Pani dalsze życie. Czy możemy prosić o chwilkę refleksji na ten temat?

      Teresa Moraś: Dzieciństwo moje i wczesna młodość upłynęły w ziemskim majątku moich dziadków w Jabłonnej k/Przysuchy. To w nim mogłam z pokorą zachwycać się pięknem tego, co Bóg stworzył, a człowiek uczynił użytecznym, jak stawy, młyn wodny, szkółki leśne. Moim ulubionym zajęciem wtedy – oprócz zabawy z rówieśnikami – były piesze wędrówki polnymi i leśnymi ścieżkami. Na ich rozdrożach stały kapliczki, krzyże lub świątki. Ludzie stawiali je dla upamiętnienia różnych wydarzeń historycznych lub z potrzeby modlitwy przy nich, gdy wracali do domów po zakończeniu pracy na roli. Potem przyszło okrucieństwo wojny, ale i wtedy, u moich dziadków na „łonie przyrody”, choć na chwilę mogłam zapomnieć, że po powrocie do domu usłyszę na ulicach obcy język i stukot podkutych butów, wyjące na alarm syreny, spotkam uzbrojonych wrogów, a każda noc może być ostatnią.

      I.K.: Na pewnym etapie Pani życia pojawiła się poezja. Jak to się zaczęło? Jak godziła Pani pisanie z obowiązkami żony i matki?

      T.M.: Etapy życia pojmuję, jako swoiste pory roku i – korzystając z tego porównania – pojawienie się poezji w moim życiu umiejscawiam na pograniczu lata i jesieni. W tym okresie musiałam uporać się z uczuciem pewnego osamotnienia po opuszczeniu domu rodzinnego przez moje córki. Jedna wyjechała „za chlebem”, druga z konieczności podjęcia leczenia, które nie było możliwe w kraju. Były to lata 70-te i nie było w naszym świecie telefonów komórkowych, Internetu – nowoczesnych form kontaktu, więc pisaliśmy do siebie długie listy. Początkowo prozą opisywałam w nich bieżące wydarzenia i moje tęsknoty. Potrzeba przelewania na papier tego, co mi w duszy grało zaowocowała pisaniem dość długich opowieści, które zaczęły się rymować. Wracałam w nich do dzieciństwa, młodości naznaczonej czasem okupacji, utratą wielu bliskich mi osób (w tym pierwszej miłości), a jednocześnie pięknych wakacji u moich dziadków. Potem zrozumiałam, że rzeka wspomnień i poczucie pustki po wyjeździe córek, musiały znaleźć swe ujście, a Pan Bóg sprawił, że mogłam przelewać na papier to, co się  we mnie kłębiło i szukało odpowiedzi na liczne pytania: o sens życia, samotność wśród ludzi, o miłość do Boga i człowieka. Tak, to prawda, iż musiałam pogodzić pisanie z codziennymi obowiązkami domowymi jednocześnie pracując zawodowo. To, że podołałam jest też zasługą mojego męża. On był pierwszym odbiorcą moich wierszy i – powiedziałabym – konsultantem. Wspierał mnie także na tej – „poetyckiej drodze”. Pochodził z Wielkopolski, z tradycyjnej katolickiej rodziny, dla której wielkie znaczenie miały trzy wartości: Bóg – Honor – Ojczyzna. Ukończył renomowaną szkołę lotniczą w Bydgoszczy, a wojna zastała go we Lwowie. Wielokrotnie był więziony przez okupanta i musiał się ukrywać. Pod pseudonimem współpracował z naszym podziemiem – partyzantami z oddziału słynnego Hubala. Jako efekt tej współpracy wielokrotnie po wojnie odczuwał negatywne nastawienie władz komunistycznych. Był człowiekiem czynu, który działaniem, a nie słowem określa swój stosunek do ludzi. Do końca swego życia (a umarł w trzy tygodnie po ukończeniu 100 lat), utrzymywał kontakt ze swoimi uczniami ze szkoły szybowcowej. Ja, w trakcie takich spotkań, mogłam wysłuchać podziękowań uczniów za życzliwość i serdeczność, jakiej doznawali od mojego męża. Był dobrym ojcem, oddanym mężem, wspaniałym człowiekiem.

      I.K.: Wróćmy na chwilę do Pani poezji. Wydała Pani kilka tomików obejmujących mnóstwo wierszy. Czym zatem jest poezja w Pani życiu? Azylem przed codziennością? Wyjątkową pasją, miłością?

      T.M.: Wydałam trzy tomiki poezji zatytułowane: „Mój ogród kwitnący”, „Chodź – pofruniemy” i „Szukanie Boga”. Nie liczyłam ile wierszy napisałam, a ile opublikowałam, ale patrząc na liczne zeszyty z wierszami oceniam ich ilość na około 2 tysiące Od śmierci męża rzadko piszę – jakby wyschło źródło, z którego czerpałam. Może to Pan Bóg sprawił, że – jak mi smutek dokucza – znajduję pocieszenie w Jego ramionach i nie muszę korzystać z przyborów do pisania. Proszę mnie dobrze zrozumieć – potrzeba obcowania z poezją nie wygasła. Bardzo często przeglądam moje wiersze i poszukuję takich, które pasują do ogarniających mnie emocji. Ostatnio dotyczyły one kondycji człowieka przeżywającego „jesień życia”, kiedy ciało słabnie, a pamięć zawodzi. Wtedy Chrystus przyszedł mi z pomocą przypominając swoje osiem błogosławieństw (z Kazania na Górze), które są potrzebą człowieka odczuwania bliskości Boga i które były też tematem moich wierszy. Czytając je odnalazłam spokój duszy.

         Trudno zdefiniować, czym jest dla mnie poezja, ale podsumuję to tak: Bóg każdemu człowiekowi daje jakiś talent, który jest przejawem Jego miłości do człowieka i który należy dobrze spożytkować.

      I.K.: Co, na zakończenie naszej rozmowy, chciałaby Pani powiedzieć od siebie naszym czytelnikom? Jakie przesłanie ma Pani dla następnych pokoleń?

      T.M: Nawiązując do początku naszej rozmowy i etapów życia – dla mnie przyszła pora jesieni. Ten okres kojarzy mi się nie tylko z magazynowaniem plonów życia, ale także rozdzielania ich pomiędzy potrzebujących. I nie mam na myśli przestróg dla młodego pokolenia, ale raczej zwrócenie wszystkim uwagi na wartość wiary w życiu człowieka, którą buduje się od maleńkości i jak znaczący udział ma w tym rodzina. Mówię to na podstawie własnego życia, bogatego w doświadczenia. Staraliśmy się oboje z mężem, by nasza rodzina była Bogiem silna. Dziś dumna jestem z moich córek i czuję się spełniona, jako matka i żona.

      I.K.: Pani życie i poezja są świadectwem, że ludzki los – mimo przeciwności, a może zwłaszcza wtedy – zawierzony Bogu, może być przeżywany pięknie, być wyrazem wiary i wzorem dla następnych pokoleń. Rozmowa z Panią – to zaszczyt. Bardzo dziękuję Pani Tereso. Szczęść Boże!

 

 

SZTUKĄ JEST ODKRYWANIE PRAWDZIWEGO PIĘKNA

Rozmowę z Barbarą Pabian przeprowadziła Irena Karpeta

 

         Irena Karpeta: Naszym Parafianom przedstawiam panią Barbarę Pabian – doktora habilitowanego Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Gratuluję, Pani Barbaro, osiągnięć naukowych – doktoratu i habilitacji. Proszę przybliżyć nam nieco swoją osobę: czym się Pani zajmuje, jakie są Pani zainteresowania, może kilka słów o najbliższych?

 

         Barbara Pabian: Urodziłam się i wychowałam w Częstochowie. Całe swoje dorosłe życie związałam również z tym miastem. Mój mąż, który jest profesorem, a obecnie pełni funkcję prorektora Politechniki Częstochowskiej, pochodzi także z Częstochowy. W tym roku będziemy obchodzić wspólnie jubileusz 37 lat małżeństwa. Mamy dwoje dorosłych dzieci, z których jesteśmy dumni. Syn jest adiunktem, doktorem nauk ekonomicznych, a córka w tym roku będzie zdawać maturę.

 

         I.K.: Jak to się stało, że wybrała Pani uczelnię o profilu ekonomicznym? Czyżby to była tradycja rodzinna?

 

         B.P.: Kika lat temu na Uniwersytecie zaczęto tworzyć nowy kierunek o nazwie „Gospodarka Turystyczna”. A ponieważ turystyka jest nierozerwalnie związana z kulturą, poszukiwano specjalistów z tego zakresu. Ogłoszono konkurs, do którego mogły przystąpić osoby posiadające stopień naukowy doktora oraz dorobek naukowo-publikacyjny i dydaktyczny w zakresie wiedzy o kulturze, etnografii turystycznej i turystyki kulturowej. Ponieważ spełniałam te kryteria, przystąpiłam do konkursu i udało mi się go wygrać.

 

         I.K.: Co uważa Pani za swoje największe osiągnięcie? Proszę nam zdradzić, czy jest to praca naukowa, a może udana rodzina?

 

         B.P.: Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach kobiety często stają przed dylematem, czy całkowicie poświęcić się karierze zawodowej, czy założyć wcześnie rodzinę. Myślę, że w tym przypadku trzeba iść za głosem serca, na pewno nie wolno odrzucać miłości, nie można też zaniedbywać własnego rozwoju. Sztuką jest godzić te sfery. Dla mnie największą wartością jest rodzina, ale bardzo ważna jest również praca zawodowa. Bez wsparcia najbliższych osób: rodziców, męża, dzieci, nie miałabym komfortu psychicznego, tak potrzebnego w pracy naukowej.

      Moje zainteresowania zawodowe wiążą się z duchowym i materialnym dziedzictwem kulturowym, problematyką przemian wierzeń, zwyczajów i obrzędowości rodzinnych oraz współczesnych form świętowania religijnego i świeckiego w Polsce, a także – z szeroko pojętą – turystyką. Badania, które prowadzę, pozwoliły mi na identyfikację interesujących zjawisk kulturowych, które świadczą o bogactwie kulturowym regionu częstochowskiego (np. lokalny zwyczaj stawiania tzw. ziela w Ślęzanach, tradycyjne potrawy takie, jak np.: ciulim, czulent, sztuka sakralna i rynek dewocjonaliów, zjawiska lingwistyczne, elementy folkloru i folkloryzmu).

 

        I.K.: Jest Pani członkiem Parafialnej Rady Duszpasterskiej. Czy Pani zdaniem, wspólnota parafialna ma znaczenie? Jeśli tak, to jakie?

 

         B.P.: Z pewnością ma, choć w tym przypadku ważne jest osobiste zaangażowanie samych wiernych. We wspólnocie łatwiej jest o wzajemne zaufanie. Można lepiej się poznać i otworzyć na problemy bliźnich z parafii. Celem wspólnoty powinno być odrodzenie lub wzmocnienie parafii w atmosferze odnowy liturgicznej i katechetycznej. Duże znaczenie ma postawa kapłanów. My w naszej parafii mamy na szczęście duchownych o wielkich sercach i umysłach. Ksiądz doktor Stanisław Jasionek cieszy się wielkim uznaniem wiernych i potrafi zjednoczyć ludzi wokół wspólnych wartości.

 

         I.K.: Pozwoli Pani, że zadam pytania bardziej osobiste – czym jest dla Pani wiara? W czym przejawia się ona na co dzień? Jak dziś, w „konsumpcyjnym” świecie, można być „świadkiem wiary” i czy w ogóle jest to możliwe?

 

         B.P.: Nie wyobrażam sobie życia bez wiary. Bez niej człowiek staje się ontologicznie wydziedziczonym samotnikiem. Pochodzę z rodziny bardzo przywiązanej do wartości chrześcijańskich i Kościoła katolickiego. Brat mojego taty – ks. kapitan Jan Chwist – ojciec zakonu Oblatów, był wielkim patriotą, żołnierzem i duchownym, który całe swoje dojrzałe życie poświęcił pracy duszpasterskiej. W latach 1940-1947 był kapelanem oddziałów polskich w Szkocji, później został proboszczem w parafii św. Jadwigi w miejscowości Oshawa, usytuowanej ok. 50 km od Toronto.

         Muszę przyznać jednak Pani rację, że religijność współczesnego człowieka wpisuje się w skomplikowana rzeczywistość społeczną, zagrożoną niestabilnością systemu wartości oraz zjawiskami konsumpcjonizmu, komercji i merkantylnego myślenia. W dzisiejszym świecie postmodernistycznej kultury ujawnia się zawiłość ludzkiego odniesienia do sfery sacrum. Wydaje mi się jednak, że mimo tych niepokojących przemian, niewiele się zmienia w kwestii, nazwijmy to, „popytu” na duchowość. Sądzę, że, nawet osoby niewierzące poszukują Boga, choć czynią to w sposób najczęściej nieuświadomiony. Sama ujęła to Pani pięknie w swoim utworze poetyckim, zatytułowanym „Pustynia”. Pozwoli Pani, że przytoczę jego fragment:

I choć czasem nam się wydaje,

że pustynie trwają w martwocie

to i tam odkryć się udaje

prawdziwe piękno – znaleźć życie Boże.

      Wszyscy jesteśmy pielgrzymami zmierzającymi do niebieskiej ojczyzny, a w ujęciu metaforycznym wędrującymi w głąb siebie, bo permanentnie doskonalącymi się wewnętrznie w ciągu życia. Dlatego nie sprawdza się nigdy hedonistyczne nastawienie do życia. Prędzej lub później przynosi ono rozczarowanie. Poza tym, ujmując rzecz w aspekcie czysto świeckim, amerykańskie i europejskie badania dowodzą, że ludzie wierzący i praktykujący deklarują większe niż ateiści poczucie szczęścia i zadowolenia z życia oraz wykazują mniejsze ryzyko zachorowania na depresję. Wiara łagodzi też skutki traumatycznych przeżyć.

 

         I.K.: Ludzie wierzący, w Polsce i na całym świecie, odwiedzają miejsca kultu – Ziemię Świętą i te związane z Maryją i Świętymi. Pani wróciła właśnie z Portugalii. Jakie przeżycia i wrażenia towarzyszyły Pani w Fatimie, Lizbonie?

 

         B.P.: Bardzo lubię podróżować i zwiedzać świat, ponieważ w ten sposób uwidacznia się w pełni piękno Stworzenia. Ktoś jednak mądrze powiedział, że chcąc poznawać piękno świata, musimy je nieść ze sobą, bo inaczej nie będziemy w stanie go odnaleźć. Lizbona jest wspaniałym miastem. Kultura portugalska zachwyca odmiennością, szczególnie dotyczy to sfery kulinariów, a zarazem urzeka podobieństwem do naszej. Podobieństwo wynika właśnie z religii chrześcijańskiej.

      W Fatimie uczestniczyłam w niedzielnej mszy św. i było to dla mnie wyjątkowe przeżycie duchowe. Niecodziennym doświadczeniem był widok osób modlących się i zarazem wrzucających w swoich intencjach naręcza dużych świec do ogromnych palenisk przy Kaplicy Objawień, a także tych, przemierzających na kolanach całą długość placu czy obchodzących ołtarz. Przywołało mi to na myśl postawę naszych pielgrzymów, modlących się w podobny sposób w Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze, obchodzących na kolanach święty wizerunek Czarnej Madonny, albo zapalających małe świeczki wotywne.

 

         I.K.: Pani Barbaro, tematyka pielgrzymowania i turystyki religijnej w ich kulturowym kontekście, interesuje Panią także z naukowego punktu widzenia (stąd temat monografii habilitacyjnej). Jak Częstochowa i nasz region wypada na tle innych ośrodków pielgrzymkowych?

 

        BP.: Wydaje się, że nie doceniamy miejsca na mapie świata, w którym przyszło nam żyć. Nie wszyscy mieszkańcy naszego miasta mają świadomość tego, że zespół klasztorny oo. paulinów stanowi dziś centrum religijne nie tylko o znaczeniu narodowym, ale także o międzynarodowym. Jasnogórskie sanktuarium jest największym i najważniejszym (drugim po Lourdes), ośrodkiem kultu maryjnego na świecie. Przybywa tu rokrocznie około 4 mln pielgrzymów. Światowym fenomenem są piesze pielgrzymki. Tradycje religijnych peregrynacji zachowały się w Europie do dziś jeszcze tylko w Hiszpanii. Mam tu na myśli najsłynniejszy szlak św. Jakuba, który prowadzi do Santiago de Compostela. Podejmowane są też indywidualne wędrówki, np. do Altötting w Bawarii, jednak nie mają one tak licznego, jak u nas, charakteru. W Polsce sezon pielgrzymkowy trwa praktycznie cały rok, z okresowym nasileniem w czasie najważniejszych uroczystości kościelnych.

       Co interesujące, w ostatnich latach odnotowano wzrost zainteresowania pieszymi pielgrzymkami u ludzi młodych. Wprawdzie jeszcze do końca lat 60. XX wieku wśród ogółu pątników najwięcej, bo 70%-80% było osób starszych, ale już na przełomie lat 70. i 80. nastąpiło odwrócenie tych proporcji. Aż 75% ogółu uczestników nie przekroczyło wówczas 45. roku życia. W końcu XX wieku ludzie młodzi stanowili już rekordową wartość 90% uczestników. Tendencja ta utrzymuje się do dziś. Nie dziwi, zatem, że swoich zwolenników mają nowe formy pielgrzymek, których uczestnicy przemieszczają się za pomocą rowerów, motocykli, wrotek, narto-rolek, hulajnóg, a nawet paralotni. Organizowane są też pielgrzymki biegowe, konne i zaprzęgowe.

       Co charakterystyczne, rzeczywistość pielgrzymkową tworzą u nas nie tylko pątnicy, ale także mieszkańcy, którzy przyjmują pątników we własnym domu i oferują konkretną pomoc materialną. Bardzo często rodziny, które goszczą pielgrzymów u siebie, kontynuują wielopokoleniową tradycję rodzinną. Gościnność, chęć ulżenia pielgrzymom w trudzie wędrówki, atmosfera serdecznej więzi we wspólnocie chrześcijańskiej, to cechy wyjątkowe, charakterystyczne dla społeczności regionu częstochowskiego.

         Muszę też wspomnieć o rozwoju starych sanktuariów maryjnych w kilkunastu miejscowościach archidiecezji częstochowskiej i nowych loca sacra, co też rozważam w kategorii fenomenu. Mam tu na myśli sanktuaria maryjne archidiecezji częstochowskiej z papieskimi koronacjami cudownych wizerunków Matki Bożej oraz miejsca takie, jak słynna Przeprośna Górka, która w ostatnim dziesięcioleciu stała się głównym ośrodkiem kultu św. Ojca Pio w Polsce, czy Góra Ossona z figurą Matki Bożej z Lourdes w Częstochowie, miejsce majowych spotkań modlitewnych. Jak widać, Jasna Góra poza funkcją w wymiarze narodowym, na stałe wpisała się w krajobraz kulturowy miasta i najbliższej okolicy. Jest nie tylko przestrzenią duchowości, ale też funkcjonalnie określoną przestrzenią międzyludzkiej komunikacji. Kreuje przestrzeń kulturową o charakterze niszowym i niekomercyjnym, której na próżno szukać by w przekazie masowym.

 

         I.K.: Na zakończenie zmieńmy temat. Obchodzimy w tym roku 2018 narodowy jubileusz – 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Czym są dla Pani Ojczyzna, patriotyzm?

 

         B.P.: Ojczyzna jest dla mnie jedną z największych świętości, stanowi bowiem podstawę naszej tożsamości indywidualnej i społecznej. Oczywiście szacunek dla kraju musi wiązać się z odpowiednią postawą obywatelską. Patriotyzm jest pojęciem pojemnym. W jego zakresie mieści się nie tylko przestrzeganie prawa czy umiejętność zachowania się w określonych sytuacjach społecznych, publicznych, ale także rzetelność, obowiązkowość na co dzień, postawa dbałości o mienie społeczne, ponadto sprawa wychowywania młodego pokolenia w duchu wartości, przekazywanie tradycji, pogłębianie wiedzy na temat historii i kultury kraju, wreszcie aktualne dziś nowe wyzwanie, jakim jest konieczność myślenia w kategorii zrównoważonego rozwoju i życzliwości dla innych. Uważam, że pełną wykładnię rozumienia, czym powinien być dla współczesnego człowieka patriotyzm, a także wolność, odpowiedzialność osobista i obywatelska, przynosi książka Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość: rozmowy na przełomie tysiącleci”.

 

         I.K.: Dziękuję za interesującą rozmowę i gościnne przyjęcie w Pani domu. Życzę wszelkiego dobra w życiu rodzinnym i dalszych osiągnięć na niwie naukowej. Szczęść Boże.

 

BYĆ NARZĘDZIEM W BOŻYCH DŁONIACH

Rozmowę z Ireną Karpetą przeprowadził ks. proboszcz Stanisław Jasionek

 

         Ks. Proboszcz Stanisław Jasionek: Pani Ireno, dla części naszej parafialnej społeczności jest Pani rozpoznawalna przez zaangażowanie w życie Kościoła, jako członkini Rady Parafialnej, Bractwa Szkaplerza Świętego, Żywego Różańca i jako Psałterzystka liturgiczna. Proszę powiedzieć o sobie coś więcej.

         Irena Karpeta: Szczerze wyznam, że nie lubię mówić o sobie i myślę, że niewiele mam do powiedzenia. Urodziłam się w Częstochowie, tu dorastałam i – poza okresem studiów w Łodzi – całe moje życie związane jest z Częstochową.

         Ks.: Ukończyła Pani polonistykę. Jak zainteresowania wpłynęły na wybór studiów, na dalsze życie?

         I.K.: Najbardziej interesował mnie teatr, myślałam też o romanistyce, polonistyka była na trzecim miejscu. Jednak różne uwarunkowania, w tym rodzinne, wpłynęły na to, że zdecydowałam się na studia w Łodzi. Dziś po latach, zaczynam odczytywać w tym Bożą ekonomię, także to, że nie udało mi się podjąć pracy w szkole, a kontakt z młodymi ludźmi ograniczał się do letnich wyjazdów na tzw. kolonie, głównie do Gdańska. Najbardziej efektywne 37 lat życia poświęciłam pracy w Bibliotece Głównej Politechniki Częstochowskiej. Widać taki był Boży plan.

         Ks.: A co z poezją w Pani życiu? Wydała Pani tomik wierszy zatytułowany „Tylko miłość” i pisze Pani nadal.

         I.K.: Już jako dziecko pisałam wiersze. Trudno je było wtedy nazwać poezją, ale może nie były najgorsze skoro trafiały do szkolnych gazetek. [śmiech]. Potem były różne okresy, kiedy pisałam i kiedy była „posucha”. Było to jednak przysłowiowe pisanie „do szuflady” - nie ośmieliłam się z nikim dzielić tymi tekstami i po pewnym czasie wyrzucałam je. Właściwie, to dopiero spotkanie Księdza stało się punktem zwrotnym. Ksiądz, Księże Prałacie, będąc poetą, sprawił swoim taktem, że przyznałam się do pisania i dodał mi odwagi do ubierania moich przemyśleń w strofy. Cóż, jak wiemy – to Pan Bóg wybiera zadania dla nas, ich miejsce i czas. Daje też nam właściwych przewodników. Księdza życzliwość dodaje mi skrzydeł na tej drodze, którą odczytuję, jako Boży plan i zadanie do wykonania dla mnie. A następny tomik ukaże się, jeśli taka będzie Boża wola. Póki co, można je znaleźć na stronie internetowej naszej Parafii. Jestem Księdzu niewymownie wdzięczna za umieszczanie ich tam.

         Ks.: W swoich wierszach podejmuje Pani wątki religijne i patriotyczne. Skąd takie ich ukierunkowanie?

         I.K.: Pochodzę z rodziny wierzącej, w której, od pokoleń, Msza św. i modlitwa zawsze były obecne. Zatem jestem niejako „uwarunkowana genetycznie”. Jednak przemyślenia i wiersze oraz chęć dzielenia się nimi zrodziły się wówczas, kiedy Słowo Boże i Eucharystia stały się w moim życiu obecne na co dzień. Myślę, że Pan Bóg najpierw posiał we mnie ciche pragnienie przeczytania czasem Słowo Boże podczas Mszy św. Potem udzielił mi o wiele większej łaski – otóż mogę to czynić na porannych Eucharystiach podczas całego tygodnia; bywa, że w niedzielę i święta, i mogę też niekiedy zaśpiewać Psalm. Oto Boża ekonomia – dać więcej niż człowiek pragnie. Wiem, że jest to wyróżnienie. Czuję wielką radość i odpowiedzialność zarazem, bo przecież - czytając przy ambonce Słowo Boże - dzielę się Nim. Często natchnienia do wierszy rodzą się właśnie z Czytań, Ewangelii, homilii, z przeżycia Eucharystii. Co do patriotyzmu – Polska z całym jej dziedzictwem była obecna w domu rodzinnym, jak to mówią „wyssałam ją z mlekiem matki”. Miałam wzory miłości do Ojczyzny w rodzinie, np. najstarszy brat mego taty śp. stryjek Marian przeszedł szlak z wojskiem gen. W. Andersa, bił się pod Monte Cassino. Po wojnie nie wrócił do Polski, a reżim komunistyczny przez lata utrudniał nam kontakt z nim i jego rodziną na obczyźnie. Bardzo wiele zawdzięczam też moim nauczycielom. Ze szczególną estymą wspominam śp. profesora Andrzeja Chłapa – wspaniałego belfra od historii w IV Liceum im. H. Sienkiewicza, który potrafił przekazywać nam wiedzę wtedy zakazaną i katechetę śp. ks. Zenona Raczyńskiego - późniejszego kapelana „Solidarności”. Nie mogłam, więc, nie wziąć udziału w strajku studenckim na Uniwersytecie Łódzkim w 1968 r., a w 1980 r. musiałam natychmiast zapisać się do rodzącego się wówczas NSZZ „Solidarność”. Pragnienie dobra Polski, troska o jej teraźniejszość i przyszłość zakorzenione są we mnie głęboko. Ośmielę się (ja, małe nic) powiedzieć słowami Wielkiego Prymas Tysiąclecia - „kocham Polskę bardziej niż własne serce” i … modlę się za nią. Stąd wiersze poświęcone Ojczyźnie.

         Ks.: Wróćmy jednak na chwilę do terminu Boża ekonomia, którego Pani kilkakrotnie użyła. Jak Pani go rozumie?

         I.K.: Rzeczownik „ekonomia” pochodzenia greckiego składa się z dwóch słów: „oikos” – dom i „nomos” – prawo, reguła. Pierwotnie oznaczał mądre gospodarowanie dla wspólnego dobra, jakim jest dom, rodzina. Ale dopiero przymiotnik „Boży” nadaje mu właściwy wymiar. W dzisiejszym skomercjalizowanym świecie ekonomia to głównie przeliczanie, obliczanie czy się opłaca, czy warto, ile ty mnie, ile ja tobie. Nie tak jest u Boga. Pan Bóg mówi: „moje myśli nie są waszymi myślami, a drogi moje nie są drogami waszymi”. Bożą ekonomię rozumiem, więc, jako Boże prawo i Boże reguły dla całego świata i każdego z nas z osobna, zawarte w Dekalogu i Ewangelii. Myślę, że Boża ekonomia, czyli Boży plan polega na tym, że Pan Bóg pragnie być obecny w naszym życiu, chce niejako wszczepić się w nasze życie tylko po to, by nam pomagać i uczyć nas jak mamy radzić sobie z przeszkodami, szczególnie duchowymi. Pan Bóg daje łaskę z miłości i za darmo. Pomnaża i dodaje temu, kto się na nią otwiera, a ten, co się na łaskę zamyka, może ją stracić. Z miłości Syna Swego nam dał i Maryję za Matkę. Oczekuje tylko, byśmy Mu ufali i słuchali jak Ojca. Bo cóż człowiek może dać Bogu? Posłuszeństwo z wolnej woli i miłość, która i tak od Boga pochodzi. I byśmy kochali się i wspierali wzajemnie tak, jak On kocha nas bezwarunkowo.

         Ks.: A Boża ekonomia w Pani życiu?

         I.K.: Z perspektywy lat rozumiem, że wszystko, cokolwiek zdarzyło się w moim życiu i w takim, a nie w innym czasie, a także i to, co przede mną łącznie z wiecznością – to Boży plan dla mnie. Zatem polonistyka i praca w bibliotece, czas śpiewania w chórze, wiersze i to, że mogę się nimi dzielić, i obecna posługa w Kościele, czyli Czytania Lekcyjne i śpiew Psalmów – wszystko, co otrzymałam, także różnego rodzaju bolesne doświadczenia, w tym zdrowotne (łącznie z operacjami) i dobrzy ludzie, których mam wokół siebie – jest realizacją Bożej ekonomii w moim życiu. Cytując św. Jana Pawła II – jest darem i tajemnicą. Ja mam tylko realizować tę Bożą ekonomię żyjąc zgodnie z Bożym Prawem, według Bożych reguł z Dekalogu i Ewangelii. Tak, jak napisałam w jednym z wierszy, pozwoli Ksiądz, że przytoczę fragment:

„…Ja, robotnik, a zarazem

w dłoniach Bożych narzędzie –      

Twoja wola, Panie, niech będzie”.

Ks.: Dziękuję za rozmowę.

ŁATWIEJ MÓWIĆ O MUZYCE NIŻ O SOBIE

Rozmowę z Wandą Malko przeprowadziła Irena Karpeta

 

         Irena Karpeta: Moją rozmówczynią jest pani dr Wanda Malko – osoba związana nieodłącznie z muzycznym życiem Częstochowy i Regionu. Wielu z nas zna Panią osobiście, inni spotykali podczas imprez muzycznych, wiernym słuchaczom diecezjalnego Radia „Fiat” bliski jest Jej głos rozpoznawalny z fal eteru.

      Pani Wando, jest Pani doktorem nauk humanistycznych ze specjalnością: historia muzyki. Proszę powiedzieć, jakie były początki tej „muzycznej drogi”?

         Wanda Malko: Urodziłam się i wychowałam w Częstochowie, tu ukończyłam Liceum im. J. Słowackiego. Potem były lata studiów w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach na Wydziale Teorii, Kompozycji i Dyrygentury, które zaowocowały dyplomem w zakresie teorii muzyki i tytułem magistra sztuki. Bezpośrednio po studiach zaczęłam pracować, jako nauczycielka przedmiotów teoretycznych w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia, a następnie w Zespole Szkół Muzycznych im. M.J. Żebrowskiego w naszym mieście, gdzie uczyłam do 2016 r. Muszę powiedzieć, że dzieje kultury muzycznej Częstochowy tak mnie zainteresowały, że – obok pracy dydaktycznej – podjęłam naukową i otworzyłam na Akademii J. Długosza, przewód doktorski pod kierunkiem prof. dr. hab. Ryszarda Szweda, zakończony w 2006 r. obroną pracy i stopniem doktora, o którym Pani na wstępie wspomniała. W tym czasie byłam też (przez 15 lat z przerwami) starszym asystentem, a następnie adiunktem w częstochowskiej WSP i późniejszej Akademii J. Długosza.

         I.K.: Pani zainteresowania muzyczne wypływają z tradycji rodzinnych i tam mają swe korzenie. Zechce nam Pani o nich opowiedzieć?

         W.M.: Tak, to prawda i chętnie o tym opowiem, gdyż dumna jestem z moich korzeni. Wzrastałam w domu, który pełen był muzyki i jej umiłowania. Dziadek – Ludwik Wawrzynowicz był kompozytorem i pedagogiem i to on założył w 1904 r. pierwszą szkołę muzyczną w Częstochowie. Jego syn, a mój wuj - Tadeusz Wawrzynowicz zainicjował działalność Instytutu Muzycznego i potem przez wiele lat był dyrektorem Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w naszym mieście. Zofia z Wawrzynowiczów Malko – moja mama, była pianistką i pedagogiem w tej szkole, a tata – Jakub Malko był korektorem instrumentów muzycznych. Ja tylko wpisałam się w ten historyczny ciąg, by kontynuować ich dzieła.

         I.K.: Ma Pani bardzo bogaty dorobek naukowy. Wśród publikacji znajdują się cztery o charakterze monografii, artykuły naukowe, liczne wykłady i referaty wygłoszone na konferencjach, publicystyka – ponad dwieście w prasie (m.in. w: „Nad Wartą”, „Poradniku Muzycznym”, „Gazecie Częstochowskiej”, „Ruchu Muzycznym”, tygodniku katolickim „Niedziela”, „Życiu Częstochowy”). Ale to nie wszystko! Pani życie związane jest z Częstochowskim Towarzystwem Muzycznym i z Filharmonią Częstochowską. Proszę przybliżyć nam tę sferę swej działalności.

         W.M.: Łatwiej mi mówić o muzyce i wszystkim, co się z nią wiąże, przybliżać ją i upowszechniać, znacznie trudniej – mówić o sobie. Ale faktem jest, że byłam zaangażowana w ruch muzyczny w Częstochowie. Przez wiele lat (1978 – 1989) byłam dyrektorem Częstochowskiego Towarzystwa Muzycznego, a przez trzy lata (1993-1996) zastępcą dyrektora Filharmonii Częstochowskiej, z którą współpracowałam już wcześniej, bo od roku 1972, będąc stałym prelegentem imprez muzycznych. Prowadziłam koncerty oratoryjne, symfoniczne, kameralne, a także audycje i koncerty o charakterze edukacyjnym oraz wiele imprez kulturalnych w naszym mieście. Brałam też udział w festiwalach muzycznych. Trudno mi samej uwierzyć, że byłam prelegentką podczas około 2500 koncertów. Moje dyrektorowanie w Częstochowskim Towarzystwie Muzycznym łączy się z organizowaniem licznych imprez muzycznych, m.in.: cyklicznych koncertów pod wspólnym tytułem ”Historia muzyki polskiej”, comiesięcznych koncertów kameralnych w naszym Towarzystwie i w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki, letnich koncertów „Muzyka w plenerze”. Współtworzyłam i byłam pierwszym prezesem Stowarzyszenia „Kapela Jasnogórska”. Sama się dziwię „ile się tego nazbierało”?! [śmiech! I.K.]

         I.K.: To prawdziwie tytaniczny dorobek w życiu jednej drobnej kobiety. Myślę, że nie ma w tym nic zaskakującego, iż został doceniony. Otrzymała Pani liczne nagrody i odznaczenia. Zechce się Pani nimi pochwalić?

         W.M.: Pracowałam i działałam nie dla nagród – najważniejsza była muzyka i jej krzewienie, szczególnie ojczystej, polskiej. Muzyka jest integralną częścią kultury, a z kultury i historii wyrasta naród. Ona, zgodnie z przysłowiem „łagodzi obyczaje”. Ale zgoda, wymienię je. Otrzymałam: Złoty Krzyż Zasługi (1986), Medal Prezydenta Miasta Częstochowy (1987), Odznakę Zasłużony Działacz Kultury (1977), Brązową Odznakę „Za zasługi dla Województwa Częstochowskiego” (1979), nagrodę Ministra Kultury i Sztuki (1988), nagrodę im. Karola Miarki – Marszałka Województwa Śląskiego za działalność naukową i popularyzatorską (2010), nagrodę Prezydenta Miasta Częstochowy w dziedzinie kultury w kategorii historia (2005) i Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2016).

         I.K.: Pomówmy o jeszcze jednym „poletku”, które Pani uprawiała, a mianowicie o związkach z radiem „Fiat” – ze spikerką i audycjami muzycznymi na jego falach. Słuchamy, Pani Wando.

         W.M.: Z katolickim radiem „Fiat” współpracowałam u początków jego działalności w Częstochowie. Bardzo mile wspominam tę współpracę. Dyrektorem radia był wówczas nasz obecny ks. proboszcz Stanisław Jasionek. Początki działalności są zwykle trudne, ale też ciekawe i pełne emocji. Robiłam tam mnóstwo rzeczy. Zapowiadałam programy, czytałam wiadomości, realizowałam wywiady z ciekawymi osobowościami, no i oczywiście, prezentowałam audycje muzyczne (z muzyką klasyczną).

         I.K.: Rozmawiałyśmy dotychczas o faktach. Zmieńmy temat na bardziej intymny – pomówmy o „muzyce sfer niebieskich”, o sacrum w muzyce. Jak Pani je rozumie? Jakie ma ono odbicie w Pani życiu codziennym i duchowym?

         W.M.: To ogromny i niełatwy temat. Najpełniejszym i najpiękniejszym wyrazem sacrum jest dla mnie chorał gregoriański. W przypadku innych utworów wolę mówić o inspiracji religijnej. Najczęściej czynnikiem inspirującym twórców muzyki jest słowo. Powstało wiele wybitnych dzieł muzycznych z tekstami religijnymi: msze, oratoria, kantaty, cykle pieśniarskie. Do najbardziej znanych należą „Requiem” W. A. Mozarta, „Missa solemnis” L. v.Beethovena, oratoria J. S. Bacha. W bliższych nam czasach, m.in. kompozycje O. Messiaena, H. M. Góreckiego, J. Luciuka. Religijna inspiracja może się także przejawiać w muzyce instrumentalnej, bez słów, w toku narracji muzycznej, współbrzmieniach, itp. Od zarania dziejów muzyki aż do współczesności, kompozytorzy zawierają pierwiastek duchowy, religijny w swych utworach, tworząc bardzo indywidualne syntezy sacrum i piękna. Ów pierwiastek duchowy, zawarty w muzyce, bardzo sprzyja własnej refleksji, także religijnej.

         I.K.: Jakiej muzyki Pani słucha? Czy ma Pani swego ulubionego kompozytora, ukochany utwór?               

         W.M.: Nie ma mowy o jednym tylko, ulubionym kompozytorze. W literaturze muzycznej jest tak ogromna ilość znakomitych i różnorodnych utworów, że wybór tylko jednego, ulubionego staje się niemożliwy. Zupełnie nie rozumiem, jak można słuchać tylko jednego „przeboju”. To ogromne zubożenie i nuda. Słucham głównie muzyki klasycznej, różnych kompozytorów i epok.

         I.K.: Jeszcze jedno pytanie do „specjalistki od muzyki”. Dotyczy ono szeroko pojętej muzyki współczesnej, ale też tej młodzieżowej. Jaki jest Pani stosunek do niej? Czy ona też może „łagodzić obyczaje” i wpływać na rozwój duchowy człowieka?

         W.M.: To dosyć kłopotliwe pytanie. Są współczesne piosenki religijne, bardzo interesujące. Przykładem tego jest nasz duet autorski: ks. Stanisław Jasionek – twórca tekstów i Tomasz Łękawa (mój były uczeń) – autor muzyki. Świetnie ewangelizuje, także poprzez śpiew biskup Antoni Długosz, mający szczególny charyzmat. Szczerze mówiąc, słucham głównie klasycznej muzyki, mało młodzieżowej. Nie będę się, więc, na ten temat obszerniej wypowiadać. Sądzę jednak, że piosenki religijne z popularnego nurtu, należy bardzo rozważnie i ostrożnie wprowadzać do liturgii.

          I.K.: Dziękuję za gościnę i przemiłą rozmowę. Cieszę się, że mogłam się z Panią spotkać. Nie mam przygotowania muzycznego, ale kocham muzykę, lubię jej słuchać, lubię śpiewać. Życzę dużo radości i pokoju. Szczęść Boże!

 

 

 

 

14 lipca Francja obchodzi swe święto narodowe, upamiętniające wybuch rewolucji francuskiej. Czas rewolucji był jednym z okresów silnych prześladowań chrześcijan, o czym świat zdaje się nie pamiętać.

Konstytuanta, zaraz po zwycięstwie 1789 roku, postanowiła całkowicie podporządkować Kościół państwu, nawiązując do starych tradycji gallikańskich. Pierwszym krokiem miało być "wyzwolenie" lokalnego Kościoła spod władzy Rzymu, następnie konfiskata wszelkich kościelnych dóbr i sprowadzenie kapłanów do roli urzędników państwowych. Ustawa cywilna duchowieństwa uchwalona przez Konstytuantę w lipcu 1790 roku wprowadzała: obsadzanie stanowisk kościelnych na drodze wyborów w danym okręgu, obowiązek przysięgi na wierność nowej Konstytucji oraz państwowe pensje dla duchownych w zamian za skonfiskowane majątki. Spowodowało to natychmiast poważny konflikt z Rzymem. "Kościół konstytucyjny" został potępiony przez papieża Piusa VI w słynnym breve "Caritas" z 13 kwietnia 1791 roku. W odpowiedzi na to, począwszy od 1792 roku oficjalna, odgórna laicyzacja szybko przybierała na sile. Przyjęto nowy kalendarz, wprowadzono rozwody, rozpoczęto tworzenie państwowych kultów oficjalnych: kultu rozumu, a następnie Bytu Najwyższego.

Rozpoczęto prześladowania duchownych odmawiających złożenia przysięgi oraz niechcących uznać wprowadzonej "karty kazań". Deportacja księży stawiających opór (dekrety z maja i sierpnia 1792 roku) doprowadziła do wyrzucenia z kraju przez ponad 30 tys. kapłanów. Duża część duchowieństwa, szczególnie w centralnej Francji, podporządkowała się jednak nowym zarządzeniom tworząc "prąd patriotyczny". Zamiarem "księży patriotów" było pogodzenie zasad ewangelicznych z ideami rewolucji. Apogeum prześladowań przypada na okres tzw. terroru jakobińskiego. Odbywały się one pod hasłem walki z "fanatyzmem" czyli Kościołem oraz "zabobonem" - religią ludową. Powszechnie zabraniano duchownym nauczania, zabierano nawet plebanie, które zamieniano na szkoły. Wielu księży, a nawet rabinów zmuszano do przejścia do stanu świeckiego, propagowano małżeństwa kleru. Wszystkich duchownych, którzy w jakichkolwiek sposób się temu przeciwstawiali, deportowano bądź od razu skazywano na śmierć.

Okres prześladowań chrześcijaństwa we Francji zamyka dopiero podpisanie przez Bonapartego konkordatu z papieżem Piusem VII w 1801 roku. Konkordat ten oznaczał także kres rozłamu w Kościele francuskim.

Czas rewolucji francuskiej, co podkreślają akta wszystkich procesów beatyfikacyjnych, był okresem niezwykłego świadectwa wierności Kościołowi i Stolicy Apostolskiej. Na przykład karmelitanki z Compiegne wchodziły na szafot śpiewając psalm "Wychwalajmy Pana wszystkie ludy". Pewna zakonnica z Bollene koło Avignonu powiedziała przed trybunałem: "Jesteśmy bardziej zobowiązani w stosunku do naszych sędziów, niż w stosunku do naszych ojców i matek. Ci ostatni bowiem dali nam tylko życie doczesne, podczas gdy dzięki naszym sędziom otrzymujemy życie wieczne".

Kult oddawany tym męczennikom, doświadczenie tajemnicy świętych obcowania, stanowiło jedno z istotnych źródeł odrodzenia religijnego. Prześladowania okresu rewolucji francuskiej zaowocowały także odrodzeniem duchowym, które - jak podkreślają historycy - obok postępującej laicyzacji, było niejako równoległym nurtem w dziejach Francji ostatnich dwóch stuleci.

Zbiorowej beatyfikacji męczenników rewolucji francuskiej papież Jan Paweł II dokonał 1 października 1995 roku. Zaliczył wówczas w poczet błogosławionych sześćdziesięciu czterech francuskich duchownych, którzy męczeństwem przypieczętowali wierność Kościołowi w tym okresie. Ich historia jest tylko jednym z wielu przykładów prześladowań duchowieństwa w okresie "terroru jakobińskiego". Duchowni ci ponieśli śmierć w jednym z pierwszych na świecie obozów koncentracyjnych, urządzonym przez władze jakobińskie na statkach u wyjścia z portu Rochefort. Przyjęli oni śmierć w sposób heroiczny i do końca pomagali swym towarzyszom niedoli.

Kard. Gantin, odwiedzając ich zbiorową mogiłę na atlantyckiej wyspie Madame w 1989 roku powiedział, że jest to "jedno z najpiękniejszych świadectw obrony wolności religijnej w dobie nowożytnej". Księża ci, znaleźli się w grupie 828 kapłanów i zakonników załadowanych wiosną 1794 roku w porcie Rochefort w zachodniej Francji na dwa okręty przeznaczone do przewozu niewolników " Deux-Associes" i "Washington".

W odległości zaledwie kilku kilometrów od wybrzeża spędzili na nich wiele miesięcy, poddani straszliwemu terrorowi. Dnie spędzali na stojąco jeden obok drugiego na pokładzie, narażeni na upał, morski wiatr i deszcz. Każdy ze statków przygotowany był do przewozu najwyżej stu ludzi, a załadowano ich czterokrotnie więcej. Przy wejściu na okręt zdarto z nich szaty duchowne, pozbawiono wszystkich bagaży oraz książek, krucyfiksów i innych przedmiotów kultu religijnego. Znalezienie medalika, książki do nabożeństwa czy brewiarza, oznaczało natychmiastową egzekucję, wykonywaną przez straż na oczach wszystkich. Kapłanom zabroniono też wszelkiej modlitwy, nie tylko wspólnej, ale nawet cichej, indywidualnej. Wśród deportowanych prawie połowę stanowili księża diecezjalni: około 300 proboszczów i 85 wikarych. Spośród zakonników największą grupę stanowili franciszkanie (63 braci i ojców) oraz 32 benedyktynów. Około stu więźniów zmarło z wycieńczenia już w pierwszych miesiącach. W początkach lata na obu statkach wybuchła epidemia tyfusu, pociągając za sobą masowe ofiary.

Po upadku rządów Robespierra i zgilotynowaniu go w końcu sierpnia 1794, terror na okrętach zelżał. Nowe władze rewolucji pozwoliły nawet na otwarcie dla księży szpitala na pobliskiej, wysepce Madame, leżącej u ujścia rzeki Charente. Szpital ten miał postać kilkunastu namiotów, rozstawionych na piasku nad brzegiem morza, gdzie nie było żadnych lekarstw ani fachowej opieki. W ciągu sześciu miesięcy, w czasie mroźnej zimy, zmarło tam 350 kapłanów. Zostali pogrzebani w piaskach wyspy. W sumie, spośród 828 deportowanych, śmierć poniosło 546. 

Marcin Przeciszewski

 

BÓG ZWYCIĘŻYŁ!

 

Z księdzem infułatem

Józefem Słomianem

proboszczem seniorem parafii św. Wojciecha w Częstochowie

rozmawia

ks. Stanisław Jasionek

 

(Rozmowa miała miejsce w kwietniu 2005 r. na plebanii parafii św. Wojciecha w Częstochowie)

 

Znalezione obrazy dla zapytania ks. Józef Słomian

 

Ks. Stanisław Jasionek: Być proboszczem przez 33 lata w jednej parafii, a do tego jej organizatorem od podstaw, to z pewnością wielka rzecz. Gdy się jeszcze do tego doda, że było to w czasach wojującego ateizmu, prześladowań Kościoła, następnie stanu wojennego i odradzającej się podmiotowości polskiego społeczeństwa, i że tym proboszczem był kapłan niezwykle twórczy, radosny, życzliwy, oddany Bogu i ludziom, to pojawia się zasadnicze pytanie: jak to wszystko pomieścić w jednym kapłańskim życiu? Sądzę, że dogłębna rozmowa z ks. prałatem Józefem Słomianem, bo Jego dotyczy to krótkie wprowadzenie, udzieli nam tej odpowiedzi.

Księże Prałacie, kiedy poczuł Ksiądz pragnienie, by pójść za Chrystusem, Jego kapłańskim szlakiem?

Ks. Józef Słomian: Urodziłem się w pobożnej rodzinie, w której wartości religijno-moralne stawiano na pierwszym miejscu. Rodzice byli bardzo pracowitymi ludźmi. Dzieciństwo miałem szczęśliwe. Ponieważ w wieku sześciu lat umiałem już dobrze czytać, ojciec zdecydował, że pójdę rok wcześniej do szkoły. Ukończyłem więc najpierw czterooddziałową szkołę powszechną w Dankowicach, a potem jeszcze, zanim wybuchła wojna, dwie klasy szkoły w Krzepicach. Siódmą klasę udało mi się zaliczyć w systemie tajnych kompletów w czasie okupacji.

Powołanie do kapłaństwa poczułem w czasie okupacji, będąc na tzw. robotach w Niemczech. Pojechałem na nie jako piętnastoletni chłopak, w zastępstwie mojej siostry Marii, która bardzo bała się tego wyjazdu. Majster, u którego pracowałem w zakładzie stolarskim był dobrym, religijnym człowiekiem, traktował mnie po ludzku. W wolnych chwilach dawał mi do rąk Biblię, w której rozczytywałem się, pogłębiając w ten sposób swoją młodzieńczą wiarę oraz wiedzę religijną.

        

Byliście rodziną wielodzietną. Czy w związku z tym nie doznawaliście niedostatku?

Głód i niedostatek był konsekwencją okupacji Niemiec hitlerowskich. Hitler w swych przemówieniach politycznych krzyczał, wskazując na Polskę, że ten naród nie może istnieć, że dla tego narodu nie ma miejsca na mapie Europy! Stąd polityka eksterminacyjna narodu polskiego. Inteligencję niszczono obozami śmierci, młodych ludzi wywożono do przymusowej, niewolniczej pracy. Na wioskach ludzi wysiedlano, zabierano im ziemię i cały inwentarz. Po zbiorach plonów zbożowych, Niemcy na własną rękę dokonywali omłotów. Ubój inwentarza był zakazany, stąd dokonywano go w sposób tajny. Łamiących ten zakaz karano śmiercią w egzekucji publicznej. W sklepach żywność była na tzw. kartki, stąd na wsiach by nie było głodu ludzie ryzykowali tajny ubój, hodowali kury, kaczki, gęsi. Tu Polakom nie brakowało pomysłowości.

Na wieś, w celach zakupu żywności, przyjeżdżali zgłodniali ludzie, szczególnie z Zagłębia. W soboty i niedziele po wsiach chodziły całe gromady ludzi i kupowali to, co można było przewieźć do domów rodzinnych. Oczywiście, hitlerowcy zabierali takim ludziom wszystko w wypadku ulicznej kontroli.

Szkoły średnie i wyższe uczelnie były zamknięte przez całe pięć lat. Wiele szkół powszechnych również nie funkcjonowało, stąd nauczycielami swych dzieci byli rodzice. Uczyli swe dzieci pisania, czytania, rachowania oraz katechizmowych zasad wiary. Istniało także tajne, konspiracyjne nauczanie, bardzo energicznie zwalczane przez okupanta. Największym bólem dla uciemiężonego narodu, byli zdrajcy polskiego narodu, którzy służyli Niemcom i donosili na Polaków, tzw. „volksdeutsche”.

 

Wojna się skończyła, ale wiele problemów pozostało?

Po wojnie zapisałem się do krzepickiego gimnazjum Maturę małą, gimnazjalną otrzymałem w roku 1947, dużą maturę, licealną w 1949 roku, zgodnie z programem reformy szkolnej z 1936 roku. W Krzepicach mieliśmy wspaniałych księży, którzy umacniali naszą wiarę i religijność. Niestety, okres powojenny nie był dla mojej rodziny zbyt szczęśliwy ani łatwy. Tworzyliśmy wielodzietną rodzinę: dwie siostry i sześciu braci.

Będąc w czwartej klasie gimnazjum zmarła mi matka. Przeżywałem to bardzo boleśnie. Wciąż jednak myślałem o swej przyszłości, rodziła się nieodparta myśl wstąpienia do Seminarium Duchownego. W tym czasie dużo czytałem. Miałem taki zwyczaj, że wychodziłem w pole i tam oddawałem się wielogodzinnej lekturze. Lubiłem rozważać książeczkę Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Moja gimnazjalna polonistka dostarczała mi ciekawych książek, m.in. o ojcu Pio. Życiorysy, szczególnie współczesnych świętych fascynowały mnie. Zapragnąłem w podobny sposób służyć Bogu i ludziom.

Decyzja o wstąpieniu do Seminarium nie była łatwa. Był to czas, w którym takie decyzje na pewno były decyzjami pełnymi ryzyka. Fala ideologicznej walki z klerem wkraczała w etap decydujący. „Reakcyjny kler”, jak się wówczas określało duchowieństwo, przeszkadzał partii budować nową rzeczywistość, w której nie było miejsca dla Boga. Byłem przecież w wieku poborowym. Na komisji wojskowej zachęcano mnie, abym wybrał akademię wojskową. Zdałem przecież z wyróżnieniem maturę, znałem język niemiecki, byłem oczytany. Wybrałem Seminarium Duchowne w Krakowie. Jako kleryk, pełne studia filozoficzno-teologiczne odbyłem na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

 

Po święceniach kapłańskich, otrzymanych w katedrze częstochowskiej, dnia 27 czerwca 1954 roku, z rąk ówczesnego Biskupa ordynariusza Zdzisława Golińskiego, poznaje Ksiądz kolejne wspólnoty Ludu Bożego, do których posłał Księdza Biskup w Imieniu Chrystusa i Jego Kościoła. Pierwsza parafia św. Stanisława BM w Myszkowie i młodzieńczy, wręcz szalony zapał w katechizowaniu dzieci i młodzieży. Ks. prałat Marian Duda w jubileuszowym kazaniu stwierdził: „To nic, że nie było gdzie uczyć. W plebańskim sadzie, pod jabłonką, też można głosić Ewangelię, niekoniecznie w pełni wyposażonej sali szkolnej. Musiałeś za tę gorliwość zapłacić cenę, jaką było niepokojenie przez Urząd Bezpieczeństwa, a także niechęć ludzka do tej nietypowej działalności. Wkrótce zostajesz przeniesiony do parafii Przyrów, by niejako zejść z oczu. Ale przecież nawet w najbardziej skromnej, małej i leżącej na głębokiej prowincji parafii – jest kawałek nieba na ziemi, gdzie Bóg mieszka wśród swoich, ze swoimi i dla swoich. Umiałeś ująć swoich nowych parafian pełnym szacunku odniesieniem do nich i tym zwrotem, którym im się zresztą ze względów historycznych należy: „mieszczanie przyrowscy”. Ale oto Kościół w czasie „odwilży październikowej roku 1957 chwyta, chociaż na krótko oddech i łapie wiatr w żagle. Otwierają się szkoły na katechizację. Brakuje katechetów, zwłaszcza w wielkich parafiach miejskich, szczególnie w Częstochowie i Zagłębiu Dąbrowskim. Wzrok biskupa spoczywa na dynamicznym, energicznym, elokwentnym, pełnym polotu i bystrości umysłu oraz dobrego kontaktu z młodzieżą księdzu Józefie. I tak zostajesz prefektem i wikariuszem w ogromnej parafii św. Stanisława B.M. w Czeladzi”.

Księże Prałacie, poznaliśmy się 46 lat temu w Czeladzi. Byłem wtedy ”małym ministrancikiem”. Podziwiałem Księdza za piękne kazania i dobry kontakt z ludźmi. Moi rodzice i wielu starszych czeladzkich parafian do tej pory Księdza mile wspominają. A jakie wspomnienia pozostały w Księdza pamięci?

Najpierw pragnę odwzajemnić życzliwość czeladzkich parafian. To wspaniali ludzie, wiele się od nich nauczyłem. Ale powracając do głównego wątku naszej rozmowy:    Otóż, w roku 1957 zostałem przeniesiony do parafii św. Stanisława B.M. w Czeladzi. Byłem uprzedzony, że ks. proboszcz Józef Sobczyński jest człowiekiem „górnym, sztywnym, wymagającym i małomównym”. Uważaj, mówiono mi. Do Czeladzi przyjechałem zaraz po otrzymaniu biskupiej nominacji. Z samochodu, którym przywiozłem swoje rzeczy wynosiłem: książki, pościel, ubrania i inne osobiste drobiazgi. Przechodzi ksiądz Proboszcz, mile się uśmiechnąłem, pochwaliłem Pana Boga, witając go w ten sposób. Spojrzał na mnie obojętnie i bez słowa poszedł do swego mieszkania. Rzeczywiście „ważny pan” – pomyślałem sobie. Była to druga połowa sierpnia. W parafii trwało gorą­czkowe przygotowywanie do pieszej pielgrzymki do Często­chowy, która jutro miała wyruszyć na Jasną Górę. Rano, o godzinie 7.00, przez udział we Mszy św. pielgrzymi przygotowują się do wyjścia. Wszyscy, razem z wikariuszami, czekają na ks. Proboszcza, aby pobłogosławił i pożegnał pielgrzymów, życząc im owoców podjętego trudu i modlitwy. Ponieważ ks. Proboszcz spóźnił się, wyszedłem na ambonę i w imieniu ks. Proboszcza złożyłem pielgrzymom życzenia obfitych łask Bożych i szczęśliwego powrotu. W tym czasie ks. Proboszcz stał już we drzwiach wejściowych i słuchał mojej przemowy. W zakrystii krzyknął na mnie: „Kto tu jest proboszczem? Ksiądz dopiero wczoraj przyjechał i już tak się mądrzy!”. Ze smutnym wyrazem na twarzy poszedł do ołtarza. Gdy wrócił podszedłem do niego i powiedziałem: „Serdecznie przepraszam! Nie chciałem zrobić przykrości”.

 

W jakiejś mierze można zrozumieć zachowanie Księdza Proboszcza. Nie znał jeszcze wtedy Księdza i jego dobrych intencji. Ale myślę, że poznał się na Księdzu szybko i pozwolił się niejeden raz zastąpić w sytuacjach szczególnie ważnych?

Stołówka księży wikariuszy była oddzielna. Podczas obiadu przychodzi do nas, księży wikariu­szy, ks. Proboszcz z butelką wina. Stawiając ją na stole i mówi: „Niech to będzie na zgodę i dobrą współpracę”. Od tego czasu zaczął mówić mi: księże Józefie. Ta zgoda i miłość kapłańska trwała przez całe sześć lat. Do końca jego życia byliśmy ser­decznymi przyjaciółmi.

Ma Ksiądz rację stwierdzając, że ks. Proboszcz pozwalał mi siebie zastępować w różnych ważnych sytuacjach. Tak było wiele razy, no choćby dnia 1 września 1957 roku. Początek roku szkolnego. Godzina 8.00 rano. Pełny kościół dzieci, młodzieży i rodziców. Ksiądz Proboszcz poprosił mnie, abym przemówił do dzieci. Wszedłem na ambonę i powiedziałem: „Idziemy do szkoły po wiedzę, po światło życia, po wartości Boże i świeckie. Idziemy w dniu szczególnym, który przypomina nam dzień tragiczny i bolesny w historii naszego narodu. Tę historię poznacie w szkole i od waszych mądrych rodziców”.

W rozkładzie zajęć katechetycznych przypadło mi mieć lekcje religii w szkołach podstawowych nr 1, nr 2 i w Liceum Ogólnokształcącym przy ul. Reymonta. Razem trzydzieści godzin plus normalne zajęcia duszpasterskie w parafii. Twarze nauczycieli były spokojne, chłodne, obojętne, ale nie przyjacielskie. Młodzież starsza zgłaszała wiele pytań ideologicznych, moralnych i z historii Kościoła.

W połowie września wypadło mi iść z pogrzebem na cmentarz. Zginął na kopalni w wypadku górnik. Przygotowałem starannie liturgię pogrzebową, wypastowałem buty, byłem nawet u fryzjera, bo chciałem się pokazać górnikom jak najlepiej, także od strony zewnętrznej. Ale zaczęło padać. Na cmentarzu wielkie kałuże. Ubłociłem buty, a także sutannę i spodnie. W kancelarii mówię ks. Proboszczowi: „Czy nie można by zrobić jakiejś alejki o twardej nawierzchni?” Odpowiedź była taka: „Józiu, skąd weźmiesz cementu? Jest przecież na przydział, a Kościołowi cementu nie przyznają. Musisz to zrozumieć!” I tu los uśmiechnął się do mnie. Będąc przy jakiejś okazji w Urzędzie Miejskim, zwróciłem się do kierownika spraw gospodarczych: „Panie kierowniku, na cmentarze idą z pogrzebem górnicy, parafianie, nawet ludzie partyjni. Czy wszyscy muszą iść po błocie?” Kierownik chwilę podumał, a potem się uśmiechnął i zapytał: „O co chodzi?” O cement – odpowiedziałem. Ile? Jedną tonę! – Dobrze, brzmiała odpowiedź. „Jutro jedną tonę podrzucę. Proszę powiedzieć tylko, gdzie mamy złożyć”. Po kilku tygodniach już była alejka, z naprawami bieżącymi do dzisiaj istniejąca.

 

No tak, ale przecież tych przykładów przyjacielskiej współpracy z proboszczem Sobczyńskim mógłby Ksiądz Jubilat przytoczyć więcej...

Pozwoli Ksiądz, że o kilku takich przykładach miłej współpracy wspomnę. Pewnego dnia, w czasie obiadu, pani Helena gospodyni plebańska, dzwoni do moich drzwi i oświadcza, że ks. biskup Zdzisław Goliński, będąc gościem u ks. Proboszcza prosi mnie na obiad. Gdy usiadłem przy stole – Biskup daje mi takie polecenia: „Kościół św. Stanisława istnieje i służy wiernym już 50 lat, a nie jest jeszcze konse­krowany. Aby mógł być konsekrowany trzeba bardzo pilnie zbudować ołtarz kamienny. Dotąd w kościele jest ołtarz drewniany, stary i skrzypiący pod nogami. Ksiądz Józef zajmie się tą budową. Czy ksiądz Proboszcz zgadza się z takim układem sprawy?” Oczywiście, ks. prałat Sobczyński wyraził zgodę na to, abym rozpoczął stosowne starania. Do dnia dzisiejszego ołtarz kamienny służy Bożej sprawie. Ks. biskup Goliński dodał jeszcze: „W tym roku w imieniny ks. Proboszcza przypada złoty jubileusz jego kapłaństwa. Ja wiem, że ksiądz Józef zrobi to bardzo zgrabnie”. Słowo stało się ciałem. Był Jubileusz z piękną akademią.

Kilka miesięcy później znowu podobna historia. Ks. biskup Zdzisław Goliński, wracając z Seminarium Duchownego w Krakowie, zatrzymał się w Czeladzi, w drodze do Czę­stochowy. Przypuszczam, że chciał sobie odpocząć i wypić małą kawę. Była godzina 16.00. Ks. Biskup znowu mnie zagadnął: „Księże Józefie, leży mi na sumieniu konsekracja waszego kościoła. Aby mogła spełnić się moja powinność biskupia, trzeba pomalo­wać kościół. Od pięćdziesięciu lat kościół nie był malowany. Cała wewnętrzna infrastruktura ścian jest dosłownie czarna. Księże Józefie, kontynuował Biskup, sprawą gospodarczą i techniczną (chodzi o rusztowania) zajmie się ksiądz! Czy Ksiądz dobrze mnie zrozumiał?” No cóż, nie miałem wyboru!

Na polecenie Biskupa, ks. prof. Stanisław Grzybek, pracujący w Krakowie w Wyższym Seminarium Duchownym, rozmawiał z profesorem Maciejem Makarewiczem, specjalistą od wystroju wnętrz obiektów sakralnych, aby podjął się pomalowania wnętrza kościoła. Profesor Makarewicz zażyczył sobie sporej ilości czystego, drobno ziarnistego piachu i odpowiednią ilość drewna profilowanego na rusztowania. Nie było to łatwe zadanie. Piachu i drewna szukaliśmy po całym Śląsku. Z pomocą przyszli mi dwaj księża wspólnie ze mną pracujący w parafii. Byli to ks. Zdzisław Warzecha i ks. Tadeusz Michalski. Obaj mieli motocykle marki „Jawa”. W każdej potrzebie służyli mi z radością. Kościół przy dużym wysiłku, zresztą nie tylko moim, został pomalowany.

Jeszcze mały epizod w związku z malowaniem kościoła. W adwencie, tuż przed samym Bożym Narodzeniem, miałem lekcje religii z młodzieżą licealną w kościele, w pomieszczeniu byłego magazynu gospodarczego. Nagle ktoś puka do drzwi. Był to nauczyciel Technikum Budowlanego w Bytomiu. Przyjechał z grupą młodzieży do Czeladzi, aby poka­zać im i omówić na przykładzie naszej świątyni, architekturę budownictwa sakralnego. Poprosił mnie, abym przemówił do młodzieży. Wychodząc powiedział głośno: „Najwyższy czas, abyście ten piękny kościół pomalowali. Te brudne ściany ubliżają całej ambitnej Czeladzi”. Na Pasterce, w imieniu ks. Proboszcza głosiłem Słowo Boże. Przy życzeniach świątecznych powtórzyłem to, co mi powiedział nauczyciel z Bytomia. Cała społeczność wiernych, wypełniająca kościół aż „drgnęła”.

 

Czyżby z zawstydzenia?

W pewnym sensie – tak! Czeladzianie byli społecznością niezwykle ambitną i taką pozostali do dziś. Dlatego pozwoliłem sobie podczas Pasterki powiedzieć, że ofiary zebrane na tej Mszy świętej i innych w ciągu dnia, będą przeznaczone na malowanie koś­cioła. Zasobność ofiar tego dnia przekonała ks. proboszcza Józefa Sobczyńskiego o rzeczywistej potrzebie przystą­pienia do malowania kościoła.

 

Prace malarskie uczyniły z czeladzkiej świątyni prawdziwy klejnot. Ale przecież pozostało jeszcze wiele do zrobienia. Sam pamiętam jak szpeciły wygląd kościelnego otoczenia drewniane schody, po których trzeba się było wspinać do dostojnej świątyni usytuowanej na pięknym wzgórzu.

W jaki sposób udało się Księdzu wybudować nowe, imponująco do dziś wyglądające schody? Wiadomo przecież, że ówczesne władze miejskie takich ”luksusowych” zezwoleń udzielać nie chciały.

Nie chciały, ale można je było jakoś podejść. Życie samo podpowiadało mi sposoby. Otóż, w parafii odbywa się pogrzeb. Zmarł górnik, człowiek szlachetny, pracowity i w pracy górniczej odpowiedzialny, nadto wielkiej wiary i kultury chrześcijańskiej. Na cmentarzu przy grobie podkreśliłem jego zalety. Dodałem, że był człowiekiem bogatym w walory swego człowieczeństwa. Może być legitymacją dobrej pracy, kultury społecznej i religijnej. Dzisiejszy świat przede wszystkim takich legitymacji potrzebuje.

Dwa dni później ks. Proboszcz i ja zostaliśmy wezwani do Urzędu Miejskiego. Przewodniczący urzędu zarzuca mi, że ja poniżyłem legitymację partyjną, a nawet ją wyśmiewałem. Od razu zareagowałem i zapytałem: „Czy może pan Przewo­dniczący powtórzyć słowa, których użyłem przy grobie zmarłego górnika?” Nie umiał powtórzyć. Więc ja powtórzyłem dosłownie i zapytałem: „Proszę mi powiedzieć, co ja w tych słowach powiedziałem złego?” Spuścił głowę i stwierdził, że błąd jest po jego stronie. Aby jakoś sprawę załagodzić zapytał księdza Proboszcza, czy ma jakieś problemy natury administracyjnej. „Są problemy, powiedział Proboszcz, ale sądzę, że na razie nie będę mógł tych proble­mów z panem załatwić”. „Ale ja, wtrąciłem się szybko do rozmowy, jako ksiądz w tej parafii pracujący, mam pewną propozycję i problem. Przy ulicy Bytomskiej są duże schody wejściowe do kościoła. Te schody chwieją się i skrzypią. Wierni tłumnie po nich wchodzą i schodzą. Drewno tych schodów jest spróchniałe i zgnite. Niech się te schody załamią i wysypią razem z ludźmi na tak ruchliwą ulicę, jaką jest ulica Bytomska, to kto za to odpowie?” Zapadła martwa cisza. Po chwili odezwał się Przewodniczący: „Wyjdę na przeciw temu, co po­wiedział ks. Słomian. Miasto wybuduje stabilne żelbetonowe schody wiodące na skarpę, na której usytuowany jest kościół, pod warunkiem, że parafia użyczy nam z cmentarza przykościelnego pasa ziemi o szerokości 5 m na poszerzenie ul. Bytomskiej, przy jej wylocie na rynek czeladzki w kierunku Będzina”. Ks. prałat Sobczyński podniósł się z krzesła i powiedział: „Panie Przewodniczący, pomysł jest do rozważenia. Przedstawię go w Kurii Diecezjalnej. Sądzę, że otrzymam odpowiedź pozytywną”. Była zgoda kurii. Po kilku miesiącach schody żelbetonowe już były gotowe i służą parafii po dzień dzisiejszy.

 

Ma Ksiądz umiejętność praktycznych rozwiązań, zwłaszcza takich, które ułatwiają ludziom ich przylgnięcie do spraw religijnych. Takim praktycznym rozwiązaniem było przeniesienie ambony z lewej strony ołtarza na prawą.

W kościele oprócz głównych drzwi wejściowych, są jeszcze boczne od rynku, którymi wchodzą najczęściej mieszkańcy dużego osiedla. Zatrzymują się oni w nawie bocznej. Ambona od lat ustawiona była na lewym filarze transeptu. Nawa środkowa była wypełniona jedynie wiernymi siedzącymi w ławkach. Ksiądz będąc na ambonie miał większość ludzi za plecami. Między kaznodzieją a wiernymi nie było wizualnego kontaktu, stąd słyszalność była słaba a słuchalność jeszcze gorsza. I tak było przez całe 50 lat, od czasu wybudowania czeladzkiej świątyni. Do dzisiaj nie wiem, skąd u mnie była taka odwaga, że podczas urlopu ks. Proboszcza, ja skromny wikariusz, przeniosłem ambonę na przeciwny filar nawy głównej, z którego to miejsca można było widzieć większość wiernych i ich skupione twarze. Po powrocie z urlopu ks. prałat Sobczyński powiedział: „Tak trzeba było. Dobrze zrobiłeś. Dziękuję!”

 

Skupiliśmy się w naszej rozmowie na sprawach materialnych. Są one ważne z punktu widzenia administrowania parafią. Jednakże, czeladzianie pamiętają Księdza jako wspaniałego kaznodzieję, wytrawnego katechetę moderatora życia religijnego, który potrafił skruszyć dla Boga niejedno zatwardziałe, grzeszne serce. W tej roli, tak sądzę, czuł się Ksiądz chyba najlepiej. Pamiętam, że najczęściej procesję Bożego Ciała w Czeladzi, prowadził Ksiądz osobiście. Także wygłaszał płomienne kazania. Co się wówczas działo z ks. Sobczyńskim? Jako ministrant nigdy nie widziałem go celebrującego uroczyste Msze św., czy też głoszącego Słowo Boże.

Ks. proboszcz Józef Sobczyński był zarazem kanonikiem gremialnym kapituły katedralnej w Częstochowie. Powinnością członków kapituły było i jest do dzisiaj, że powinni razem z ks. Biskupem być na każdej większej uroczystości kościelnej. Wyjeżdżając do Częstochowy mnie powierzał prezentowanie jego osoby w uroczystościach parafialnych. Stąd też właśnie ja przewodniczyłem większym uroczystościom w kościele czeladzkim. Tak było i w przypadku uroczystości Bożego Ciała. Przy ostatnim ołtarzu Bożego Ciała, w kazaniu wspomniałem o okopach „Trójcy Świętej”. Komuś bardzo się to nie spodobało. Miałem przykrości.

Inne zdarzenie. Czwarty rok kapłaństwa. Do moich drzwi puka niespodziewany gość – ks. dr Władysław Sobczyk, pracownik Kurii Diecezjalnej. Urzędowo oświadcza mi: „Biskup Goliński życzy sobie, aby Ksiądz wygłosił rekolekcje wielkopostne dla wszystkich licealistów miasta Częstochowy, zgromadzonych w katedrze częstochowskiej”. Tą wiadomością byłem bardzo zaskoczony. Taka jest wola ks. Biskupa, nie ma odwołania! To były rekolekcje „łaski Bożej”. Młodzież przychodziła bardzo licznie. Księża prefekci byli zadowoleni. W dniu spowiedzi usiadło w konfesjo­nałach 28 spowiedników. Spowiadali przez wiele godzin.

 

Był Ksiądz cenionym duszpasterzem młodzieży. Z pewnością doceniała to Kuria Diecezjalna, prosząc o wygłoszenie młodzieżowych rekolekcji w Częstochowie. Sądzę, że wielki wpływ na taką ocenę miała Księdza troska o wychowanie eucharystyczne młodzieży. Sam pamiętam te niedzielne Msze św. o godzinie 8.00 rano. Czeladzki kościół, który można jedynie porównać z naszą bazyliką archikatedralną napełniał się młodzieżą.

Należy pamiętać, że wszystko to dzia­ło się na tle trudnej sytuacji w pracy katechetycznej. Wspomina Ksiądz tzw. Msze św. młodzieżowe. Licealiści byli moimi uczniami. Ta kategoria młodzieży chciała mieć swoją własną Mszę św., w niedzielę i to o godzinie 8.00 rano. Tę godzinę sami sobie wybrali. Do kościo­ła na tę Mszę św. przychodzili w bardzo licznej grupie. Ks. biskup Goliński, dowiedziawszy się o tej Mszy św. powiedział na zebraniu księży dziekanów: „Sprawdzę, jeśli się to, co słyszałem potwierdzi, będzie to dla mnie miły ewenement”. W pewną niedzielę przyje­chał z księdzem kapelanem Gołąbem i zobaczył fakt autentyczny.

 

Po długim, sześcioletnim okresie wikariatu w Czeladzi zostaje Ksiądz Prałat mianowany wikariuszem parafii św. Józefa w Częstochowie na Rakowie. Temu miastu poświęca swoje wszystkie siły i talenty aż po dzień dzisiejszy. Pięknie ujął to w słowach jubileuszowej homilii ks. M. Duda nazywając Księdza wielkim apostołem Południa Częstochowy, potem jej Centrum a wreszcie Północy, który w ten sposób zasłużył sobie na miano ewangelizatora całej Częstochowy.

W roku 1964 zostałem przeniesiony z Czeladzi do parafii św. Józefa w Częstochowie. Parafia liczyła około 25 tysięcy wiernych. Oprócz proboszcza pracowało w niej trzech księży wikariuszy. Parafialnym priorytetem było religijne nauczanie dzieci i młodzieży. Jak zwykle w takiej sytuacji, najważniejszym zadaniem dla prefekta było przygotowanie sal katechetycznych. Trzy sale były w piwnicy plebani. Dawniej były to pomieszczenia na sprzęt gospodarczy. I jedna sala w dolnej kaplicy kościoła.

Oprócz zajęć duszpasterskich, mnie przypadło uczyć głównie młodzież szkół średnich, tygodniowo około 30 godzin. W każdą niedzielę uczyłem dwie duże grupy młodzieży pracującej. Każda grupa liczyła od 40-tu do 50-ciu osób. Zaszczytną powinnością dla mnie było głoszenie w każdą niedziele kazań, przeznaczonych głównie dla młodzieży starszej. Razem z księdzem proboszczem Franciszkiem Rąpałą, my wikariusze czuliśmy się bezradni w opanowaniu tak licznej społeczności młodego Kościoła. Ale radość powracała, gdy widziało się zaangażowanie młodych i swoją formacyjną pracę, w duchu odpowiedzialności za młode poko­lenie. Msza św. dla młodzieży z żywym jej zaangażowaniem wyglądała imponująco.

Ks. Proboszcz doceniał moją pracę, szanował mnie. Jak dalece, niech poświadczy następujące zdarzenie. W trzecią niedzielę Wielkiego Postu miały się odbyć rekolekcje dla starszych, zaś po nich rekolekcje dla mło­dzieży. Tymczasem w sobotę przed niedzielą rekolek­cyjną, listonosz przynosi telegram od mającego głosić nauki rekolekcjonisty, następującej treści: „Jestem chory na grypę. Nie przyjadę!” Ks. Proboszcz o mało nie dostał zawału serca. Szukał nowego rekolekcjonisty. Obdzwonił Kraków, Częstochowę z Jasną Górą, bez skutku. Wieczorem po kolacji przychodzi do mnie i wręcz błaga, abym wygłosił te rekolekcje; jedne i drugie zresztą. Broniłem się, mówiłem - jestem nieprzygotowany. Rekolekcje to sprawa odpowiedzialna, trudna i święta. Ks. Pro­boszcz nie dał się jednak przekonać: „Na moją odpowiedzialność, proszę księdza jeszcze raz!” Chwilę pomyślałem i rzekłem: „Dobrze, spróbuję spełnić wolę księdza Proboszcza”.

Ks. proboszcz Franciszek Rąpała miał rację! Rekolekcje wypadły lepiej niż się spodziewałem. Była wspaniała frekwencja, dużo spowiedzi i piękne przeżycie ekspiacyjnej pokuty. Pamiętam pewien incydent, który wydarzył się na Mszy św. z nauką stanową dla mężczyzn. Mężczyźni przyszli na nią bardzo licznie, wypełnili kościół po brzegi. Gdy rozpocząłem naukę, wyłączono bez żadnego wcześniejszego uprzedzenia energię elektryczną. Nie było światła i nagłośnienia. To jednak nie zniechęciło mężczyzn, wytrwali do końca. Po skończonej nauce elektryczność włączono. Rekolekcje dla młodzieży też były godne pochwały, ale o tyle słabsze, że byłem już bardzo zmęczony. Przemawiałem bez większego entuzjazmu. Ksiądz Proboszcz był jednak zadowolony! W parafii św. Józefa pracowałem, podobnie jak i w Czeladzi, sześć lat.

 

Miał Ksiądz wielkie doświadczenie duszpasterskie, zdobyte na placówkach dobrze zorganizowanych i eksponowanych. W jakich okolicznościach dowiedział się Ksiądz, że biskup ordynariusz dr Stefan Bareła pragnie Księdza posłać, z misją rzeczywiście wojciechową, do nowej częstochowskiej dzielnicy. Co Ksiądz wtedy czuł?

Dwa tygodnie przed końcem wakacji 1968 roku, wezwał mnie do kurii biskup ordynariusz Stefan Bareła i powiedział, że choć miał wobec mnie inne plany, to teraz pragnie wyraźnie tego, abym zajął się wiernymi nowej częstochowskiej dzielnicy „Tysiąclecie”. Roztoczył przede mną perspektywę pięknej, acz pionierskiej pracy, zapalił do działania i tak się to wielkie dzieło tworzenia nowej parafii rozpoczęło...

 

Czy propozycja ta Księdza zaskoczyła?

Propozycja ks. Biskupa Ordynariusza prawdę mówiąc mnie zaskoczyła, stawiałem pewne opory. Jednakże stanowcza perswazja, ks. infułata Alojzego Jatowtta wikariusza generalnego, a także ks. Wincentego Kochanowskiego wicekanclerza kurii i innych, oraz rady moich przyjaciół sprawiły, że przyjąłem nominację. Powoli, ale wbrew intencjom władz administracyjnych miasta, rozpocząłem pracę organizacyjną. Kanonicznie parafia św. Wojciecha została powołana do życia, dekretem z dnia 20 stycznia 1969 roku (nr 187/69).

 

Jak władze państwowe zareagowały na dekret biskupi? Wiadomo przecież, że nie wydawały chętnie zgody na tworzenie nowych parafii.

Ksiądz biskup ordynariusz dr Stefan Bareła, widząc potrze­bę utworzenia nowych parafii na wschodnich i północnych rubieżach miasta Częstochowy – podobnie jak i w innych rejonach diecezji – wystosował do wojewódzkiego wydziału ds. wyznań w Katowicach, pismo postulujące zatwierdzenie kilkunastu nowych parafii. Między Episkopatem a Rządem PRL istniała umowa, że jeśli któraś ze stron nie odpowie na pismo w ciągu trzydziestu dni, sprawę, o którą chodzi, uważa się za załatwioną na korzyść strony postulującej. Władze wojewódzkie nie odpowiedziały w umownym terminie, wobec czego Biskup Ordynariusz powołał natychmiast do życia nowe parafie. Władze państwowe, mimo przeterminowania umownego czasu, nie uznały erygowanych przez Biskupa parafii, uwa­żając je za nielegalne. W związku z nie uznaniem parafii przez władze państwowe, ks. proboszcz Stanisław Kopeć, znając się oso­biście z kierownikiem Wydziału do Spraw Wyznań przy Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach, przywiózł wiadomość, że kierownik wydziału skłonny jest uznać parafię św. Wojciecha, pod warunkiem wystosowania w tej sprawie ponownego pisma przez Kurię Diecezjalną. Uradowałem się z tej wiadomości. Kuria zaryzykowała i została rozczarowana. Katowice zawiadomiły stanowczym pismem, nie tylko Kurię Diecezjalną, mnie osobiście, ale wszystkie władze często­chowskie, że parafia św. Wojciecha nigdy nie istniała i obecnie także nie istnieje. W dniu 2 stycznia 1970 roku wydano parafii książkę podatkową, którą zarejest­rowano i ofrankowano znaczkami skarbowymi. Po pewnym czasie, gdy się zorientowano, że status prawny parafii jest kwes­tionowany, zawiadomiono mnie, że Wydział Finansowy Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Częstochowie, książki podatkowej nie respektuje.

 

Mimo to, jednak parafia św. Wojciecha rozpoczęła swą działalność duszpasterską, gdyż zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, tylko biskup diecezjalny władny jest ją powołać do życia. Jaki obszar Częstochowy zajmowała pierwotnie parafia?

Zgodnie z postanowieniem dekretu, parafię św. Wojciecha stanowić miało nowe osiedle Częstochowy zwane „Tysiącleciem”, w granicach ulic: Dembińskiego, Chłopickiego, Wałów Dwernickiego, Broniewskiego, Nałkowskiej, 16 Stycznia i Kilińskiego. Mimo wyraźnego podziału, nie wszystkie jednak ulice wyszczególnione w dekrecie znalazły się w granicach nowej parafii. Wskutek interwencji Ks. kanonika Tadeusza Ojrzyńskiego, proboszcza parafii św. Jakuba, niektóre ulice pozostały przy parafii św. Jakuba.

Trzeba także zaznaczyć, że część dzielnicy Tysiąclecia obejmowała, utworzona już wcześniej parafia św. Kazimierza, korzystająca z kościoła cmentarnego na Kulach oraz mająca skromną, aczkolwiek własną bazę lokalową przy ul. Brzeźnickiej nr 45.

 

Jak wyglądały początki duszpasterzowania w nowej parafii, uchodzącej w oczach władz państwowych za nielegalną?

Początki organizacji życia parafii były bardzo trudne. Przede wszystkim nie sprecyzowano odpowiednich zarządzeń, które ułatwiłyby pracę tworzenia nowej wspól­noty parafialnej. Księżom proboszczom parafii św. Jakuba i św. Zygmunta sugerowano w kurii, by teren stanowiący nową parafię św. Wojciecha, był dalej pod ich administracją. Rola przyszłego proboszcza nowej parafii miałaby się ograniczyć jedynie do zdalnej opieki duszpasterskiej nad parafią będącą tylko intencjonalnie, „in statu fieri”. Mnie zaś osobi­ście oświadczono w kurii, że parafia św. Wojciecha została legalnie erygowana przez ks. biskupa ordynariusza Stefana Barełę i ma stanowić pod administra­cją nowego administratora nową autonomiczną jednostkę duszpasterską. Ks. prałat Władysław Gołąb, człowiek szerokiego widzenia, proboszcz parafii św. Zygmunta, radził całkowitą samodzielność. Ks. kanonik Tadeusz Ojrzyński - proboszcz parafii św. Jakuba, choć nie czynił trudności w tworzeniu nowej parafii, to jednak wolałby widzieć osiedle „Tysiąclecia” w organicznej całości z parafią św. Jakuba. Ks. proboszcz Tadeusz Ojrzyński tworzącej się parafii św. Wojciecha przydzielił pewne godziny sprawowania Eucharystii w kaplicy znajdującej się w domu plebańskim, przy ul. Kilińskiego nr 8!

Parafia św. Wojciecha rozpoczęła swój byt w warunkach bardzo trudnych. Nie posiadała przecież kościoła, plebani, ani żadnych innych własnych pomieszczeń gospodarczych. Msze św. zaczęto więc odprawiać w zaimprowizowanej kaplicy, będącej salą katechetyczną na plebani św. Jakuba przy ul. Kilińskiego nr 8. I tak, w dni powszednie mogliśmy odprawiać Msze św. o godz. 7,00 i 18,00 natomiast w niedziele i święta o godz. 9,00 i 18,00. Pierwszą Mszę św. odprawiłem w pierwszy czwartek miesiąca września 1969 roku, o godz. 18,00. Po skończonych zajęciach katechetycznych, szybko wysprzątaliśmy kaplicę, wynieśliśmy ławki, ołtarz przystroiliśmy kwiatami i w uroczystym nastroju czekaliśmy na wiernych.

Na Mszę św., mimo ogłoszeń niedzielnych z ambony, przyszła tylko jedna osoba i to jeszcze z parafii św. Jakuba. Przykro mi było, ale nadziei nie straciłem. W piątek udałem się na spacer po ulicach dzielnicy Tysiąclecia, w czasie którego napotkanych ludzi – dorosłych i dzieci – informowałem o nowej parafii i zapraszałem na Mszę św. W pierwszą niedzielę września przyszło do kaplicy siedem osób. W kazaniu podkreśliłem, że ich liczba jest wspaniałym odniesieniem do siedmiu sakramentów św., jako prefiguracji rozpoczynającej swe życie parafii św. Wojciecha. Na Mszę św. w drugą niedzielę przyszło około trzydziestu osób. Wiernych serdecznie przywitałem i poprosiłem o pomoc w zachęcaniu sąsiadów i znajomych do udziału w niedzielnej Eucharystii. Nie przerywałem moich „zaczepnych” spacerów po dzielnicy. Niektórzy się dziwili, dlaczego tylko dwie Msze św. są do ich dyspozycji, jako wiernych nowej wspólnoty. Odpowiadałem: „Gdy przyjdziecie wszyscy, wówczas dane nam będą większe możliwości w planowaniu i celebrowaniu Eucharystii”. W trzecią niedzielę września wiernych z Tysiąclecia, przybyłych na Msze św. było tak wielu, że wypełnili po brzegi kaplicę daną nam do dyspozycji, nie tylko podczas tych dwóch godzin, danych nam do sprawowania Eucharystii, ale także na Mszach św., które celebrowała parafia św. Jakuba. To było rzeczywiste apostolstwo misyjne i co tu dużo mówić, niebywale skuteczne. Czuło się działanie Boga!

 

Księże Prałacie, zespalała się w żywy organizm kościelny nowa parafia, która przecież na początku swego istnienia była zlepkiem ludzi o różnych korzeniach, poglądach i zapleczu ekonomicznym. Jak by Ksiądz tę rodzącą się wspólnotę, od strony socjologicznej, najogólniej scharakteryzował?

Wierni dzielnicy Tysiąclecia stanowili specyficzną w swoim rodzaju strukturę społeczną, środowisko ogromnie sobie obce, które nie wytworzyło swoistej więzi wspólnoty. Ludzi nie łączyło żadne do­świadczenie tradycyjne, społeczne czy religijne. Dotąd ci ludzie nie mieli żadnych wspólnych przeżyć. Na większe święta czy ferie wyjeżdżali do swych rodzin. Pochodzili z różnych stron Polski. Do Częstochowy przywieźli ze sobą różną kulturę, zwyczaje i tradycje rodzinne, własne przekonania światopoglą­dowe i religijne. Ponieważ weszli w obce środowisko, nieznane sobie bliżej, poczuli się osamotnieni, zagubieni, wykorzenieni z dotychcza­sowego środowiska, które ich przecież kształtowało. Opinia nowego środo­wiska nie działała dopingująco do życia powściągliwego. Nikt nikogo nie znał. W spotkaniach sytuacyjnych z sąsiadami dalszymi lub bliższymi, odczuwali zderzenia różnych środowiskowych formacji. Stąd może płynęło ich osamotnienie, frustracja i nihilizm. Nowe mieszkania potrzebowały nowego wyposażenia, stąd ustawiczna pogoń za pieniądzem. Życie wielu wiernych Tysiąclecia było skomplikowane pod względem moralnym. Oprócz obojętności religijnej, zauważało się coraz więcej związ­ków cywilnych i konkubinatów. Niektóre rodziny wykazywały zupełną obojęt­ność wobec swojej parafii i wobec zasad wiary. Nie chciały się angażować w życie parafialne, gdyż nie pozwalała im na to przynależność partyjna, bądź pogoń za pieniędzmi.

Niemniej jednak wśród tysiąclecian większość stanowili ludzie wartościowi, kulturalni i religijni. Do kaplicy na Msze św. znaczna część ludzi, dla księży zresztą bardzo życzliwa, przychodziła chętnie, interesując się przejawami życia parafii. Należy podkreślić, że na Tysiącleciu mieszkało wówczas bardzo dużo inteligencji. Według mojego szacunku, około 60 %. Do tych ludzi zostałem posłany, aby wypełnić apostolską powinność!

 

W tym misyjnym apostolstwie wspierali Księdza Prałata w początkowym okresie istnienia parafii dwaj wspaniali kapłani. Oni, obok swego Proboszcza, wnieśli w tworzącą się parafię najwięcej twórczego trudu. W aneksie książki pozwoliłem sobie umieścić spis wszystkich księży wikariuszów pracujących z Księdzem w parafii św. Wojciecha. O niektórych z nich z pewnością będziemy rozmawiać, ale teraz skoncentrujmy się na tych dwóch pierwszych.

Jednym z większych wydarzeń dla parafii św. Wojciecha było uzyskanie pierwszego wikariusza w osobie Ks. Janusza Struskiego. Był to człowiek zdolny, niezmiernie pracowity i kulturalny. Przed przyjściem do parafii św. Wojciecha był wikariuszem w parafii św. Jakuba. Mocno przeżył swoje przeniesienie. Zbyt uczuciowo przy­wiązał się do byłej parafii. Dziwiłem się, że nie mógł od razu zrozumieć, że realizuje to samo posłannictwo, na placówce jeszcze bardziej eksponowanej i prestiżowej w mieście, mimo, że ta placówka była jeszcze w stadium początkowej organizacji. W nowej parafii zyskał powszechne uznanie, efektyw­nie pracując z dziećmi i młodzieżą. Był utalentowanym katechetą, kochał młodzież, trafiał do ich serc. Budził w nich ducha wiary, wiązał z Kościołem, a przede wszystkim z niedzielną Eucharystią. Był znakomitym duszpasterzem ministrantów, którzy w wyniku jego pracy, byli szczególną moja radością. On pierwszy w Częstochowie ubrał ministrantów w białe alby z kolorowymi sznurami. Cieszył się uznaniem wśród księży i wiernych. W boju o nową parafię zawsze umiał stanąć przy mnie moc­niej, chcąc przynajmniej ciepłym słowem pomóc w przetrwaniu kryzysu.

Po czterech latach wielkiej pracy w parafii św. Wojciecha, z powodu braku mieszkania, ks. Janusz został przeniesiony do parafii katedralnej św. Rodziny w Częstochowie. Po jednym roku pracy w katedrze, zmarł z powodu wylewu krwi do mózgu. Pogrzeb jego był potężną manifestacją ludzi, którzy pokochali go za jego duszpasterską pracę. Spłaciłem swoistego rodzaju mój i parafii dług wdzięczności wobec niego, wygłaszając kazanie na eksporcie do katedry. Kilka lat temu rozmawiałem z osobami, które uczył ks. Janusz Struski. Stwierdzali, że to były piękne i niezapomniane katechezy. Bardzo często wspominają go czule. Zapytałem, czy modlą się za swojego prefekta? Usłyszałem piękną odpowiedź: „Proszę księdza, ks. Janusz był człowiekiem wielkiej świętości. My się do niego modlimy, by wypraszał nam łaski u Boga. My właściwie żyjemy jego wiarą. Niezmiernie ważnym wydarzeniem dla rozwoju parafii było przyjś­cie drugiego wikariusza – Ks. Kazimierza Mielczarka. Wspaniały człowiek, w całym swym człowieczeństwie i w bogactwie życia kapłańskiego. Wierny Kościołowi i odpowiedzialny za katechezę dzieci i młodzieży. Heroiczny obrońca punktu katechetycznego na Tysiącleciu. Do dzisiaj mile wspominany. Przybył on z parafii Sączów. Jego przyjście od pierwszej chwili połączone było z problemem zamieszkania. Wprawdzie ks. kan. Tadeusz Ojrzyński obiecywał, że wygospoda­ruje mieszkanie dla księdza wikariusza parafii św. Wojciecha, lecz gdy tenże przyjechał z rzeczami, mieszkania mu odmówiono. Zostałem postawiony wobec faktu dokonanego. Zamieszkaliśmy ra­zem w jednym mieszkaniu. Nie było to łatwe. Po dwóch miesiącach ks. Kazimierz Mielczarek przeniósł się do prawdziwej rudery, kupionego domu przy ul. Chłopickiego nr 36. Ale o tym dokładnie powiem później. Podziwiać należy jego szlachetną naturę. Rozumiał zaistniałą sytuację.

Po zwycięstwie i wyciszeniu całej sprawy, rozpoczął studia specjalistyczne w Rzymie. Ukończył je ze stopniem naukowym doktora nauk teologicznych. Był prorektorem Wyższego Częstochowskiego Seminarium Duchownego. Do dziś wykłada klerykom teologię ascetyczną, będąc wzorowym proboszczem parafii Ostrowy nad Okszą. Jest moim dobrym przyjacielem i nie żałuje dla mnie czasu, gdy go odwiedzam. Usposobieniem swoim prezentuje w iście kapłański sposób dobrze pojęte posłuszeństwo wiary.

 

Myślę, że podobne usposobienie prezentowali wierni świeccy, którzy w tym pierwszym momencie działalności nowej parafii, bezinteresownie okazywali swą pomoc?

W pierwszych, niełatwych dniach życia nowej wspólnoty parafialnej, jedyną osobą, moralnie – przez swą obecność na każdej Mszy św., tak w tygodniu jak i w niedzielę – mnie wspierającą, była pani Bolesława Hoffman. Pomagała duchowo i materialnie przez przynoszenie pięknych kwiatów na ołtarz, porządkowanie kaplicy, w której przecież uczyły się dzieci. Przed każdą Mszą św. należało więc, na oczach wszystkich wiernych, ustawić stoliki pod ścianami, zamieść podłogę, wywietrzyć kaplicę, przygotować paramenty, zapalić świece na ołtarzu i dopiero pójść do ołtarza ze Mszą św. Po rannej Mszy św. należało z powrotem rozstawić stoliki dla czekających już i niekiedy przeszkadzających we Mszy św. dzieci. Nie miałem w pierwszych dniach zakrystianki ani organisty. Msze św. były ciche i przez to trochę jakby smutne. Niektórzy nową parafię, nazywali poronionym płodem, sztucznym tworem, nieprzemyślaną decyzją. Sugerowano nawet odwrót. Kryzys jednak minął. Ludzi przybywało coraz więcej. Zaczęto darzyć tę nową wspólnotę wiernych szczególną sympatią. Działanie łaski Bożej było widoczne. Coraz więcej wiernych z Tysiąclecia i w ogóle z miasta, deklarowało pomoc duchową i materialną. Pod adresem ks. Biskupa Ordynariusza oraz moim zaczęto kierować wyrazy uznania i wdzięczności za życzliwe zainteresowanie się nową dzielnicą.

 

Ks. biskup Stefan Bareła darzył Księdza niezwykłą sympatią i przyjaźnią. To chyba jakoś pomagało Księdzu w pokonywaniu rozlicznych trudności, dodawało ducha walki do realizacji często ryzykownych duszpasterskich przedsięwzięć?

Wspominając ks. biskupa ordynariusza dr. Stefana Barełę, należy z wdzięcznością podkreś­lić, że wobec parafii św. Wojciecha, mnie osobiście i księży współpracujących, od samego początku wykazywał tak wiele serca i pasterskiej wyrozumiałości, że trudno byłoby się nam załamać, zniechęcić bądź psychicznie wyczerpać. Trzeba było pracować w takich warunkach, w jakich działała parafia św. Wojciecha, aby się móc na sobie przekonać, jak ważna i konieczna jest duchowa bliskość swego Biskupa w wykonywaniu często ryzykownych duszpasterskich przedsięwzięć. Kapłan jest zdolny do wielkich wyrzeczeń, jeśli jest przekonany, że za jego plecami stoi, z całą powagą Kościoła, jego własny biskup, który jego wysiłki aprobuje i im błogosławi.

 

Sam organizowałem życie duszpasterskie w nowej parafii św. Maksymiliana w Częstochowie, więc dobrze pamiętam jak trudne są początki, jak ważne jest wsparcie biskupa i jego kurii. Trzeba o wszystkim pamiętać, problemy rozeznać, przemyśleć i o wszystko zadbać. Myślę tutaj o całej, potrzebnej do działań i różnego rodzaju odniesień, infrastrukturze. Dobrze jest, gdy spotka się człowiek ze zrozumieniem tych, którzy mogliby pomóc tworzącej się wspólnocie. Niestety, tych nigdy nie jest zbyt wielu.

Jako kleryk III roku seminarium, miałem tę wielką przyjemność przyjrzenia się pracy duszpasterskiej Księdza. Imponowała mi ona, najbardziej z tego względu, iż odbywała się w takich spartańskich warunkach. Czuło się powiew Ducha Świętego i ogromne zaangażowanie kapłanów. Przyjechałem do Księdza na tzw. akcję powołań wraz z ks. prof. Janem Kowalskim i kilkoma starszymi rocznikowo kolegami. Nie zapomnę nigdy tej zatłoczonej wiernymi do granic możliwości kaplicy i skromnego mieszkania.

Jak już wcześniej zaznaczyłem, parafia św. Wojciecha rozpoczęła swój byt w warunkach bardzo trudnych. Nie posiadała przecież absolutnie nic! Paramenty liturgiczne i utensylia pożyczono z parafii macierzy­stej. Z upływem miesięcy w miejsce pożyczonych kupowano własne. Najpierw kielich, a następnie: monstrancję, ampułki, puszkę, bieliznę, ornaty i wszystkie komże dla księży i ministrantów. W tym miejscu chciałbym stwierdzić, że parafia św. Jakuba w użyczaniu potrzebnego sprzętu liturgicznego wywią­zała się znakomicie.

Najbardziej jednak dotkliwą sprawą w tej prowizorycznej kaplicy św. Wojciecha był brak tabernakulum. Najświętszy Sakrament przechowywano w pan­cernej kasie wmontowanej nisko w boczną ścianę. Serce mnie bolało, gdy po każdej Mszy św. z prowizorycznego drewnianego taberna­kulum, luźno stojącego na ołtarzu, przenoszono Najświętszy Sakrament do nieprzystosowanej do tego celu kasy pancernej, przeznaczonej na wzmacniacz mikrofonowy. Przy końcu listopada, parafia miała już jednak nowe, piękne, pancerne tabernakulum zbudowa­ne przez krakowską firmę.

 

Szybko jednak kaplica nabrała tzw. liturgicznego szyku!

Tak, to prawda! Następnym dorobkiem nowej parafii to szopka Bożonarodzenio­wa, grób Pana Jezusa, wentylacja, artystyczne stacje Drogi Krzyżowej, nowe dwunastogłosowe organy, dywan ołta­rzowy, jak również przemalowanie kaplicy na jasne kolory.

 

No tak, ale „ciasnota” pozostała!

Parafia św. Wojciecha była w tym czasie jedną z nielicznych w diecezji, która nie miała obiektów sakralnych i pomieszczeń mieszkalnych. Dwóch księży pracujących w parafii św. Wojciecha mieszkało na plebani, stanowiącej własność parafii św. Jakuba. Wszystkie Msze św. i inne nabo­żeństwa odprawialiśmy się w kaplicy domu parafialnego parafii św. Jakuba. Kaplica ogromnie ciasna, duszna, bez zakrystii i innych pomieszczeń potrzebnych na przechowanie sprzętu liturgicznego. Księża wraz z ministrantami ubierali się na oczach ludzi. To nas bardzo krępowało. Krzesła wynosiliśmy do korytarza. Gdy było więcej ministrantów, ubierali się w ciasnym przedsionku sąsiedniej sali katechetycznej. Wszystkie przedmioty liturgiczne do kultu służące, nosiliśmy do własnych mieszkań. W moich trzech pokojach znajdowała się kuchnia, stołówka, kancelaria, pokój gościnny i moje prywatne mieszkanie. Wszystkie trzy izby stanowiące mieszkanie były zagęszczone ponad ludzką przyzwoitość. Przeciążenie funkcjonalne mieszkania stwa­rzało ciągły chaos i rozgardiasz. W takim mieszkaniu nie można pracować, a tym bardziej odpocząć.

Przy okazji chciałbym dorzucić słów parę o kłopotach związanych ze zorganizowaniem własnej kuchni. Przez rok czasu stołowaliśmy się razem z księżmi parafii św. Jakuba. Było to bardzo celowe. Zaoszczędziło się na mieszkaniach i na zatrudnieniu personelu. Mądra gospodyni dobrze wie, że im więcej jest stołowników, tym rentowniej można prowadzić kuchnię. Partycypowałem przecież w wynagrodzeniu miesięcznym osób pracujących w kuchni. Cieszyłem się w zaciszu serca, że ta wspólnota wynika z istoty kapłaństwa, z jej społecznego układu współżycia. Niestety taka sytuacja nie trwała zbyt długo. Musieliśmy zorganizować własną kuchnię kapłańską. Niełatwa to była dla mnie sprawa. Wyposażenie kuchni w sprzęt nie jest przecież tanie. Ogromnie trudno było wówczas znaleźć dobrą, pracowitą, zdolną do wielu poświęceń kucharkę. Dochodził przy tym problem mieszkania i ubezpieczenia, nie mówiąc o pełnym miesięcz­nym wynagrodzeniu. I ten krzyż należało podjąć, by parafia mogła dalej egzystować i rozwijać się.

 

Wiem, ze znalazł Ksiądz gospodynię, zdolną do wielu poświęceń, wierną Bożej sprawie, a w tych trudnych czasach wręcz nie zastąpioną...

Pani Weronika Duda jest taką właśnie osobą. Niezmiernie skromna i pracowita. Jestem jej niewypowiedzianie wdzięczny za to, co dla parafii i dla mnie osobiście zrobiła. Jeśli się szuka czasami przykładnej gospodyni plebańskiej, to można by było wskazać na tę bardzo dyskretną, pokorną i cichą, a równocześnie niesamowicie pracowitą i oddaną kapłanom osobę. Niejednokrotnie czekała cierpliwie na kapłana, który po zajęciach katechetycznych przychodził na obiad o nietypowej porze. Mógł liczyć na pełny i ciepły posiłek. Nie mówiąc już o mnie, gdy po uciążliwych wizytach w różnych urzędach, wyczerpany psychicznie wracałem do domu. Zawsze oczekiwała, by mi usłużyć.

Życie duszpasterskie parafii od samego początku ist­nienia nie było pozbawione trudności. Jedną z naj­większych trudności to warunki kultu, prawie tragiczne. Metraż kaplicy wynosił 113 m. kw. wobec blisko 13 tysięcy wiernych. Przez pierwsze pół roku istnienia parafii, w kaplicy odprawiano pięć Mszy św. w niedzielę. Dwie Msze św. o godz. 12,00 i 13.00 odprawiano dla parafii św. Jakuba. Wierni Tysiąclecia prosili o zmianę tego stanu rzeczy, motywując, że parafii św. Jakuba wystarczy korzystanie tylko z kościoła, podczas gdy parafia św. Wojciecha nie może wymieścić się na pięciu Mszach św. w tak małej i przetłoczonej kaplicy.

Ks. proboszcz Tadeusz Ojrzyński wyraził zrozumienie dla naszych potrzeb i zgodził się, aby Msze św. o godz. 12,00 i 13,00 odprawiali w kaplicy księża parafii św. Wojciecha.

 

Mimo trudności lokalowych życie religijne rozwijało się normalnie. Myślę, że w tym trudnym dla was czasie niejedna dobrze zorganizowana parafia, mogłaby wam pozazdrościć rozkwitu form i działań duszpasterskich.

Całość duszpasterstwa koncentrowała się początkowo głównie wokół kaplicy św. Wojciecha przy ul. Kilińskiego nr 8. W niej, jak już zaznaczyłem, odprawialiśmy Msze św. w niedziele i w dni powszednie oraz wszy­stkie inne nabożeństwa parafialne, odprawiane dla uświęcenia i rozmodlenia wiernych. Wierni wykazywali wiele cierpliwości, trwając wielkodusznie przy swojej kaplicy. Byli nad podziw wyrozumiali i życzliwi. W nabożeństwach brali żywy udział, stojąc często na korytarzu klatki schodowej, do pierwszej kondygnacji włącznie. Najbardziej smut­nym zjawiskiem były częste omdlenia. Raz po raz ktoś wychodził, kogoś się wynosiło. Ludzie podczas nabożeństw byli bardzo stłoczeni. Na skupionych twa­rzach widać było pot. Dzieci miały mokre włosy. Na wzmiankę o ewentu­alnej budowie kościoła wszyscy mieli łzy w oczach. Dzieci pytały kapłanów: „Dlaczego w innych dzielnicach są piękne kościoły, a w dzielnicy Tysiąclecia nie ma żadnego kościoła?”

Do milszych przejawów życia parafii należał niewątpliwie Żywy Różaniec. Na pierwsze spotkanie organizacyjne przybyło cztery osoby. Należało więc zaczynać od zera. Po kilku miesiącach mieliśmy już trzynaście róż, w tym dwie młodzieżowe. Panie z kół Żywego Różańca

Radosnym przejawem życia parafialnego byli ministranci, dobrze wyszkoleni, pięknie przy ołtarzu posługujący, raz w tygodniu mający spotkanie ze swoim opiekunem – ks. Januszem Struskim. To byli rzeczywiście kulturalni chłopcy. Przy ołtarzu pięknie się prezen­towali w tunikach z kapturkiem na plecach, przepasanych kolorowym sznurem. Lektorzy świetnie czytali, stąd też liturgia mszalna wyglądała okazale. Mieliśmy blisko stu ministrantów i lektorów.

Rozwijaliśmy apostolstwo cho­rych i akcję miłosierdzia. Co prawda, chorych w nowym osiedlu nie było dużo, niemniej byli otoczeni serdeczną opieką przez panie zelatorki kół Różańca świętego. Te same panie miały pod swą troskliwą opieką biednych.

Podstawową formą naszej duszpasterskiej troski była oczywiście katechizacja. Wszystkie dzie­ci i młodzież szkół zawodowych i średnich objęta była systematycznym nauczaniem. Prelekcje religijne głoszone były dla młodzieży pracującej. Z katechezy parafialnej korzystało rocznie około 2500 dzieci i młodzieży.

 

Będąc klerykiem, uczestniczyłem kiedyś we Mszy św. niedzielnej, przeznaczonej dla przedszkolaków i dzieci klas najmłodszych szkoły podstawowej. Podziwiałem te dzieci pięknie śpiewające, biorące czynny udział w liturgii. Kazanie było dialogowane. Dzieci chętnie odpowiadały na stawiane im przez ks. Proboszcza pytania. Czasem w toku mówienia podnosiły paluszki, by dorzucić swoje spostrzeżenia. Rodzice stali stłoczeni z tyłu, uśmiechając się. Myślę, że w ten sposób okazywali swoją wdzięczność duszpasterzom.

Jak radzili sobie księża ze spowiedzią św. Trzeba było ją co jakiś czas organizować, a biorąc pod uwagę dużą liczbę dzieci i starszych, nie było to przecież łatwe organizacyjnie?

W parafii św. Wojciecha od samego początku wprowadziliśmy ideę pierwszych piątków miesiąca. Narzekaliśmy tylko na brak spowiedników. Spowiadało najczęściej pięciu lub sześciu księży. Trudno było o większą ilość spowiedników, ponieważ w tym czasie w Częstochowie nie było zakonów męskich, a księża parafialni mieli zajęcia w swoich parafiach. W paździer­nikowy pierwszy piątek miesiąca 1970 roku przystąpiło na przykład 750 dzieci do spowiedzi i Komunii św. W miesiącach późniejszych około pięciuset. Starszych około stu. Bardzo spory procent dzie­ci po pierwszym piątku miesiąca przystępował do Komunii św. w nie­dzielę. Owoce kultu eucharystycznego, tak wśród dzieci jak i star­szych, były zadowalające.

 

W nowej wspólnocie parafialnej każda duszpasterska czynność, przeprowadzana po raz pierwszy, dostarcza wielu miłych wzruszeń i pozostaje głęboko w pamięci. Proszę się podzielić z czytelnikami swoimi refleksjami na temat po raz pierwszy odbytych w parafii: Pierwszej Komunii św., pasterki, Wielkiego Tygodnia, rezurekcji, rekolekcji, odpustu ku czci św. Wojciecha.

Pierwszy rocznik dzieci przystępujących do pierwszej Komunii św. liczył mniej więcej około trzystu dzieci. Ze względu na trudne warunki lokalowe, dzieci przystępowały do pierwszej Komunii św. w sześciu grupach. Każda z nich po około 50 osób. Z dziećmi przystępowały do Komunii św. przez cały tzw. biały tydzień spore grupy rodziców. Mimo ciasnoty miejsca uroczystości pierwszokomunijne przebiegały sprawnie i okazale.

Warunki lokalowe zmusiły nas do odprawiania dwóch pasterskich Mszy świętych tj. o godzinie 23,00 i 24,00. Ks. Biskup Ordynariusz, gdy podczas okolicznościowej rozmowy wspomniałem mu o ewentu­alności odprawiania dwóch Mszy św. pasterskich w noc Bożego Narodzenia, uśmiechnął się dobrotliwie i z pełną aprobatą powiedział: „Błogosławię”.

W pierwszych latach istnienia parafii, tak dzieci jak i starsi, stawiali tego rodzaju pytania: „Proszę księdza, a czy będzie rezurekcja w naszej parafii? A którędy pójdzie pro­cesja? A dzwony będą dzwoniły?”. Przyjdźcie a zobaczycie – odpowiadaliśmy. Istotnie, była procesja z kaplicy św. Wojciecha na ulicę Kilińskiego, następnie bramą pod domem na mały pod­wórkowy dziedziniec i wejście do kaplicy drugimi drzwiami. Ministranci, tak energicznie potrząsali dzwonkami, jakby chcieli dorównać parafialnym dzwonom kościoła św. Jakuba. Było uroczyste „Ciebie Boga wysławiamy” i bło­gosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Podczas uroczystego „Te Deum” jedni ludzie radośnie śpiewali inni dyskretnie płakali. Wychodząc z kaplicy mówili do siebie: „Takie to wszys­tko ubogie, skromne, a jednocześnie takie mocne i Boże”. Należy dodać, że podczas rezurekcji ludzie wypełnili nie tylko kaplicę, sale katechetyczne i klatkę schodową aż do pierwszej kondygnacji włącznie, ale stali na całej szero­kości ulicy, od Pogotowia Ratunkowego aż do kwiaciarni „Paproć”.

W podniosły sposób, pobożnie, radośnie i dumnie przeżywali wierni uroczystość Bożego Ciała. Wychodziliśmy barwnym orszakiem na centralną procesję eucharys­tyczną katedralną, którą dorocznym zwyczajem prowadził ks. Biskup Ordyna­riusz. Na czele panowie nieśli piękny, nowy sztandar ku czci św. Wojciecha, za nimi szły panie z kół Żywego Różańca, następ­nie dzieci klas drugich i trzecich w tzw. bieli, ze swym eucharystycznym śpiewem, ministranci w swych uroczystych strojach. Wreszcie bardzo liczna grupa wiernych.

Należałoby jeszcze wspomnieć o rekolekcjach parafialnych. Pierwsze wygłosił ks. Ireneusz Skubiś, ówczesny duszpasterz akademicki. Frekwencja była imponująca. Rekolekcjonista w sposób niezwykle przekonujący zachęcał wiernych do wierności Chrystusowi i Jego Matce. Podobnie, z wielką kulturą słowa, przemawiał podczas drugich rekolekcji ks. Ludwik Warzybok. Rekolekcje w roku 1972 przeprowadził ks. Czesław Tomczyk. Były to jedne z lepszych rekolekcji. Nauki miał solidnie przy­gotowane. Tematy bardzo współczesne. Frekwencja bardzo duża. Spowiedź piękna i liczna w porównaniu z poprzednimi latami. Rekolekcjoniście byłem szczerze wdzięczny za piękną pracę w parafii. Szczególnie piękne i nowoczesne były nauki stanowe tak dla niewiast, jak i dla mężczyzn. Rekolekcje wielkopostne w roku 1973 wygłosił ks. Zdzisław Wajzner. Do dzieła przystąpił z wielkim entuzjazmem. W pierwszych słowach wyjaśnił wiernym, że ciasnota i brak tlenu już są jakąś formą rekolekcji, ponieważ w takich warunkach odnajdujemy siebie w obliczu Boga. Mówił z wiarą i przekonaniem. W konferencjach przytaczał liczne, bogate w treść fragmenty twórczości polskich poetów i pisarzy. Poruszył serca wiernych. Spowiedź św. była dobra i liczna. Wierni byli wdzięczni kaznodziei, swą wdzięczność wyrazili w gorących słowach podziękowania i spontanicznych brawach.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o odpustach parafialnych z racji patrona parafii – św. Wojciecha. Parafia obchodziła odpusty w dniu św. Patrona. Nie przenoszono uroczystości na niedzielę, jak to niekiedy się czyni. Uważałem, że Patron parafii ma prawo do szczególnej czci wiernych. W tym dniu odprawialiśmy pięć Mszy św., w tym jedną dla dzieci. Na pierwszych uroczystościach odpustowych, w roku 1970 i 1971 Słowo Boże wygłosił ks. biskup ordynariusz dr Stefan Bareła. Ludzie dopisali. Kaplica była oblężona.

 

Od samego początku istnienia parafii, czynił Ksiądz Prałat starania o to, by w dzielnicy Tysiąclecia wybudować świątynię. Czy parafianie upominali się u władz o zezwolenie na budowę, czy też musiał Ksiądz niejako w osamotnieniu dobijać się u władz o takowe pozwolenie?

Mieszkańcy Tysiąclecia byli sprawą budowy kościoła ogromnie zainteresowani. Negatywnym stanowiskiem władz państwowych odnośnie wydania zezwolenia na budowę kościoła, byli rozczarowani i zdenerwowani. Zresztą, do tychże władz pisali coraz częściej i z uporem oczekiwali na pozytywną odpowiedź. Niektórzy ze społeczności parafialnej ponieśli ofiary w postaci tłumaczenia się, dlaczego na podaniach składają swe podpisy, bądź dlaczego w delegacjach udają się do władz w spra­wie budowania świątyni. W lutym 1972 roku, ze wszystkich ambon diecezji częstochowskiej został odczytany list pasterski, wyra­żający ból tak wiernych jak i duchowieństwa z ks. Biskupem na czele, z tytułu wrogiej polityki państwa wobec sakralnego budownictwa kościołów w diecezji często­chowskiej. Biskup dodał, że nie przestanie dotąd upominać się o nowe kościoły, dopóki tych zezwoleń nie uzyska. Wierni ustawicznie, przy każdej okazji, kierowali pod adresem władz swoje żale i pretensje. Przy każdej okoliczności pytali mnie o możliwość budowy kościoła na Tysiącleciu. Byli rozgory­czeni, bo z nikąd nie słyszeli słowa, rokującego jakąś nadzieję, na budowę własnego obiektu sakralnego.

 

Nadzieję jednak wlewał w ich serca ks. Proboszcz, który nie ustawał w walce o jakąś, godną człowieka i chrześcijanina, formę duszpasterskiej przestrzeni. Myślał Ksiądz o szybkim oderwaniu się od parafii – matki, by w ten sposób uzyskać całkowitą podmiotowość?

Inspirowana opinią księży i wiernych, także kurii, parafia próbowała kupić jakiś dom na punkt katechetyczny. Nie była to łatwa sprawa, gdyż cały teren parafii był wówczas jednym wielkim placem budowy. Kilkadzie­siąt domów prywatnych, rozrzuconych po poboczach osiedla, jeśli nie były zagrożone burzeniem, celem uzyskania nowych terenów pod budowę bloków, to absolutnie nie nadawały się na punkt katechetyczny. Wreszcie zdecydowano się, po długich zresztą naradach, na kupno połowy, dość starego domu, o powierzchni 116 m². Trzeba było iście cyrkowej kombinacji, by wykwaterować dwóch lokatorów, uzyskać odpowiednie, ubezpieczające zaświadczenie, że budynek nie jest zagrożony burzeniem, wreszcie zdobyć pieniądze, sporządzić rejentalny akt kupna – sprzedaży, z hiobowym prawem pierwokupu ze strony prezydium MRN. Transakcji jednak szczęśliwie dokonano dnia 6 lipca 1970 roku. Rozpoczęła się teraz gorączka wyczekiwania, czy jakiś pechowy dzień w ciągu trzech miesięcy terminu ustawowego prawa pierwokupu, nie przyniesie kasandrycznej poczty. W tym samym czasie zamiast jechać na zasłużony urlop zabrałem się z konieczności do fizycznej pracy, by w trybie przyśpieszonym, dokonać koniecznych przeróbek ścian, wymiany drzwi, przeinstalować sanitaria, pomalować bardzo zniszczone: ściany, drzwi i okna, a także od podstaw przerobić oświetlenie łącznie z licznikiem.

 

Złowrogie przeczucia jednak Księdza nie zawiodły. Władze miejskie zdecydowały się na skorzystanie z prawa pierwokupu!

Oko­licznością ułatwiającą prezydium MRN powzięcie tej decyzji, w okresie nader trudnym ekonomicznie, była Huta im. Bolesława Bieruta w Częstochowie. Celem zabezpieczenia pewnych działek, bądź innych nieruchomości dla ludzi wywłaszczanych z terenów potrzebnych pod rozbudowę kombinatu hutniczego, huta wyasy­gnowała dość dużą kwotę na pierwokupy nieruchomości miasta. W tym, między innymi, kontekście prezydium MRN powzięło decyzję przejęcia nieruchomości przy ul. Chłopickiego nr 36, którą parafia kupiła dla swych celów duszpasterskich. Oprócz wspomnianej wyżej, Prezydium skorzystało z prawa pierwokupu w samym miesiącu wrześniu roku 1970, w sześćdziesięciu wypadkach.

 

Czy pogodziliście się z tą decyzją?

Wobec decyzji władz miejskich należało zająć szybko zakupiony dom i postawić władze wobec faktu dokonanego. W domu katechetycznym zamieszkałem od razu ze swoim wikariuszem Ks. Kazimierzem Mielczarkiem. Ponieważ Ks. Mielczarek nie miał w dowodzie osobistym zaznaczone, że jest księdzem, zameldowanie uzyskał bez większych trudności. Mnie natomiast, wiedząc że jestem księdzem, nie zameldowano, oświadczając jedynie, że dom przeznaczo­ny jest do rozbiórki. Wojewódzkie władze w odpowiedzi na pismo odwoławcze od tej decyzji, potwierdziły złą wolę władz częstochowskich. Wobec tego zamieszkałem bez zameldo­wania, zawiadamiając o tym meldunkowe władze miasta. Jedno­cześnie w kupionym domu, otwarli­śmy punkt katechetyczny dla osiedla Tysiąclecia, w którym – mając do dyspozycji jedynie dwie sale lekcyjne – uczyło się dwa tysiące dzieci i młodzieży.

Po całym roku spokojnego nauczania zasad wiary w punkcie katechetycznym, władze nagle przypomniały sobie obiekt i przysłały eksmisję. Wskutek odwoławczego zaskarżenia de­cyzji, władze lokalowe wyznaczyły rozprawę sądową. Sędzia Stanisław Puchała był orientacji zdecydowanie chrześcijańskiej. Postawił mi kilka pytań. Odpowiedziałem wyczerpująco. W przewodzie sądowym, wobec ławników wykazał, że sprawa jest jasna, że prawo broni oskarżonego tzn. mnie jako proboszcza, że lokal został zajęty jeszcze przed uchyleniem, nawiasem mówiąc bezprawnym, wyłączenia spod gospodarki publicznej.

 

Jednakże, w roku 1973 władze miejskie przystąpiły do zburzenia domu. Współlokatorzy otrzymali mieszkania zastęp­cze. Mieszkania zastępczego nie otrzymał ks. K. Mielczarek.

W Wielki Czwartek 1973 roku, zjawił się w naszym punkcie katechetycznym urzędnik gospodarki lokalowej miasta, w towarzystwie dwóch pań, który na wstępie zapytał wikariusza: „Co tu jeszcze ksiądz robi?” Ksiądz Mielczarek odpowiedział spokojnie: „Mieszkam!” W tym czasie wszyscy lokatorzy opuścili już swoje mieszkania. Ksiądz był ostatnim lokatorem. Wyjaśnił owemu urzędnikowi, że w tych mieszkaniach mieszka zupełnie legalnie od trzech lat, a o wyburzeniu budynku nikt go nie informował. Wtedy ów urzędnik o nazwisku Gonera oświadczył, że ksiądz jest zameldowany jako sublokator i nie ma żadnego prawa do pozosta­wania w budynku. Ksiądz z miejsca zripostował, że doskonale pamięta, co pisał we wniosku meldunkowym i pokazał dowód osobisty, gdzie była mowa o stałym pobycie. Towarzysz Gonera usi­łował zabrać dowód, na co ksiądz absolutnie nie pozwolił, wyjaśniając, że zna podstępy władz w dokonywaniu w dowodach poprawek, niezależnie od woli ich posiadacza. Poza tym, dane osobiste można sprawdzić w urzędzie meldunkowym, gdzie ksiądz dokonywał formalności zameldowania. Urzędnik oświadczył wówczas, że w dokumentach księdza Mielczarka są skreślenia. Ksiądz odpowiedział, że o żadnych skreśleniach nie wie. Składając wniosek o zameldowanie, pisał wszystko zgodnie ze stanem faktycznym i dowodem osobistym. Poza tym ksiądz oświadczył – zgodnie z ustaloną linią naszego postę­powania – że jego mieszkanie związane jest z salami katechetycznymi, które są dla księdza i parafii miejscem pracy. Jeżeli nie otrzyma mieszkania zastępczego, a przy nim sal katechetycznych o tym samym mniej więcej metrażu w obrębie osiedla, dobrowolnie nie opuści swego mieszkania. Następnie prosił urzędnika o poinformowaniu o takim jego stanowisku odpo­wiednie władze miasta Częstochowy. Wychodząc wszyscy troje mieli miny niezbyt wesołe. Po tej wizycie przez kilka dni pano­wał spokój.

 

Względny spokój trwał zaledwie tydzień?

Dokładnie tydzień! W dniu 24 kwietnia zjawił się u ks. Kazimierza Mielczarka – wysoki, uprzejmy pan, który w sposób bardzo delikatny zaczął się dopytywać o nasze trudności. Przedstawił się jako inż. Rzeszewski z „Częstochowianki”. Obiecywał pomoc. Więcej się już nie poka­zał. Można było wyczuć, że to podstęp i że jego prezentowane dobre chęci, jak również jego nazwisko są fałszywe. Widzieliśmy później owego pana jak krążył wśród „panów w cywilu”, podczas burzenia budyn­ku.

 

Jak do tego doszło?

Właściwa akcja burzenia domu rozpoczęła się 7 maja 1973 roku. Siostra nazaretanka Tadea, nasza wspaniała katechetka, prowadząc katechezę rano, o godzinie 8.00, zauważyła ekipę wchodzącą na dach i rozwalającą ko­miny. Zorientowała się od razu, że to burzenie domu. Posłała dzieci po księdza proboszcza. Natychmiast przybyłem z ks. Kazimierzem, który był ze mną w kaplicy, a potem na śniadaniu. Padał deszcz. Przy budynku próbowano uspokoić nas, tłumacząc, że chodzi tylko o zabezpieczenie drzwi i okien przed okradzeniem. Mnie osobiście zapewniał niejaki Jan Bigosz, inżynier, zastępca prezesa do spraw technicznych Spółdzielni „Nasza Praca”, że chodzi o zwykłe zabezpieczenie stolarki. Gdy to uczynią odjadą, aby więcej dzieciom nie przeszkadzać. Oczywiście, wszystko to było tylko wykrętnym kłamstwem. Przy rozbiórce całością akcji kierował bardzo nieprzy­jemny pan – mgr inż. Stanisław Oruba, przybysz spoza Częstochowy, prezes spółdzielni „Nasza praca”. Robotnicy, gdy się zorientowali, że rozbierają budynek, w którym aktualnie dzieci uczą się zasad wiary, poczuli się zupełnie zdeprymowani, podziękowali za pracę i zeszli ze swoich stanowisk.

Przy tym wszystkim jakiś delegat z wydziału oświaty, usiłował przekonywać dzieci i star­szych, że budynek jest w stanie zawalenia się i wskazanym jest, aby w celu uniknięcia wypadku, nikt a tym bardziej dzieci, nie przychodził do punktu katechetycznego.

Około godziny 11.00, przybył ponownie do ks. Mielczarka tow. Gonera w towarzystwie Tadeusza Kołka z polityki mieszkaniowej. Pan Kołek dużo nie mówił, niemniej jego uwagi były złośliwe. Gonera przyniósł decyzję na piśmie komentując, że ksiądz wikariusz w drodze łaski otrzymuje jako sublokator mieszkanie przy ulicy Warszawskiej 94 m 16, z poleceniem przeprowadzenia się do 11-go maja. Przyjmując delegację, ks. Mielczarek poprosił telefonicznie o moje przybycie, tłumacząc w międzyczasie przybyłym panom, że sprawa nie jest załatwiona jak należy, że to żadna łaska, że to jest tylko przestępstwo, pod którym pan Gonera, jako kierownik gospodarki lokalowej się podpisuje. W tym czasie byłem w kurii referując przebieg rozwijających się wypadków. Dowiedziawszy się o takiej delegacji drogą telefoniczną, udałem się natychmiast z ks. biskupem Franciszkiem Musielem i ks. Ksawerym Sokołowskim do mieszkania ks. Kazimierza. Nasze przybycie wywołało zupełne zaskoczenie urzędników. Rozmowa nie przyniosła żadnych wy­ników pozytywnych. Pan Gonera tłumaczył się, że nie podjął jeszcze żadnej decyzji, gdyż całość sprawy zależy od władz wyższej instancji! Ksiądz Mielczarek podjął decyzję, by tego samego dnia zrobić odwołanie, uzasadniając bezpodstawność takiego załatwienia sprawy.

 

A co z katechezą?

Lekcje religii odbywały się normalnie, przy hałasie rwanych na piętrze drzwi i okien. Młodzież i dzieci na lekcje przycho­dziły normalnie. Frekwencja zaczęła się poprawiać. O godzinie 18.00, do sali z Najświętszym Sakramentem przyszła grupa mężczyzn z p. Marszałkiem, kierownikiem do spraw wewnętrznych na czele. Jeden z uczniów Marek Nowak robił zdjęcia kaplicy, kolegów i bocznych ścian domu bez okien i drzwi. Po lekcji, gdy wracał do domu dwóch panów zabrało go na poste­runek milicji, odebrano mu aparat, zdjęcia wywołano, a jego samego przesłuchiwano. Marek zachował się godnie. Następnego dnia wezwano jego ojca. Zdjęć jednakże nie zwrócono.

Wieczorem, o godzinie 19.00, w punkcie katechetycznym odbyły się wywiadówki z rodzicami klas drugich. Rodzice byli wstrzą­śnięci faktem burzenia budynku, w którym uczą się dzieci. Były głośne komentarze na temat ordynarnego stosunku władz miejskich do ludzi wierzących na Tysiącleciu. W tym czasie wokół budynku było bardzo wielu niezidentyfikowanych panów, którzy swym zachowaniem zdradzali, kim właściwie są. Całością akcji kierował niejaki p. Wilczek.

 

Opowiadano mi, że pewna kobieta sprzedająca na ruchomym wózku chleb, zainicjowała modlitewną akcję w newralgicznym punkcie dzielnicy. Ludzie modlili się, a potem organizowali się do skutecznej obrony punktu katechetycznego. Miało to ważne znaczenie nie tylko propagandowe, lecz nade wszystko ideowe. Walka o punkt katechetyczny wyszła niejako na zewnątrz. Mieszkańcy Częstochowy stawali się coraz bardziej solidarni z wiernymi parafii. Czyż nie tak?

W dniu 8-go maja, od godziny 4.00 rano byłem na dyżurze przy naszym punkcie katechetycznym. Ks. Kazimierz wypoczywał przy ul. Kilińskiego nr 8. Bardzo wcześnie rano przyjechał jakiś człowiek, nawet dość sympatyczny i zdziwił się, że ksiądz już czuwa. Przedstawił się, że jest z milicji, prosząc o scharakteryzowanie całej sprawy. Oczywiście, uczyniłem to zgodnie z prawdą. W tym właśnie momencie widzę jak Teresa Sosnowska z parafii św. Rodziny, uczestniczka nabożeństw w kaplicy św. Wojciecha, zbliża się do punktu cią­gnąc za sobą wózek wypełniony jakimiś przedmiotami. Nie zważając na to, że właśnie rozmawiam z funkcjonariuszem MO, odzywa się do mnie w te słowa: „Proszę księdza Proboszcza, mam te świętości, wiozę je z domu. Gdzie je mam ustaw­ić? Przecież, na litość Boską, trzeba bronić domu!”. Rozmawiając z owym panem udaję, że nie słyszę. „Już wiem, tam się ustawię” – dopowiedziała sobie sama. Co za refleks ma ta Tereska? – pomyślałem sobie. Rzeczywiście pociągnęła wózek przed główne wejście Wyższej Szkoły Pedagogicznej i na szerokim trotuarze rozwinęła dywan pokojowy, na specjalnych tabo­retach ustawiła obraz Matki Bożej Częstochowskiej, zapaliła dwie świece i zaczęła głośno śpiewać: „My chcemy Boga....”. Oczywiście, nie trzeba było długo czekać na zbiorowisko ludzi. Zatrzymały się tramwaje i inne pojazdy mechaniczne. Ludzie śpiewali razem z nią „Kiedy ranne wstają zorze”. Widzi pan – mówię do funkcjonariusza MO – ludzie sami się mobilizują do modlitwy! Co pan na to? Wzruszył ramionami i poszedł. Za pół godziny podjechała czarna Wołga, wyszli z niej dwaj panowie i oświadczyli Teresie, że na życzenie ks. Biskupa podwiozą ją do kurii. Następnie podjechał samochód marki Nysa, do którego spakowano owe „świętości” i zawieziono razem z Sosnowską na Komendę MO, przy ul. Parkowej. Teresę Sosnowską na posterunku trzymano przez kilka dni. Pytano ją ustawicznie, kto jej kazał w ten sposób ustawić ołtarzyk i publiczne się modlić? Milicji chodziło o to, by powiedziała, że ks. Słomian. W ten sposób szukano na mnie przysłowiowego „haka”. Już wcześniej obiegła parafię wieść czy plotka, tego nie wiem, że mogę być porwany. Śledztwo skoń­czyło się dopiero wtedy, gdy zdenerwowana Teresa zaczęła krzyczeć, że to milicja kazała jej tak postąpić. Poczytano ją za nerwowo chorą i wywieziono na kilka miesięcy do szpitala psychiatrycznego w Lublińcu. Po powrocie ze szpitala nie chciała nic mówić na temat swego odosobnienia.

 

No tak, ale to dopiero był początek represji! Póki co, dzielnie broniliście domu katechetycznego, jak najdroższego skarbu, który należy ochronić przed złodziejami. Tę prawdziwą historię należy ocalić od zapomnienia.

Myślę, drogi księże Stanisławie, że ta rozmowa, którą publikujemy ma ten cel osiągnąć. Pamięć ludzka jest ulotna. Wielu ludzi, świadków tamtych zmagań w obronie punktu katechetycznego już nie żyje. Współczesna młodzież nie rozumie tamtych czasów, tamtych codziennych trudności. Niestety, nie zawsze i dla wszystkich, historia jest nauczycielką życia!

Powracając jednak do głównego wątku naszej rozmowy, należy stwierdzić, ze działania represyjne władz miejskich rzeczywiście się rozwinęły po wydarzeniach, jakie miały miejsce przed gmachem WSP. Następnego dnia wyłączono światło w domu katechetycznym przez wykręcenie korków. Ksiądz Mielczarek interweniował u inż. Jana Bigosza, który obiecał je włączyć, ale poufnie i perfidnie nakazywał zniszczenie instalacji świetlnej. Korki dyskretnie wkręcaliśmy sami po odejściu robotników z placu burzenia. Pod pretekstem zabierania okien i drzwi, wyrwanych ze ścian zaczęto zrywać parkiet. Przeszkadzało to ogromnie w prowadzeniu katechez, które trwały normalnie. Inżynier Jan Bigosz nakazał robotnikom jak najszybszą rozbiórkę domu katechetycznego, jednak robotnicy widząc bezprawie, protestowali, tłumacząc inżynierowi, że nie wolno burzyć domu bez wykwaterowania lokatorów, że to jest sprzeczne z normami bezpieczeń­stwa. O godzinie 14.00 przyszedł do punktu katechetycznego niejaki Ryszard Błaszczyk, przedstawiając się, że jest inżynierem architektem. Ks. Kazimierzowi Mielczarkowi wręczył pismo nakazujące natychmiastowe opuszczenie mieszkania. W przeciwnym razie, ostrzegł, zostaną zastosowane wobec księdza sankcje karne. W piśmie obarczono ks. Kazimierza odpowiedzialnością za narażanie dzieci na niebezpieczeństwo kalectwa bądź śmierci. Pan dobrze wie – oświadczył rezolutnie ks. Mielczarek – kto ponosi odpowiedzialność za wywołany stan rzeczy. Z tym samym pismem przyszedł ów architekt do mnie, prosząc o natychmiastową interwencję. Wytknąłem mu przy okazji brak praworządności socjalistycznej, perfidną poli­tykę wobec ludzi wierzących oraz kłamstwa Jana Bigosza, który jest przykładem tego, że mając dyplom inżyniera, można być tym samym dyplomowanym kłamcą.

Zaraz po południu ks. Janusz Struski sfotografował dokładnie burzony budynek, na oczach „spacerujących panów”, którzy nie mieli jednak odwagi podejść do księdza i zabrać mu aparat, jak to czynili wobec innych. Tego samego dnia od godziny 19.00 rozpoczęła się adoracja i czuwanie wiernych z Tysiąclecia, które trwało już kolejną noc. Ludzie śpiewali suplikacje, pieśni wielkopostne. Była to najbardziej przeżywana modlitwa przez wiernych Tysiąclecia, a zarazem wielkie rekolekcje. Na wieczo­rne nabożeństwo przyszło bardzo wielu wiernych. Wygłosiłem kazanie i zarządziłem ekspiację za tych wszystkich, którzy odważyli się na burzenie domu katechety­cznego, wskazując jednocześnie, że do dewastacji domu przy­stąpili przecież synowie matek chrześcijańskich. Stąd zachę­ta do serdecznej modlitwy za tych, którzy dzisiaj umieją Kościołowi tyle szkody wyrządzić. Ks. Janusz Struski przewodniczył adoracji nocnej. Od rana przybywają nowi uczestnicy akcji modlitewnej. Uczest­niczą we Mszy św., spowiadają się i przystępują do Komunii św. Katechezy są prowadzone dalej, zupełnie normalnie. Gdy na piętrze brygada rozpoczęła pracę zrywania podłogi, uczące się dzieci natychmiast zaczęły pisać listy do robotników, których treść była następująca: „Panowie, prosimy was, wy też macie dzieci, pozwólcie się nam uczyć religii. Panowie, przestańcie burzyć nasz dom kate­chetyczny. Pamiętajcie, że jesteście katolikami. Tak was wychowały wasze matki. Rodacy, przestańcie burzyć, przecież jesteście Polakami”.

W godzinach rannych został zabrany na komendę MO uczeń klasy ósmej Jan Bartocha i jego ojciec. Żona obeszła wszystkie komisariaty, wszędzie mówiono jej, że takich panów nie ma. Okazało się, że zabrano ich z ulicy za to, że robili zdjęcia rozbieranego domu. Zdjęcia, jak we wszystkich innych podobnych wypadkach, wywołano i zabra­no.

Wieczorem nabożeństwo majowe. Adoracje już teraz zu­pełnie spontanicznie trwają przez całą noc. Grupy wiernych wymieniają się.

 

Czy księża z sąsiednich parafii solidaryzowali się z wami w tych trudnych chwilach?

Na to pytanie dość trudno mi odpowiedzieć. Wierni stawia­li nam niespokojne pytania: „Dlaczego księża są sami? Dlaczego nie przybywają księża z miasta na modlitwy i czuwania? Dlaczego nikt nie przychodzi z kurii lub z Jasnej Góry, aby się solidaryzować z nami?” Tłumaczyłem, że Kuria Diecezjalna jest na bieżąco o wszystkim informowana i z bólem przeżywa nasze trudności. Mówiłem także, że kuria jest w stałym kontakcie z parafią, prowadzi rozmowy z władzami administracyjnymi, a księża częstochowscy normalnie pracują, modlą się w naszej intencji i do modlitw zachęcają swoich wiernych.

Po południu odwiedził nas ks. biskup Franciszek Musiel, jadąc do pewnej parafii na zakończenie misji. Bardzo nas to ucieszyło. Ludzi także. A jednak – mówili między sobą – księża pamiętają o nas! Ks. Biskup nie jeden jeszcze raz przybywał do nas, by być z nami w decydujących dla istnienia parafii chwilach.

 

Przeglądając parafialną kronikę dowiedziałem się, że w dniu 9-tego maja udała się do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej delegacja parafian w liczbie około 70 osób. W prezydium delegacji nie przyjęto. Delegacja udała się więc do domu partii. W komitecie partii zdenerwowanie i konsternacja. Interwencja telefoniczna do prezydium spowodowała, że dwaj urzędnicy: Zalas i Marszałek przyszli do komitetu partii i całą delegację oficjalnie przeprowadzono z powrotem do prezydium. Z delegacji parafialnej wybrano kilka osób, by z nimi tylko rozmawiać. Reszta czekała w hollu prezydium. Rozmowa ograniczyła się tylko do straszenia i oskarżenia ks. Słomiana o przestępstwo.

W rozmowach nigdzie nie mówiono ks. Słomian lecz tylko Słomian. W zakładach i szkołach organizowano specjalne apele tłumacząc i prosząc, aby ludzie nie przychodzili do punktu katechetycznego i nie bronili budynku, bo to nie ma sensu. Wszystkim zamieszkałym na Tysiąc­leciu wstrzymano urlopy. Ciągle dało się słyszeć o organizowanych naradach i zebraniach. W zakładach pracy zabierano ludzi na przesłuchania. Dziewiątego maja zabrano z zakładu pracy p. Ślusarczyka i straszono go ode­braniem mu mieszkania, jak również konsekwencjami rodzinnymi. Twierdzono, że jego żona będąc w prezydium za dużo sobie pozwalała i że on jako jej mąż musi jej buzię „ukrócić”.

 

Odpowiedzią waszą na te histeryczne ataki lokalnej władzy była modlitwa?

Tak, modlono się przy burzonym budynku bez przerwy. Wieczorem 9 maja nabożeństwo majowe odbyło się z udziałem około 350 osób. Po nabożeństwie mieliśmy całonocną adorację. Rano przybyli na plac burzonego obiektu nowe grupy ludzi, którzy wymieniają zmęczonych nocnym czuwaniem. Po Mszy św. rannej, dzieci rozpoczynają normalne zajęcia katechetyczne. Wszystkich ogarnia zdziwienie, że prace rozbiórkowe zostały wstrzymane.

 

Czy, aby na pewno?

Okazało się, że bry­gada nie podjęła pracy. Dopiero około południa, 10 maja, pojawiło się kilku nowych robotników, którzy pod pretekstem sprzątania zaczęli pracę rozbiórkową. Robili to z wielką niechęcią i bez przekonania. Przynaglenia ze strony Bigosza i Oruby nie ustawały. Obecni kaplicy katechetycznej ludzie prosili o zaniechanie prac rozbiórkowych. Tow. Bigosz przyrzekł ludziom zaprzestanie prac, ale po cichu nakazał pracownikom stanowcze prace rozbiórkowe. Poinformowali nas o tym sami robotnicy, którzy przyrzekli nam, że jutro do pracy nie przyjdą.

 

Czy ks. biskup Bareła interweniował w tej sprawie?

Kilkanaście minut przed południem, 11 maja, zostałem poproszony do kurii na zebranie księży dziekanów. Ks. biskup ordynariusz Stefan Bareła zapytał mnie przy wszystkich, co się dzieje z parafialną kaplicą? Odpowiedziałem, że jest systematycznie burzona. Ks. Biskup przerwał konferencję dziekanów, stwierdzając, że jego miejsce jest teraz przy burzonym budynku kaplicy. Pojawił się tam za kilkanaście minut, w towa­rzystwie obu księży biskupów pomocniczych. Przybyli także wszyscy księża dziekani, biorący udział w zebraniu księży dziekanów w kurii diecezjalnej. Wszyscy byli wstrząśnięci ruiną domu.

Kilkanaście minut wcześniej wierni w bardzo ostrej formie rozmawiali z architektem Ryszardem Błaszczykiem, żądając, aby ktoś z prezydium przyjechał i przekonał się jak właściwie wygląda sprawa. Pan Błaszczyk zatelefonował do odpowiednich swych przełożonych, lecz nikt z przedstawi­cieli władz nie zjawił się.

Księża dziekani z księdzem Bi­skupem na czele, odmówili „Anioł Pański”, odśpiewali „Pod Twoją obronę” i „Święty Boże”. Obecność księży biskupów i dziekanów była bardzo owocna. Podniosła wszystkich ludzi na duchu. Wierny lud Tysiąclecia przekonał się, że nie jest sam.

 

Z pewnością inwigilacja służb specjalnych po tej szczególnej wizycie się nasiliła?

Oczywiście, zaraz po wizycie ks. Biskupa ordynariusza przyjechała „Wołga” z trzema osobami. Długo obserwowano budynek mocno już „oskalpowany” i zebranych obok budynku ludzi. Zapytani przez ludzi kim są, odpowiedzieli, że są inżynierami z hydrobudowy. Było to kłamstwo. Ta sama Wołga SF 3253, podo­bnie jak i jasna Warszawa SF 3252 jeszcze wiele razy pojawiały się w pobliżu budynku z obserwującymi panami. Łatwo ich było rozpoznać, bo byli to przeważnie: poważni, smutni, spa­cerujący zawsze po dwóch mężczyźni. Udając, że czytają gazetę, bacznie obserwowali ludzi czuwających przy kaplicy katechetycznej i po dyżurze udających się do własnych mieszkań. Dowiadywali się w ten sposób o adresie czuwających, by potem wezwać ich na komisariat MO w celu przesłuchania i zastraszenia. Także w szkołach średnich młodzież z Tysiąc­lecia była przez niektórych nauczycieli zastraszana. Szczególnie wyróżniło się w tym Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Broniewskiego.

 

Powracając do głównego wątku rozmowy, pragnę zapytać, co działo się po tej, tak ważnej dla wiernych Tysiąclecia wizycie księży biskupów i dziekanów?

Wiadomość o tej wizycie rozeszła się lotem błyskawicy. W godzinach popołudniowych przybywali spontanicznie wierni z całej parafii i nie tylko, aby zobaczyć jak wygląda sytuacja. Atmosfera wyraźnie stawała się napięta. Ludzie nie kryli swego oburzenia i niechęci do komunistycznych władz.

O godzinie 20.00 odbyło się nabożeństwo majowe z bardzo licznym udziałem wiernych. Ludzie stali w salkach katechetycznych, na korytarzach i na zewnątrz budynku. Wszyscy śpiewali dobitnie i z wiarą litanię do Matki Bożej, formułując przy końcu nabożeństwa prośby, aby Maryja wyprosiła u swego Syna pomoc niezbędną, w tych dniach próby naszej wiary. Po nabożeństwie rozpoczęła się nocna adoracja. Ludzi jeszcze więcej niż na nabożeństwie. Sam się dziwiłem, jak potrafili pięknie w takim ogromnym stłoczeniu się modlić.

Następnego dnia rano było spokojnie. Tajnej milicji jakby nieco mniej. Niektórzy z ludzi są już zmęczeni. Wcześnie rano Wołga z prezydium SP 1900 przejechała wolno obok budynku. Dzieci przyszły na lekcje normalnie. Kilku zupełnie nowych robotników krzątało się po piętrze dyskretnie rozbierając dach. Znowu awantura o światło. Robotnicy stwierdzili, że tow. Bigosz wykręcił korki i zabrał je ze sobą. Po pewnym czasie w skutek interwencji księdza i ludzi, korki wkręcono z powrotem. Było bardzo chłodno. Padał rzęsisty deszcz. Ks. Kazimierz Mielczarek obawiał się, czy nie zacznie przeciekać do jego mieszkania, gdyż nad jego mieszkaniem dachu już nie było.

Wieczorem odbyło się nabożeństwo majowe. Ludzi było wyjątkowo dużo. Przynieśli ze sobą świece. Widok przyległego do burzonego domu placu był wymowny. Plac i ogród tonęły w świetle świec. Nabożeństwo trwało do godziny 23.00. Adoracja trwała całą noc. Panie przyniosły herbatę i robiły kanapki. Ludzie powtarzali między sobą: „Tak było w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Oto postęp, który cofnął nas o 1700 lat wstecz”.

Dnia 12 maja była kolejna awantura. Do nowego wykopu pod nowy dom w nocy wdarła się woda z rury wodociągowej. Prawdo­podobnie słabo ją zabezpieczono. Gdy ciśnienie wody wzrosło, prowizoryczny korek musiał ustąpić. Zalanie wodą wykopu wzbudziło powszechny śmiech. Oczywiście, nie zapomniano posądzić nas o sabotaż. O sabotażu będzie mówił sam przewodniczący Prezydium MRN. K. Spałek do przyjętej przez niego ośmioosobowej delegacji.

W dniu 13 maja, w niedzielę na prymarię o godzinie 7.00 przyszło niewielu ludzi, ale już na Mszy św. o godzinie 11.00 było ich bardzo wielu. Podobnie było na Mszy św. o godz. 12.00. Wieczór tej niedzieli sprawił nam prawdziwą niespodziankę. To już była prawdziwa manifestacja wiernych. Wielu z wiernych podszeptuje, że jutro może być bardzo ciężki dzień. Przy okazji dowiadujemy się, że jednym z obserwujących nas jest Janusz Krzemiński, który miał być swego czasu nauczycielem.

Dnia 14 maja spora grupa wiernych czuwała przy punkcie. Patrzyliśmy na przejeżdżające obok bronionego punktu katechetycznego tramwaje, które od jakiegoś czasu mocno zwalniały bieg. Ludzie przy­jaźnie kiwali nam rękami. Czuło się solidarność miasta z nami. Tego ranka we Mszy św. o godz. 7.00 uczestniczyło około 100 osób. Podczas jej trwania tow. Jan Bigosz próbował oderwać deski od drugich drzwi prowadzących na piętro. Ludzie mocno interwe­niowali, prosząc, aby te drzwi zostawił w spokoju. Jan Bigosz zachowywał się wyzywająco i bardzo niegrzecznie. Nie ustąpił. Pani Zasępowa popchnięta przez niego padła na ziemię. Ludzie byli mocno zdenerwowani. Zanosiło się na wielką awanturę. Bigosz widząc to odjechał.

O godzinie 9.00 odwiedził nasz punkt katechetyczny ks. biskup Franciszek Musiel z nie­mieckim gościem, biskupem Hengsbachem z Essen. Niemieckiemu biskupowi towarzyszył polski ksiądz, pracujący wśród Polaków w RFN. Goście byli przerażeni wszystkim, co na miejscu zobaczyli. Takiej sytuacji, jaką zastali nie umieli zrozumieć.

Po południu było wyjątkowo spokojnie. Ludzie pisali na murach: „Chcemy wolności religijnej w Polsce. Chcemy mieć własny kościół na Tysiącleciu. Wyznajemy naszą wiarę.”

W dniu 15 maja do pracy nikt z robotników nie przyszedł. Jak się dowiedzie­liśmy była to ich cicha zmowa. Było bardzo zimno, padał deszcz. Czteroosobowa delegacja udała się do Warszawy. W Urzędzie do Spraw Wyznań delegację przyjął minister Mereker. Był ogromnie zdenerwowany. Co chwilę odwoływano go do tele­fonu. Na pożegnanie powiedział, że od kilku dni ma dość tej częstochowskiej kaplicy na Tysiącleciu. Delegacja była w tym dniu także u ks. prymasa Stefana kardynała Wyszyńskiego.

 

Widząc, co się dzieje, władze miejskie z pewnością chciały jakoś wyjść z tego niekorzystnego dla siebie impasu?

 W dniu 11 maja zgłosił się do mnie Władysław Michniowski, artysta malarz i zaproponował, abym na własną rękę zgłosił się do prezydium i pertraktował z władzami odnośnie zastęp­czego, tak mieszkania jak i punktu katechetycznego. Do takich wniosków doszedł po rozmowie z wiceprzewodniczącym MRN. Odpowiedziałem bardzo spokojnie, że w tej sytuacji rozmowa tego rodzaju należy wyłącznie do gestii kurii.

Do punktu katechetycznego przybył dyrektor wydziału archi­tektury p. Drews. Po krótkiej wymianie zdań, dyr. Drews stwierdził, że władze szukają prawnego załatwienia sprawy. Przez cały dzień gromadziło się bardzo dużo ludzi. Lekcje odbywały się normalnie. W godzinach popołudniowych zjawił się w punkcie niejaki Dobosz, członek komitetu miejskiego partii. Doszło do ostrej rozmowy między nim a ludźmi. Ks. Mielczarek przerywając tę kłótnię za­prosił gościa do swego mieszkania, który natychmiast obejrzał warunki nauczania i mieszkania księdza. Był przerażony tym, co zobaczył. Ks. Kazimierz uzupełnił jego niedostateczne informacje w sprawie liczby dzieci uczęszczających na lekcje religii. Uczęszczało, nie jak twierdziły władze 700, lecz 3000 dzieci i młodzieży. Na dowód tego ks. Kazimierz Mielczarek pokazał dzienniki katechetyczne, uzasadniając w ten sposób podaną przez siebie liczbę katechizowanych, zgodną z faktycznym stanem nauczania religii w burzonym punkcie katechetycznym. Wzruszony towarzysz, odchodząc martwił się tym, że w wypadku większego desz­czu dzieci i księdza. Potwierdził to ksiądz Kazimierz dodając, że nikt z nas dachu nie rozbierał. Po wyjściu z punktu katechetycznego, tow. Dobosz nie chciał już rozmawiać z ludźmi.

Często delegaci prezydium MRN odwiedzali punkt katechetyczny i obserwowali nastroje ludzi. Tym razem przybył ponownie dyr. Drews, w towarzystwie znanego nam już z poprzedniej wizyty Ryszarda Błaszczyka. Ten ostatni był ogromnie zdenerwowany. Zachowywał się lekceważąco.

Około godziny 17.00 przyjechał korespondent z tygodnika „Perspektywy”, dziennikarz o nazwisku Masłoń. Wypytywał o różne szczegóły, dotyczące punktu, ilości dzieci uczęszczających na lekcje religii i zameldowania ks. Mielczarka. Swoją obec­ność usprawiedliwiał tym, że Warszawa zleciła pełne zrefero­wanie rozwijających się wypadków i przekazanie do odpowied­nich władz. Obiecał przyjść z tekstem za dwa dni. Niestety, więcej go już nie widzieliśmy.

 

O ile wiem, zamiast spodziewanych rozwiązań, które wychodziłyby naprzeciw społeczności wiernych, następowały nowe represje.

Następnego dnia rano odcięto nam energię elektryczną. Wszelkie interwencje okazały się bezskuteczne. Wieczorem o godzinie 20.00 odbyła się tak zwana „Godzina modlitw kapłańskich”, której przewodniczył ks. Teodor Wiśniowski z Kiedrzyna. Modlitwy odbyły się przy świecach woskowych i lampach naftowych. Było dużo ludzi. Zimno.

Dzień 16 maja był bardzo chłodny, ale słoneczny. Otrzymałem pismo z urzędu energetycznego o zupełnym odcięciu światła z uzasadnieniem, że budynek jest w stanie „zawalenia” i grozi niebezpieczeństwem porażenia obecnych tam ludzi. Fundamenty budynku były jeszcze nietknięte i żadna ze ścian zasadniczych domu nie była naruszona. Uzasadnienie było więc tendencyjne.

We wszystkich szkołach podstawowych na Tysiącleciu i niektórych innych w Częstochowie, odbywały się specjalne apele, podczas których dyrekcje, niby troszcząc się o pełne bezpieczeństwo dzieci i młodzieży, zabraniały im przychodzić na tzw. „plac budowy”, przy ul. Chłopickiego nr 36. Tłumaczono uczniom, że teren zagro­żony, bo prawdopodobnie wykopano niewypały z czasów II wojny światowej. Wszyscy uczniowie dobrze wiedzieli o co chodzi.

Wciąż wzywano wiernych na milicyjne przesłuchania, m.in. Mariana Fuławkę z ulicy Księżycowej nr 15, którego wypytywano o jedną z aktywnych pań, jasną blondynkę. Owa blondynka dowiedziawszy się, że o nią pytano kilkakrotnie, pobiegła do fryzjera i stała się brunetką. Pan Krzysztof Miller przez sześć razy był wzywany na przesłuchanie. Zabrali go nawet jako kierowcę z miejskiego autobusu. Pytali, dlaczego przychodzi do punktu, dlaczego przyniósł akumulator samochodowy i oświetlił punkt, gdy odcięto energię elektryczną. Raz zabrano go tylko dlatego, że podwiózł mnie do mieszkania, na ulicę Kilińskiego. Kolejne spotkania miał przy stoliczkach częstochowskich restauracji. Kilka razy proponowano mu współpracę. Stanowczo odmówił! Na przesłuchanie zawieziono schorowanego pana Czerwińskiego, który ustalał rozmowę z posłem. Do niektórych mieszkań naszych wiernych przychodzili funkcjonariusze MO z żądaniem wytłumaczenia się, dlaczego brali udział w delegacjach. Straszyli ich represjami. Na przesłuchanie zabrano panią Kostę z ul. Worcella. Zachowała się godnie, tak jak przystało na dobrą katoliczkę. Straszyli ją, że córka w szkole średniej będzie miała rozmaite trudności.

 

Mieszkańcy Tysiąclecia nie dawali jednak za wygraną. Delegacje parafian odwiedzały kolejnych prominentów, spotykając się najczęściej z ich butą i lekceważeniem. Ale dla tak ważnej sprawy warto się było poświęcać. Oni to dobrze rozumieli!

W dniu 17 maja jedna z pań była w Katowicach. Chciała rozmawiać z wojewodą Jerzym Ziętkiem. Okazało się to niemożliwe. Skierowano ją do pokoju kierownika ds. wyznań. Rozmo­wa była bardzo niesympatyczna. Dyrektor Łata powiedział jej, by Częstochowa sama załatwiła tak nieprzyjemną dla nich sprawę.

Podekscytowani rozwojem sytuacji wierni udają się więc do przewodniczącego MRN. W rozmo­wie zarzucono nielegalność parafii. Padły oskarżenia pod adresem ks. Kazimierza, jako nielegalnie mieszkającym studencie, o pobiciu robot­ników pracujących przy rozbiórce. Delegacja wysunęła dość kategorycznie pro­pozycję przydzielenia na punkt katechetyczny parteru domu przy ulicy Generała Zajączka nr 13. Przewodniczący zmitygowany obiecał, że w ciągu 24 godzin da odpowiedź. W godzinę później milicja dokonała opisu i sfotografowania wspomnianego domu. Jakiś nieznany człowiek tłumaczył lokatorom mieszkającym w domu przy ul. Gen. Zajączka, aby nie wyprowadzali się z domu.

Wieczór upłynął dość spokojnie. Wierni oblepili mury domu licznymi świecami, ustawili je nawet na szczytowych ścianach po zdjętym dachu. Dom płonął jak bożonarodzeniowa choinka. Oprócz tego bardzo wielu ludzi było na placu ze świecami w ręku. W śpiewanej pieśni na słowa „My chcemy Boga”, wierni podnosili świece do góry. Zatrzymywały się tramwaje i pojazdy mechaniczne na ulicy Zawadzkiego. Ludzie zatrzymywali się na trotuarach. Widok rzeczywiście manifestacyjny. W czasie kazania prostowałem błędne dane o punkcie katechetycznym, o zameldowaniu „studenta”, oraz o fakcie naszego pobytu w punkcie i o naszych, zgodnie z praworządnością socjalistyczną, żądaniach.

Następnego dnia, wierni czuwający kilka dni i nocy poczuli się już zmęczeni i zdenerwowani. Sami prosili nas o jakieś wyjście z sytuacji. Sytuacja nadarzyła się sama. Przeczytaliśmy w prasie o spotkaniu poselskim w urzędzie miejskim. Przed godziną 18.00 wierni wybrali się więc na owo spotkanie, zastając jedynie posła Solucha, bo poseł Zabłocki, zapowiadający swą obecność w Częstochowie, nie przyjechał. Okazało się, że spotkanie dotyczyło Służby Zdrowia. Część ludzi zdezorientowana tym programem spotkania opuściła salę. Reszta dotrwała jednak do końca. Na zakończenie spotkania poselskiego, wierni Tysiąclecia całą grupą podeszli do posła Solucha i przewodniczącego MRN Spałka. Rozpoczęła się bardzo burzliwa dyskusja, właściwie kłótnia. Poseł Soluch oświad­czył w końcu, że jest głodny i musi iść na kolację. Spałek nie miał żadnych argumentów na usprawiedliwienie wydarzeń, jakie miały miejsce przy ulicy Chłopickiego nr 36. Mocno zdenerwowany oskarżył ks. Biskupa, kurię i mnie osobiście o przyczynę całej tej awantury na Tysiącleciu. W gmachu Urzędu Miejskiego wyłączono światło, by zmusić interwentów do wyjścia. Ludzie opuszczając gmach oświadczyli: „Sprawa Tysiąclecia jest naszą własną sprawą. Bez względu na konsekwencje musimy ją załatwić”. Wracając na Tysiąclecie byli zawiedzeni i zdenerwowani. „Nie ma z kim rozmawiać” - mówili między sobą. Ilekroć delega­cja Tysiąclecia udawała się do prezydium MRN, tylekroć przed gmachem ustawiały się wozy milicyjne, wewnątrz zaś było sporo milicji mundurowej i tajnej.

Dzień 19 maja upłynął raczej pod znakiem spokoju. Niemniej wszyscy pytali mnie, co robić dalej. Aktywniejszym z czuwających, bądź bardziej wyczerpanym fizycznie czy też psychicznie, należało dyskret­nie tłumaczyć, że czuwamy, modlimy się i bronimy naszej słusznej sprawy do końca. Niejaki Udałek z ulicy Zawadz­kiego nr 76, będący mocno w stanie nietrzeźwym, w sposób podejrzany starał się werbować nowych ludzi do delegacji. Ludzie jednak byli bardzo ostrożni. Od razu zgłaszali się do nas księży o identyfikację nieznanych im osób.

W dniu 20 maja wypadła niedziela. Było ciepło i słonecznie. Na Mszach świętych, tak w kaplicy św. Wojciecha jak i na Tysiącleciu odczytaliśmy list ks. Biskupa ordynariusza, dotyczący spraw Tysiąc­lecia i innych trudności diecezjalnych. List ten wyjaśnił bardzo wiele spraw. Był ogromnie na czasie. Ludzie wysłuchali go z wielkim prze­jęciem. Z dodatkowymi pytaniami zgłaszali się do nas, pro­sząc o odpowiedzi. Po południu było zupełnie spokojnie. Tylko jeden wóz milicyjny z dwoma milicjantami, przez jakiś czas nas obserwował i robił zdjęcia.

W poniedziałek 21 maja, po Mszy św. rannej, kilka osób pojechało do Katowic. Delegacja miała zamiar rozma­wiać z samym wojewodą. W Katowicach przyjął ich jedynie poseł Stachoń, który przyrzekł interwencję. Obiecał przyjechać na miej­sce. Obietnicy jednak nie spełnił. Tego samego dnia pojechała zupełnie spontanicznie druga delegacja do Urzędu do Spraw Wyznań w Katowicach. Kierownik wydziału Łata uspoka­jał delegację i obiecywał załatwienie sprawy. Do Katowic, do Urzędu Wojewódzkiego, udał się także ks. Biskup Franciszek Musiel. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że uda mu się coś dla Tysiąclecia załatwić. Przyjechał rozczarowany.

Jeden z wiernych, pan Czerwiński ustalił spotkanie z posłem Soluchem na wtorek 22 maja, na godzinę 17.00. Blisko 60 osób udało na spotkanie z posłem. Poseł nie chciał rozmawiać ze wszystkimi. Rozmawiał tylko z jednym obywatelem Czerwińskim. Po kilku minutach jeszcze kilka osób siłą weszło do gabinetu posła. Ten spokojnie wysłuchał skargi delegatów. Obiecał dać konkretną odpowiedź. Po korytarzu pośród czekających kręciło się kilku nieznanych panów, robiących zdjęcia.

Księże Stanisławie, co tu dużo mówić, ludzie załamywali się widząc nieskuteczność swych działań!

 

Pozostało więc to, co zawsze... Podtrzymywać ludzi na duchu!

Wieczorne nabożeństwo prowadził ks. Janusz Struski. Do zebranych ludzi bardzo pięknie przemówił. Podniósł ich na duchu. Wskazał na potrzebę pełnej służby Kościołowi i ojczyźnie. Wyraził przekonanie, że obecność wiernych w zagrożonym punkcie katechetycznym, by czuwać i modlić się, jest najlepszą służbą Bogu, a także ojczyźnie, bo podczas katechezy rodzi się przecież obywatel prawego serca, obywatel, który lepiej będzie spełniał swoje obowiązki i piękniej służył swemu bliźniemu. Takie są Boże racje i społeczne racje punktów katechetycznych. Dlatego obrońcy domu katechetycznego służą dobrej sprawie. Rzeczywiście, ks. Janusz przemówił wszystkim do serc i umysłów. Ludzie popłakali się ze wzruszenia. Na modlitwę i czuwanie przychodziły coraz częściej, w zależ­ności od pogody, matki z małymi dziećmi. Ci, którzy przyjść nie mogli, przysyłali za pośrednictwem innych: kawę, kanapki, ciasta i cukierki.

 

Ksiądz Prałat wierzył głęboko, że uda się jednak wywalczyć miejsce dla Boga. Tam, skąd ludzi wypraszano i zastraszano, pojawiał się Ksiądz i z wrodzoną sobie swadą podejmował palące problemy. Tak było chociażby w przypadku wizyty u wojewody Jerzego Ziętka!

Użyłem fortelu. Napisałem pismo do Gen. Jerzego Ziętka, wojewody katowickiego: „Ja niżej podpisany, bardzo uprzejmie proszę o przyjęcie mnie w sprawie omówienia przyczyn skłócenia społeczności w dzielnicy Tysiąclecia w Częstochowie. Z głębokim szacunkiem dla Pana Generała i Wojewody całego Śląska. Józef Słomian”. Dwa dni później otrzymałem pismo następującej treści: „Sekretariat Generała i Wojewody przyjmie Pana w tym a tym dniu, o godzinie 10.00”.

Pojechałem do Katowic w umówionym dniu. W sekretariacie wojewody zapytano mnie: „A pan, do kogo, do wojewody? Nie ma go!” – stwierdzono lakonicznie. Jest! – odpowiedziałem. „Wiem, co panu mówię”, stwierdziła stanowczo i mało grzecznie sekretarka. „A ja wiem, że jest!” Pokazuję zaproszenie. „Proszę poczekać!” Za chwilę ta sami pani mówi: „Proszę wejść”. Duży obszerny gabinet. Na biurku kilka aparatów telefonicznych. Wchodząc powiedziałem: „Dzień dobry, Panie Generale!” Kiwnął tylko głową. „Nasi ojcowie zostawili nam piękne pozdrowienie w słowach «Szczęść Boże», ale tego nie powiedziałem, żeby pana nie obrazić”. Słyszę: „O nie, ale w jakiej sprawie”. Podszedłem bliżej i powiedziałem: „Panie Generale, najpierw muszę się przedstawić. Nazywam się Józef Słomian, jestem księdzem, proboszczem parafii św. Wojciecha w Częstochowie. Mam żal do pana Łaty, dyrektora wydziału do spraw wyznań. Zachowuje się on bardzo hałaśliwie, używa słów niewłaściwych, na ludzi i na mnie krzyczy. Takie zachowanie uwłacza godności urzędu wojewódzkiego. Panie Generale, wiem, że pan zna dzielnicę Tysiąclecia w Częstochowie. Piękne, duże osiedle. Dla katechezy dzieci i młodzieży, parafia kupiła za swoje pieniądze stary dom. Przystosowała go do potrzeb katechetycznych i częściowo dusz­pasterskich. Przez rok był idealny spokój. W tym roku, w maju władze miasta Częstochowy bez uprzedzenia zaczęły siłą zrywać dach, podczas gdy w tym domu, w dwóch klasach uczyły się dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii św. Dach zerwano, księdzu, który w tym domu mieszka deszczowa woda leje na łóżko, dzieciom z sufitu kapie woda na głowy i zeszyty. Rodzice stanęli w obronie tako skromnego domu katechetycznego”.

Pan Generał spojrzał mi w oczy i po krótkiej chwili powiedział: „Zajmę się tą sprawą. Nie wiedziałem, że to tak wygląda”. Poprzez biurko podał mi rękę i powiedział: „Do widzenia”. Rzeczywiście zajął się tą sprawą. Dyrektor Łata teraz zupełnie inaczej ze mną i ludźmi rozmawiał. Po kilku dniach, wieczorem, dzwoni do mnie ksiądz Marian Mikołajczyk, kapelan księdza biskupa Stefana Bareły i prosi, abym pojechał do księdza biskupa Tadeusza Szwagrzyka i przekazał mu całą sprawę walki w obronie punktu katechetycznego przed całkowitym zburzeniem. Ksiądz biskup Tadeusz Szwagrzyk jest wezwany do gen. Jerzego Ziętka. Musi więc znać całą sprawę. Telefon ten był o godzinie 21.00. Gdy wyszedłem na zewnątrz plebani, przy drzwiach na chodniku czekało na mnie trzech mężczyzn, a przy krawężniku stała zamówiona przeze mnie taxi. Bardzo uprzejmie otwarli drzwi i pomogli mi wejść do samochodu. Jadąc pomyślałem sobie, że byli na podsłuchu. Za chwilę kiero­wca zwraca się do mnie i mówi: „Proszę księdza, ci faceci jadą za nami!” „No cóż, powiedziałem, niech jadą!” Na zakręcie na ulicę Piłsudskiego znowu mówi kierowca: „Jadą za nami. No, niech jadą. Ale ksiądz odważny”, mruknął kierowca.

U ks. biskupa Szwagrzyka byłem około dwudziestu minut. Po skończonej rozmowie ks. Biskup wypro­wadził mnie na ulicę Piotrkowską. Obejrzał się w prawo i lewo powiedział: „Nie ma nikogo. Może ksiądz wracać do siebie”. Pozornie rzeczywiście nie było nikogo. Nie było ani jednego człowieka, ani jednego samochodu. Odnosiło się wraże­nie, że ulica jest zamknięta. Niestety, przed skrętem na ulicę Piłsudskiego jest duża ściana bezokienna. Na tej ścianie mnie zatrzyma­no. Oślepiono mnie silnym pulsującym reflektorem. Byli to ci sami panowie i ten sam samochód, który jechał za mną. Pod tym rażącym światłem reflektora samochodowego trzymano mnie jakieś dwadzieścia minut. Z samochodu słychać było rozmowę przez radiotelefon. Po tym epizodzie zgaszono reflektor i pojechano. Ja przyszedłem do do­mu pieszo. Byłem bardzo zmęczony i pełny czarnych myśli. Po trzech, może czterech dniach dowiedzieliśmy się, że władze miasta Częstochowy szukają dla parafii punktu zastępczego.

 

Zrobiliście tak wiele dla niszczonego przez komunistów punktu katechetycznego, że po ludzku sądząc, nie dało się już nic więcej zrobić!

Ta sama myśl, którą teraz Ksiądz wyraził, przychodziła mi wówczas do głowy. Czułem się już tak zmęczony trwającą od wielu dni sytuacją, że mówiłem sobie w duchu: „Teraz kolej na Najwyższego!”.

 

Najwyższy z pewnością nie zawiódł?

Dał nadzieję, a to w tym okresie było dla mnie najważniejsze! Otóż, w dniu 25 maja dowiedzieliśmy się, że z domu przy ul. Gen. Zajączka nr 13, wyprowadza się jeden z lokatorów o nazwisku Nowak Stanisław. Ludzie zaczynają żyć nadzieją, że mieszkania przygotowuje się na punkt katechetyczny i dla ks. Kazia Mielczarka. Oficjal­nej wiadomości jednak nie ma. Utrzymuje się atmosfera niedowierzania, czy to nie jest jakiś podstęp. Jest jednak nadzieja, jako niewątpliwy znak od Najwyższego!

W następnym dniu, odprawiając nabożeństwo majowe zachęcałem ludzi do dalszych modlitw i wytrwa­nia do końca. Powiedziałem: „Bóg widzi naszą sytuację. Fakt, że przez tyle dni i nocy umiemy się modlić i godnie znosić wszelkie upokorzenia jest wielką łaską Bożą. A więc Bóg daje nam swą łaskę. Pamięta o nas! Pomoc Bożą trzeba umieć dobrze odczytać w kontekście całości wydarzeń zbawczych”.

 

W niedzielę, w dniu 27 maja zdarzyło się coś, na co wszyscy czekali. Na Mszach św., tak na Tysiącleciu jak i w kaplicy św. Wojciecha przy ul. Kilińskiego, odczytano komunikat ks. Biskupa ordynariusza, zawierający informację, że po wielu staraniach władze państwowe przydzieliły na salki katechetyczne i mieszkanie księdza – lokal przy ul. Gen. Zajączka nr 13.

Wierni przyjęli tę wiadomość z wielką ulgą i zadowoleniem, że ich modlitwy zostały wysłuchane, ale jednocześnie oświadczyli, że sporna dotąd sprawa nie została załatwiona całkowicie. Wierni pragnęli kościoła na swej dzielnicy.

 

Niemniej jednak, jakieś znaczące zwycięstwo parafia odniosła. Można było mieć nadzieję, że pod presją wiernych władze pozwolą na budowę kościoła?

Całkowicie się zgadzam z tą tezą, ale póki co należało działać w ramach, na jakie władze zmuszone były się zgodzić. O godzinie 7.00, w dniu 28 maja, ks. Kazimierz Mielczarek odprawił Mszę św. dziękczynną, ostatnią Mszę św. przy ul. Chłopickiego nr 36, przy której przez 21 dni i nocy trwało wystawienie Najświętszego Sakramentu i nieustanna adoracja wiernych. Najświętszy Sakrament został przeniesiony do drugiej sali katechety­cznej. W tym czasie murarze wyjmowali ze ściany tabernakulum, aby je wmurować już w nowej kaplicy przy ul. Gen. Zajączka. Godzinę wcześniej przewieziono przy bardzo życzliwej po­mocy wiernych węgiel z piwnicy, meble z sal katechetycznych i meble ks. Kazimierza.

Punktualnie o godzinie 8.00 wyniesiono Najświętszy Sakrament i pobłogosławiono wiernych stojących na zewnątrz budynku, a następnie samochodem pana Krzysia Millera, według zalecenia Kurii Diecezjal­nej, Najświętszy Sakrament został przewieziony do kaplicy nowego punktu katechetycznego.

 

Jak zachowywały się w tym czasie władze miejskie?

Jeszcze tego samego dnia przystąpiono do rozbiórki domu, który w ciągu dwóch dni został doszczętnie zburzony. Na komendę MO, przez pewien czas byli wzywani wierni, czuwający przy punkcie katechetycznym. Nie wszyscy oni swoje wezwania zgłaszali duszpasterzom. Zakazywano im cokolwiek na ten temat mówić. Byli zastraszeni. Spośród mężczyzn byli wzywani p. Mazur z ul. Worcella, p. Baran z ul. Michałowicza i inni. Bardzo wielu wiernych w czasie prze­słuchań, zachowało się bardzo godnie i przykładnie. Nie pamiętam wszystkich nazwisk.

 

Z pewnością pamięta Ksiądz nazwiska osób, które wyróżniały się w czasie modlitewnych czuwań, broniąc domu katechetycznego i księży?

Podczas czuwania i modlitw bardzo pięknie zachowali się broniąc punktu i księży wierni, a zwłaszcza ci, których nazwiska godne są wymieniania, panie: Żarów, Marchewka, Nienartowicz, Szydziak, Smaga, Bardzińska, Bielawska, Kuban, Dondel i panowie: Biegański, Knysak, Cieśla, Kostrzewa i inni. Należy wymienić także całe rodziny jak: Gałdych, Moroniów, Milerów, Brzezińskich, Mazurów, Ślusarczyków, Błaszczyków, Nowaków, Górnych i wielu innych.

 

Dalsza historia punktu katechetycznego na Tysiącleciu...

Zmieniliśmy swój adres. Teraz cokolwiek się działo, miało miejsce przy ul. Gen. Zajączka nr 13. Jeden z pracowników urzędu miejskiego, wręczając nam klucze, ostrzegł przed bardzo agresywnymi i nerwowymi właścicielami domu. Istotnie. Równo­cześnie z zajmowaniem przez nas mieszkania, przybiegła cała rodzina Michałkiewiczów - byli to właściciele domu - i ze złością pytali: „Jakim prawem się tu wpro­wadzacie? Kto was tu prosił? Ten budynek nie nadaje się na te cele. My nie mamy gdzie mieszkać, a tymczasem nasze mieszka­nia daje się parafii. Żebyście tu nic nie zmieniali! Nawet gwoździa nie wolno wam wbić w ścianę”. Właściciel domu niewiele mógł jednak zrobić, ponieważ dom należał do uspołecznionej gospodarki państwowej.

W nowych pomieszczeniach zamieszkał ks. Kazimierz Mielczarek. W pozostałych trzech salach rozpoczęto zwyczajnie nauczanie wiary dzieci i młodzieży.

 

Z pewnością, podobnie jak to było w kaplicy zburzonego domu, tak i tutaj intensywnie rozwijało się życie religijne parafii?

Tak, nie da się tego wszystkiego opowiedzieć. Musiało by powstać wiele tomów historycznych. Z większych wydarzeń chcę wspomnieć o pierwszych misjach, jakie odbyły się w parafii św. Wojciecha.

Księża miasta Częstochowy byli zaskoczeni moją decyzją o przeprowadzeniu misji parafialnych, w tak trudnych warunkach lokalowych, jakimi dysponowaliśmy przy ul. Kilińskiego nr 8. Do przeprowadzenia misji poprosiłem Księży Misjonarzy z Krakowa, a mianowicie Ks. Tadeusza Olszańskiego, profesora homiletyki i ks. Jana Kowalika. Przygotowania do nich rozpoczęto dość wcześnie. Księża odwiedzający rodziny podczas kolędy bożonarodzeniowej, zostawiali specjalne zaproszenia. Odnośnie roli i znaczenia misji wygło­szone zostały specjalne konferencje do wszystkich stanów. Tematyka misji łącznie z jej celowością była omówiona także w każdej klasie na lekcjach religii. Dwa tygodnie przed roz­poczęciem misji, ministranci według moich wskazań, roznieśli do wszystkich rodzin szczegółowy program nabożeństw i nauk. Misje rozpoczęły się w sobotę, 9 marca 1974 roku. Wiernych na naukach misyjnych było bardzo wielu. Wypełnili oni szczelnie kaplicę, korytarze, sale katechetyczne i klatkę schodową do pierwszej kondygnacji włącznie, trotuar i pod­wórkowy dziedziniec.

Ks. Jan Kowalik był świetnym propagandzistą. Podawane przez niego informacje, w połączeniu z zachętą do licznego udziału w misjach zrobiły swoje. Można by dodać, że od księdza Kowalika wielu księży mogłoby się nauczyć pisania i czytania ogłoszeń parafialnych. Ks. Tadeusz Olszański mówił bardzo logicznie. Odnosiło się wrażenie, że prostuje to, co „krzywe” w ludzkich postawach, tworząc właściwe widzenie rzeczywisto­ści Boga i Kościoła. Każdego dnia, oprócz szeregu nabożeństw rannych i popołudniowych, odbywały się nauki stanowe. Frekwencja była imponująca. To samo, gdy chodzi o pojednanie w sakramencie pokuty. Przez cały dzień wiernych spowiadało dwunastu księży. W ciągu misji św. udzielono 16 tysięcy Komunii św. Zakończenie misji nastąpiło w niedzielę 17 marca o godzinie 18.00 z udziałem ks. Biskupa ordynariusza i księżmi kondekanalnymi. Tak wypełnionej kaplicy aż do pierwszego piętra włącznie i ulicy łącznie z całym podwórkiem nikt dotąd jeszcze nie widział. Wszyscy byliśmy szczerze uradowani tak wspaniałymi misjami. Innym przejawem życia religijnego były odpusty parafialne ku czci św. Wojciecha. Do roku 1973 odbywały się one w kaplicy przy ul. Kilińskiego nr 8, później zaś w warunkach plenerowych na Tysiącleciu przy ul. Gen. Zajączka nr 13. Z każdym rokiem odpusty były coraz bardziej uroczyste. Od samego początku na wszystkie uroczystości w parafii św. Wojciecha przyjeżdżał ks. biskup ordynariusz Stefan Bareła. W Słowie Bożym odważnie i bardzo inteligentnie tłumaczył wiernym potrzebę własnej świątyni. Brak jej urąga godności człowieka, jak również wszelkiej sprawiedliwości tak naturalnej jak i spo­łecznej. Po każdym odpuście wierni swoimi samochodami odwozili księży gości na plebanię przy ul. Kilińskiego nr 8, gdzie odbywała się skrom­na kolacja. Tradycyjnie sumy odpustowe w parafii św. Wojciecha odbywały się w dniu św. Patrona, wieczorem o godzinie18.00.

 

Chyba nie było Księdzu łatwo organizacyjnie, tworzyć atmosferę do przeżywania takiej uroczystości, jaką jest odpust parafialny?

Jako organizator i inspirator odpustów, jak również wszelkich innych akcji duszpasterskich, odczuwałem jak ciężko jest organi­zować życie duszpasterskie w parafii nie mającej jeszcze utrwalonych tradycji, własnego utrwalonego stylu życia religijnego i obyczajowego. W parafiach starych tradycja wytwarza nastrój, potrzebę odpustu, wzajemnego odwiedzania się rodzin; przyjeżdżają kupcy z kramami, ustawiają karuzelę i strzelnicę. To wszystko składa się na odpowiednią atmosferę odpustową, co w rezultacie gromadzi setki wiernych. Parafia św. Wojciecha wciąż nie miała jeszcze swych własnych, ludowych tradycji. Wierni często przeżywali uroczystości odpustowe w poprzed­nich parafiach zamieszkania, gdzie przy okazji spotkali się z krewnymi i znajomymi. W parafii, która takiej tradycji jeszcze nie posiadała, trzeba było każdą akcję duszpasterską z trudem organizować i mobilizować wiernych do przybycia na nią, z różnym, w zależności od nieprzewidzianych okoliczności, skutkiem.

W takiej parafii trzeba przez dłuższy czas pracować, aby się przekonać jak wiele wysiłków jest syzyfowych. Tego nakładu pracy, czasem daremnego, nikt z ludzi nie docenia. Księża pytają raczej, ilu parafia liczy wiernych? Parafię oceniają swą mechaniczną miarką, starych tradycyjnych parafii, w których pracują. Oni mieli piękne kościoły, ale czasem nie rozumieli jak wielką łaską jest posiadanie kościoła, który otrzymali na mocy dekretu biskupa, a który wybudowali im ogromnym wysiłkiem poprzednicy i pokolenie nieżyjących już parafian. Posiadanie własnego kościoła to wielkie błogosławieństwo w pracy duszpasterskiej.

Pamiętam taki odpust parafialny, który się odbył w 1976 roku. Był on bardzo starannie przygotowany, wielu wiernych przystąpiło do spowiedzi św. Były specjalne konferencje, wyjaś­niające cel odpustu w parafii. Nawet zaprosiliśmy chór katedralny w pełnym komplecie pod dyrekcją pana profesora Antoniego Szuniewicza. Przybył cały, jak nigdy dotąd, zespół orkiestry dętej. Dzieci i młodzież na katechezie zostali należycie przygotowani i na uroczys­tość odpustową zaproszeni. Niestety, było tak niesamowicie zimno i dżdżysto, że odpust, gdy chodzi o udział wiernych był zdziesiątkowany, a nastrój raczej ponury, gdyż wszyscy mimo ciepłych okryć, w skurczeniu czekali szczęśliwego końca. Przy okazji zgłaszano dużo przeziębień, tak wśród młodszych jak i starszych. Oto jeden z przykładów braku kościoła parafialnego.

 

Ksiądz Prałat, jako jeden z priorytetów pracy duszpasterskiej, uczynił – posługując się neologizmem Księdza – „rozeucharystycznienie” parafii. Ciągle to podkreślał na zebraniach cotygodniowych księży pracujących w parafii. Praktyczne dowody tej troski to: wielość niedzielnych nabożeństw, czterdziestogodzinne nabożeństwo, praktyka „pierwszych piątków miesiąca”, wspaniały przebieg uroczystości Bożego Ciała, kaplica wieczystej adoracji Najświętszego Sakramentu. Przykłady można by mnożyć!

Troska o właściwe wychowanie eucharystyczne wiernych była zawsze moim największym zadaniem. Sądzę, że nie ma innej drogi w pracy duszpasterskiej. Żywy Chrystus musi stać w centrum naszych kapłańskich oddziaływań, gdyż inaczej będziemy głosicielami teorii światopoglądowej, a nie żywego Pana i Boga. Podobnie głoszenie Chrystusa na katechezie winno prowadzić do przyjęcia Go, nie tylko intelektualnego, ale nade wszystko Eucharystycznego. Jeśli katecheza nie prowadzi do tego zjednoczenia z Bogiem w miłości, jest niewiele warta i można ją porównać do lekcji religioznawstwa. Warto o tym stale pamiętać, aby nie popaść w przesadny intelektualizm wiary.

Ma Ksiądz rację mówiąc, że dbałem o eucharystyczny wymiar życia parafialnego. Na moją prośbę, ks. biskup Stefan Bareła ustanowił zwyczaj odprawiania Nabożeństwa Czterdziestogodzinnego, każdego roku w piątek i sobotę przed Zesłaniem Ducha Św. Zakoń­czenie zaś następowało w sam dzień Zesłania Ducha Świętego, przed wieczorną Mszą św. W piątek i sobotę dzieci i młodzież, zamiast na lekcje religii, przychodziły na starannie przez siostry katechetki przygotowane adoracje Najświętszego Sakramentu. W rezultacie adoracje przebiegały bardzo pięknie. Inni wierni przychodzi­li w dowolnym czasie.

Punktem koncentrycznym Nabożeństwa Czterdziestogodzinnego była wieczorna Msza św. w dniu Zesłania Ducha Świętego, którą celebrował co roku, przy bardzo licznym udziale wiernych, ks. biskup ordynariusz Stefan Bareła, wraz z księżmi Neoprezbiterami, którzy w tym dniu otrzymywali święcenia kapłańskie. Modlili się oni wraz ze swym Pasterzem w intencji upro­szenia zezwolenia na budowę kościoła na Tysiącleciu.

Każdego roku - stało się to już zwyczajem – przychodzili prawie wszyscy księża kondekanalni, jak również inni księża z miasta. Udział brał także chór kated­ralny i orkiestra dęta. Całość nabożeństwa za każdym razem wypadała imponująco.

 

Jako Neoprezbiter uczestniczyłem w takiej Mszy św. Pozostały mi miłe wspomnienia, a nawet to, że zmoczył nas bardzo porządnie rzęsisty deszcz.

Dla potomności należałoby wspo­mnieć zakończenie Nabożeństwa Czterdziestogodzinnego w roku 1975. Przez cały dzień świąteczny mocno grzało słońce. Pod wieczór nastąpiło lekkie chmurzenie się. Nagle chmury zgęstniały. Dosłownie o godzinie 19.00 podczas przyjmowania Ks. Biskupa Ordynariusza zaczęło grz­mieć i błyskać się. Po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz. Po kilku minutach deszcz przemienił się w praw­dziwą przysłowiową „pompę”. Zaczęło grzmieć jeszcze głośniej. Prawdziwa Góra Synaj, pomyślałem sobie. Ksiądz Biskup mimo trwającej burzy rozpoczął Mszę św. koncelebrowaną razem z księżmi Neoprezbiterami i Przełożonymi Wyższego Częstochowskiego Seminarium Duchownego. Wierni w czasie burzy nie szukali ustronnych miejsc. Przemoczeni do ostatniej przysłowiowej suchej nitki stali do końca. Deszcz był bardzo ciepły. Nikt się nie przeziębił. Nazajutrz do pralni chemicznej zaniesiono osiemdziesiąt alb ministranckich i dwadzieścia dwie księżowskie. Oprócz tego obrusy, komże i dwa­dzieścia trzy ornaty. Jeden z ornatów uległ zupełnemu zni­szczeniu. Po zakończeniu uroczystości punkt katechetyczny wyglądał jak po pożarze. Wierni cieszyli się nawet, że mogli chociaż taką ofiarę złożyć Bogu, w intencji uproszenia pozwolenia na budowę kościoła na Tysiącleciu.

W każdym roku po uroczystej Mszy św. wieczornej, wszyscy księża goście z ks. Biskupem na czele, podwożeni byli samochodami wiernych, na plebanię przy ul. Kilińskiego nr 8. Tutaj organizowaliśmy dla nich kolację, podczas której składaliśmy życzenia dla nowowyświęconych Księży, by mieli lepsze warunki życia i pracy, niż księża pracujący w parafii św. Wojciecha.

O procesji Bożego Ciała mówiliśmy już na początku naszej rozmowy. Z każdym rokiem udział w niej naszych wiernych wzrastał. Uczestniczyliśmy w procesji centralnej i było nam niezmiernie miło, że podczas głoszonego Słowa Bożego do tłumów wiernych, Biskup Ordynariusz nigdy nie zapomniał o potrzebie kościoła na Tysiącleciu. Oprócz różnych tematów religijno-społecznych poruszanych przy poszczególnych ołtarzach, dominował temat potrzeby kościoła w nowej dzielnicy Tysiąclecia, jako jeden z warunków uzależniających wytworzenie dobrej atmosfery do normalizacji stosunków między Kościołem a państwem.

 

Wszyscy odwiedzający punkt katechetyczny goście, czy to z Polski czy z zagranicy, wypowiadali się z uznaniem o nowej parafii i jej kapłanach. Nie brakowało słów uznania od dygnitarzy kościelnych i świeckich, goszczących na Jasnej Górze, jak również dziennikarzy zagranicznych, którzy w swoich mediach ukazywali niezwykle palącą potrzebę budowy kościoła na Tysiącleciu.

Na ten temat kilka razy wypowiedziało się Radio Watykańskie, austriackie Radio „Kat-Presse, radio z Paryża, Londynu, a także Radio Wolna Europa. W związku z nagłośnieniem sprawy, liczni goście raz po raz odwiedzali nasz punkt katechetyczny, który swoją skromnoś­cią i ciasnotą miejsca robił ogrom­nie przygnębiające wrażenie. Trudno było tym zagranicznym gościom zrozumieć, że w Polsce rzekomo demokratycznej, przy tylu oświadczeniach, odnośnie praw człowieka i konwencjach o charakterze międzynarodowym, podpisanych przez polskie władze w Organizacji Narodów Zjednoczonych czy w Helsinkach, społeczność wiernych stanowiąca pokaźną część miasta Częstochowy, liczącego ponad dwieście tysięcy mieszkańców, modli się w tak niegodnych warunkach.

Punkt katechetyczny odwiedziło w ciągu ostatnich lat sporo wysokich osobistości. Między innymi w dniu 10 maja w 1974 roku przybył na Tysiąclecie ks. kardynał Franciszek Seper, prefekt Kongregacji do spraw Doktryny Wiary, w towarzystwie swego sekretarza ks. prałata Wolimira Czapka i ks. biskupa ordynariusza Stefana Bareły. Ks. Kardynał dowiadując się jak wielu wiernym służy ten punkt katechetyczny, powiedział między innymi: „Jest gorzej niż na misjach w bardzo ubogich krajach trzeciego świata, wstecz cofniętych w rozwoju gospodarczym i kulturalnym”.

W dniu 2 maja roku 1976 do punktu katechetycznego przybył ks. arcybiskup Luigi Poggi, wysłannik Watykanu do kontaktów roboczych z polskim Rządem, celem przygotowania ewentualnej normalizacji prawnej z Kościołem katolickim w Polsce. Była niedziela. Termin wizyty ustalony został na godzinę 13.00. Tymczasem, będąc na odpuście ku czci św. Józefa na Rakowie, dowiedziałem się, że ks. arcybiskup Poggi odwiedzi Tysiąc­lecie o godzinie 10.00. Na rannych Mszach św. powiadomiliśmy wiernych o tej ważnej wizycie. Wbrew naszym oczekiwaniom frekwencja na spotkaniu była imponująca. Po krótkim przywitaniu Ks. Arcybiskupa przez Biskupa Barełę, w krótkich słowach przedstawiłem historię parafii, podkreślając ciężkie i niewdzięczne warunki pracy. Arcybiskup Poggi, który był tym wszystkim wstrząśnięty, przemówił do wiernych bardzo serdecznie. Podkreślił, że dzielnica Tysiąclecia jest pamiątką tysiącletniej historii naro­du katolickiego, wierzącego i dla ojczyzny swojej jak najgodniej pracującego. Tysiąclecie to symbol wiary ojców naszych na przestrzeni jednego tysiąca lat, a nie symbol Polski socjalistycznej i ateistycznej. Stąd tym bardziej nowej dzielnicy należy się własny kościół. Ks. Arcybiskup, współczując wiernym Tysiąclecia, przyrzekł, że w tej sprawie zabierze głos, gdy będzie w najbliższych dniach rozmawiał w Urzędzie do Spraw Wyznań ministrem Kazimierzem Kąkolem.

W dniu 15 maja 1976 roku odwiedził Polskę ks. arcybiskup Joseph Bernardin, przewodniczący Konferencji Episkopatu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, któremu towarzyszyło kilka znanych osobistości z Ameryki i Europy Zachodniej. Przybyli również do naszej parafii wraz z biskupem ordynariuszem Stefanem Barełą i biskupem pomocniczym Franciszkiem Musielem. Goście amerykańscy byli bardzo głęboko poruszeni sytuacją materialną punktu katechetycznego, jaką widzieli na własne oczy. Odjeżdżając wyrazili ból, że nowa dzielnica Częstochowy, licząca blisko 40 tysięcy mieszkańców, musi zadowolić się takim tragicznym minimum.

Tej rangi goście, raz po raz odwiedzając nasz punkt katechetyczny, dziwili się, że dotąd przy nienajgorszej atmosferze, jakie­goś przecież współżycia w światopoglądowym pluralizmie, władze administracyjne nie zezwalają na budowę kościoła.

Wspominając wizyty niektórych tylko wymienionych z nazwiska gości, należy dodać, że do punktu katechetycznego ustawicznie przybywali różni nieznani mi osobiście ludzie, tak duchowni jak i świeccy. Wszyscy życzyli, by wierni otrzymali od władz państwowych to, czego pragną.

 

Warunki lokalowe przy ul. Gen. Zajączka nr 13 niewiele różniły się od tych, które były w domu, przy ul. Chłopickiego?

W okresie wiosny, lata, jesieni, a nawet w cieplejsze nie­dziele zimy, wierni stali na podwórku ciasnym i często zastawionym samochodami, stanowiącymi własność współlokatorów, mieszkających w tym samym domu. Gdy było zimno wierni tak szczelnie wypełniali sale katechetyczne, łącznie z klat­ką schodową, że wszelkie poruszanie się w celu rozdzielenia Komunii św. czy zebrania ofiar na tacę, było prawie niemożliwe Przy tym wszystkim wszystkie cztery sale katechetyczne łączyły się ze sobą sposobem amfiladowym, mając tylko jedno wyjście do klatki schodowej. Wychodzenie bądź wchodzenie trwało bardzo długo, przy dużym oczywiście narzekaniu i gnieceniu kości. Maksymalna ilość wiernych, jaka mogła się zmieścić przy wypełnieniu wszystkich sal i korytarza, łącznie z klatką schodową, wynosiła od 350 do 400-tu osób.

W czerwcu 1976 roku przybył do parafii, jako wikariusz, młody i energiczny kapłan – ks. Marian Duda. Odegrał on w życiu parafialnym bardzo doniosłą rolę. Zaliczam go do wielkiej trójcy księży, obok Ks. Struskiego i ks. Mielczarka, którzy w najtrudniejszych dla parafii chwilach stanęli przy mnie i wspomagali mnie swoimi uzdolnieniami i charyzmatami. Nie miał, gdzie mieszkać, więc zajął maleńki pokoik przy salkach katechetycznych, który był zarazem kancelarią i zakrystią. Sam wpadł na dobry pomysł, aby w niedziele, gdy liczba wiernych uczestniczących w Eucharystii jest wielka, Mszę św. odprawiać w otwartym oknie swego pokoiku. W ten sposób wierni stojący na zewnątrz budynku, jak również ci stojący w kaplicy, mogli dobrze widzieć odprawiającego kapłana, a tym samym owocniej uczestniczyć w nabożeństwie. Ks. Mariana Dudę w wielu ciekawych i twórczych inicjatywach duszpasterskich wspierała s. Maksymiliana – nazaretanka.

Ks. Marian dopomógł też w wynajęciu dwóch pomieszczeń piwnicznych w prywatnym domu, przy ul. Pleszyniaka. Była taka potrzeba, gdyż dzieci uczęszczających na katechezę parafialną przybywało, stąd przystosowane do lekcji religii pomieszczenia „pękały w szwach”.

 

Ks. biskup ordynariusz dr Stefan Bareła, chcąc uhonorować parafię św. Wojciecha, wciąż przez władze nazywaną dziką, bo nie zatwierdzoną, zarządził kanoniczną wizytację.

Wizytację kanoniczną wyznaczono na dzień 26 i 27 września 1976 roku. Rozpoczęło się przygotowanie do niej wiernych starszych wiernych, dzieci i młodzieży. Uporządkowano kancelarię parafialną, odrestaurowano sale katechetyczne. Fronton domu udekorowano flagami. Zamieszczono na ścianie budynku napis: „Tysiąclecie wita swojego Arcypasterza”. Ingres wypadł bardzo uroczyście, dopisali księża goście. Walka komunistycznych władz z parafią budziła tym większą jedność wśród duchowieństwa i wiernych. W imieniu wiernych, księdza biskupa ordynariusza Stefana Barełę powitała rodzina z synem Jackiem ubranym w wojskowy mundur. Godna uznania odwaga młodego żołnierza! W czasie Mszy św. dary ofiarne składała rodzina Tkaczów, z siedmiorgiem dorodnych dzieci. Dziś jedno z nich – Wojciech, jest cenionym kapłanem w diecezji sosnowieckiej.

Program wizytacji był nader obfity, rozłożony na dwa dni, wypełniony spotkaniami z różnymi grupami świeckich, współpracujących w apostolskim dziele z kapłanami.

 

Wciąż jednak czekaliście na decyzję władz państwowych, które szanując prawo obywateli do wolności religijnej i kultu, wydałyby stosowne zezwolenie na budowę kościoła parafialnego. W międzyczasie Częstochowa stała się stolicą województwa i siedzibą władz.

Starania o budowę kościoła parafialnego trwały siedem lat. Kilkadziesiąt razy udawały się nasze delegacje do władz wojewódzkich w Katowicach, do ministerstw i częstochowskich władz miejskich, głównie partyjnych. Podpisów w sprawie budowy kościoła zebrano ponad 10 tysięcy. Korespondencja w z różnymi urzędami była bardzo obfita. Jest rzeczą niemożliwą, aby ją tutaj omówić.

Wreszcie nadszedł ów szczęśliwy dzień! Na dzień 6 października 1976 roku wyznaczono spotkanie ks. biskupa ordynariusza Stefana Bareły z wojewodą częstochowskim Mirosławem Wierzbickim. Rozmowy trwały trzy godziny. Na pożegnanie pan Wojewoda wręczył ks. Biskupowi dokument, zezwalający na wybudowanie kościoła w nowej dzielnicy miasta Częstochowy zwanej „Tysiącleciem”. Wiadomość tę, tak duchowni jak i wierni przyjęli z wielką radością. Ks. Biskup wystosował specjalny list do wiernych całej diecezji, a zwłaszcza Tysiąclecia, informujący o niniejszym zezwoleniu. Wierni parafii św. Wojciecha, słuchając listu, który był czytany na wszystkich Mszach św. mieli łzy w oczach. Niektórzy dosłownie płakali.

Władze dopuściły się pewnej złośliwości. Pozwolenie na budowę kościoła otrzymała dzielnica Tysiąclecia, a nie imiennie parafia św. Wojciecha. Ks. biskup Stefan Bareła nigdy nie pogodził się z taką interpretacją pozwolenia, ponawiając urzędowe prośby do wojewody o wyrażenie zgody na budowę kościoła dla parafii św. Kazimierza.

Rok 1976 był dla mnie także, wraz z otrzymaniem zezwolenia na budowę kościoła, rokiem wywalczonego zatwierdzenia parafii św. Wojciecha i mnie, jako jej proboszcza.

 

Teraz należało uzgodnić lokalizację nowej świątyni?

Po dwóch tygodniach od otrzymania pozwolenia, udała się do pana prezydenta miasta Częstochowy delegacja kurialna w składzie: ks. biskup Franciszek Musiel, ks. prałat Władysław Gołąb i ja jako proboszcz parafii, celem omówienia lokalizacji pod budowę kościoła. Po długich dyskusjach i korespondencji wyznaczono działkę na terenie parafii św. Kazimierza, przy ulicy Chochriakowa i Brzeźnickiej, w tym miejscu, na którym obecnie stoi kościół św. Wojciecha. Decyzja Urzędu Miasta była ostateczna.

Władze miejskie z przyznaną lokalizacją połączyły konieczność wykupienia sześciu posesji z domami mieszkalnymi i zabudowaniami gospodarczymi. I tu zaczęły się nowe problemy. Największym z nich był problem odszukania wszystkich spadkobierców. Kilku z nich mieszkało w kraju, jedna osoba w Paryżu i jedna w Brazylii. Wszystkie osoby musiały się zrzec swych praw własnościowych notarialnie. Sprawy sądowe odbyły się w Radom­sku, w Piotrkowie Trybunalskim, w Brazylii i w Częstochowie. Sprawy wykupu posesji trwały jeden rok i były niesłychanie trudne i kosztowne, a także przykre z powodu nieżyczliwego nastawienia władz. I tutaj nie mogło zabraknąć odporności psychicznej. Ks. prałat Władysław Gołąb wyraził złożoność sytuacji słowami: „Księże Józefie, w tej sytuacji jak ksiądz, chociaż jedną posesję wykupi, to już będzie bohaterem!”

Niektórzy właściciele nie mieli zapisu hipotecznego. Należało sięgnąć do jednego pokolenia wstecz. Ogromna praca. Właścicielami posesji byli państwo: Gęsiarze, Weronika Szulc, Stanisław Serwiak, Kucharscy i Gospodarkowie ze współwłaścicielką w Argentynie. Parafia zapłaciła im tyle, ile zażądali. Dziś z perspektywy czasu dostrzegam bardziej niż wtedy złożoność problemu, który zaistniał, a który przeżyć musieli. Nie jest łatwo, szczególnie starszym osobom zmienić miejsce zamieszkania, do którego czują się przywiązani.

 

Czy ks. Prałat mógłby coś więcej powiedzieć na temat przyznanej działki?

Przyznana pod budowę kościoła działka 107.063 m² była bardzo niekorzystna. Wcześniej przeznaczona była pod budowę szkoły. Zrobiono już dokumentację. Z budowy szkoły zrezygnowano z powodu dużych kosztów niwelacyjnych. Działka była wysoką piramidą usypaną ze śmieci miasta, jak również pozostałych resztek elementów budowlanych. Dla wyrównania działki zepchnięto na niższe poziomy i wywieziono poza miasto 27.000 m³ śmieci i przeróżnych odpadów budowlanych.

 

Czy mieliście sprzęt potrzebny do niwelacji terenu?

Było trudno cokolwiek załatwić. Gdy chodzi o tak zwane spychacze, to osobny i wielki problem. Straszono właścicieli, którzy nas wspomagali sprzętem, a nawet. Parafia na przekór władzom wynajmowała sprzęt do niwelacji terenu z prywatnych cegielni. Oczywiście, właściciele tych urządzeń mieli przykrości. Spychacze zabierali z powrotem. Sprawa stawała się coraz głośniejsza. Wreszcie zdenerwowany prezydent Ryszard Matysiakiewicz wydał pismo, zezwalające odpłatnie firmom państwowym użyczenie sprzętu, ale tylko wtedy, gdy będą wolne od zajęć firmowych i tylko po godzi­nach pracy. Oczywiście, dyrektorzy firm to zezwolenie tłumaczyli i rozumieli na korzyść parafii.

 

Problemem z pewnością okazały się gedezyjno-geologiczne pomiary działki? Przecież wówczas wszystko było problemem!

Firmy państwowe nie mogły z wiadomych ustrojowo względów dokonać pomiarów działki, tak geodezyjnych jak i geologicznych. Na terenie naszego województwa znaleźliśmy prywatą firmę z uprawnieniami państwowymi, która choć z pewnym lękiem, podjęła się wykonania tego zadania. Pracę tę wykonał inżynier geodeta Hermański. Za ten bezinteresowny dar ofiarowany powstającej nowej parafii, panu geodecie Hermańskiemu bardzo serdecznie dziękuję. Tym serdeczniej, ponieważ jak już wspomniałem, żadna państwowa firma nie chciała przyjąć tej pracy. Takie było nastawienie władz partyjnych wobec Kościoła. Pan Hermański w wyniku powyższych prac geodezyjnych napisał: „Teren pod budowę kościoła jest bardzo dobry. Kilkanaście metrów w głąb jest suchy ziarnisty piasek. Struktura geologiczna ziemi działkowej okazała się znakomitą pod ciężką zabudowę”.

 

Po rozwiązaniu tego problemu, pojawił się z pewnością nowy problem?

Tak, pojawił się nowy problem i to przez duże „P”. Na zachodniej stronie działki już wymierzonej i przez urząd geodezyjny zatwierdzonej, znajduje się duży transformator. Dzięki niemu cała dzielnica Aniołów oraz wschodnia część Częstochowy, zasilana jest w energię elektryczną. Z tego transformatora biegnie trójlinowa siła energii o mocy 15 tysięcy jednostek. Bez jej usunięcia budowa byłaby niemożliwa. Zakład Energetyczny w Częstochowie zaproponował przelokalizowanie budowy kościoła, gdyż nie widział możliwości przełożenia linii napowietrznej o tak dużej mocy na podziemną.

Nie dawałem za wygraną. Wiedziałem bowiem, że władze administracyjne nie zgodzą się na nową lokalizację kościoła. Udałem się więc do Państwowego Biura Energetycznego dla Polski Południowej w Nysie, do naczelnego dyrektora tejże firmy. Był piękny, słoneczny i gorący dzień. Byłem przekonany, że gdzieś w barze zjem śniadanie. Niestety, wszystkie bary pozamykane. Wakacje, urlopy i wczasy. Nawet trudno było o wodę mineralną, nie mówiąc już o coca-coli. Wreszcie znalazłem wspomniane biuro. U dyrektora naczelnego byłem o godzinie 10.00. Przedłożyłem mu pismo naszego Ordynariusza. Nagle telefon. Dyrektor odłożył słuchawkę i powiedział: „Dzwonią po mnie. Do widzenia!” W sekretariacie mówię dwom paniom, że nie załatwiłem sprawy. „Dzwoniono po dyrektora. Poszedł na zebranie” – odpowiedziały grzecznie. O której on wróci? – zapytałem. „Zawsze wraca około godziny 15.00. Więc czekam. Byłem bardzo głodny. Nie mogłem znaleźć nic do zjedzenia.

Nagle pojawił się samochód. Przyjechał pan dyrektor. Stanął jak wryty, gdy mnie zobaczył. „Ksiądz czeka?” Tak, odpowiadam. „Nie mogę wracać do mojej parafii bez załatwienia sprawy. Chodzę jak ten przysłowiowy dziad, żebrzę i szukam sprawiedliwości, i choćby odrobiny ludzkiej dobroci. Panie dyrektorze, Częstochowa nie może załatwić tej małej sprawy, Katowice nie mogą, Nysa nie może, więc została jeszcze Moskwa. Muszę się wybrać do Breżniewa. Panie dyrektorze, jest pan przecież ochrzczony i ja jestem ochrzczony. Jak my blisko siebie jesteśmy? Czy Pan tego nie czuje?”. Po chwili zastanawiania się, dyrektor poprosił o pismo, które napisał ks. biskup Stefan Bareła. Czytał długo, potem patrzył w okno i myślał. Wreszcie wziął do ręki pióro i napisał: „Pozwalam zrobić dokumentację. Wykonawstwo jest niemożliwe”. Odpowiedziałem z nutą przekory: „Dziękuję, po dalszą część pozwolenia przyjadę później. Do widzenia!”

Żadne przedsiębiorstwo nie mogło się podjąć przełożenia linii o tak dużej mocy na podziemną. Od władz częstochowskich uzyskałem jedynie recepturę na nowy, ciężki, opancerzony kabel podziemny. Pożegnano mnie uwagą, że takiego kabla nie dostanę, „bo i my, państwowe przedsiębiorstwa na takiego rodzaju kabel czekamy pięć lat”.

Pojechałem do Bytomia do fabryki „Polkabel”. W sekretariacie proszę młodą panienkę o skontaktowanie mnie z panem dyrektorem. Pyta mnie, o co chodzi. O mały kabelek, odpowiadam serdecznie. Pokazuję jej recepturę. Krzyknęła: „Jerunie, przecież to całe kablisko. Proszę księdza, ja tego nie załatwię. Ale proszę iść do pani Marii, piętro niżej, pokój nr 7. Maria ma dobre układy z dyrektorem, jeśli będzie mogła pomóc, to z pewnością pomoże”. Zapukałem do pokoju pani Marii. Wyszła ze mną na korytarz. „Proszę księdza, powiedziała, jestem katoliczką i ja nie mogę księdzu nic pomóc”. Chwilę się zastanawiała. „Już wiem! Żona szefa miała przedwczoraj imieniny. Kupię kwiaty i pobiegnę do dyrektora, przy okazji podam pismo księdza”. Po chwili wybiega uśmiechnięta. „Dyrektor podpisał. Dzwonię do Krakowa, do mojej koleżanki. Jerunie, ma ksiądz szczęście. Tego rodzaju kabel jest na taśmie produkcyjnej. Prosiłam, aby przedłużyła o 360 m. Koleżanka zgodziła się. Proszę być spokojnym. Za tydzień zadzwonię do księdza”. Kilka dni później kabel był na placu budowy. W częstochowskiej dyrekcji zdziwienie: „Jakie możliwości wykorzystał ksiądz, że już ma kabel na placu budowy?”

 

Mając już kabel, szukał Ksiądz Prałat wykonawcy...

Tak! Państwowe firmy nie podjęły się przełożenia kabla o tak dużej mocy. Należało przy tym wyłączyć energię elektryczną dla dzielnicy Aniołów. Objechałem moim „maluchem” wszystkie firmy od Łodzi aż do Bielska-Białej. Wreszcie znalazłem Spółdzielnię Ziemnych Robót dla Energii Wysokich Napięć w Tychach. Kierownik działu widział, że jestem bardzo zmęczony. Poczęstował mnie kawą i kanapką. Czytając jeszcze raz moje pismo, powiedział: „Wierzę w Boga, chodzę do kościoła, ja to muszę zrobić księdzu. Najwyżej mnie powieszą. Zresztą, będziemy wisieć obaj”, dodał z pewną ironią. Po dwóch miesiącach nastąpił moment przełączenia energii na nowy, poziemny kabel. Była niedziela. W kościele odpra­wiała się Msza św. Pracownicy rzekomo wyjechali do swoich domów. Pod mój mały domek przy ulicy Brzeźnickiej podjechał samochód, z którego wysiadł nieznany mężczyzna. Zapytał o moje nazwisko, a gdy się przedstawiłem, ostrzegł mnie stanowczo, abym nie ważył się przerzucenia energii elektrycznej na podziemny kabel. Gdy odjechał powiedziałem moim pracownikom: „Panowie jedni do transformatora, drudzy na słup. Ostrożnie by nie było wypadku”. Po 30 minutach dzielnica Aniołów już miała energię z nowego kabla. Dalszych trudności w tej materii nie było.

 

Mając już plac pod budowę przyszłego kościoła, należało go poświęcić?

W dniu 15 maja 1977 roku. odbyło się poświęcenie placu budowy kościoła parafialnego św. Wojciecha i pierwszego jedynego w tej części miasta krzyża. Na tę uroczystość przygotowano obszerne podium ołtarzowe z zadaszeniem. Przy ołtarzu ustawiono piękny krzyż wykonany z metalu i drzewa dwunastometrowej wysokości. W ceremonii wziął udział ks. biskup Franciszek Musiel, zaproszeni księża, 17 -tu neoprezbiterów, ministranci, młodzież oraz liczni mieszkańcy dzielnicy Tysiąclecia i miasta. Po uroczystościach poświęcenia krzyża i placu budowy przez ks. biskupa Franciszka Musiela, rozpoczęła się Msza św., w czasie której kazanie wygłosił rektor Wyższego Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, ks. prof. dr Miłosław Kołodziejczyk.

 

Kto wykonał dokumentację techniczną kościoła?

Niełatwym problemem było znalezienie dobrego i kompetentnego architekta. Częstochowscy architekci nie chcieli podjąć się tego zadania. Tłumaczyli się, że nie będą zdolni uchwycić właściwej sakralnej koncepcji. Inni, że na studiach uczono ich budowania mostów, hut, bloków i w tym kierunku nie są kompetentni. Jeszcze inni, że mają dobrą pracę w firmie i nie chcieliby popaść w konflikt z władzą.Zdolnego i kompetentnego architekta znalazłem aż w Krakowie. Był nim mgr inż. arch. Antoni Mazur. Kościół i plebania są zbudowane według jego koncepcji. Dokumentację budowy kościoła, wstępną i techniczną wykonał sumiennie i pilnie nadzorował przebieg całej budowy.

 

Kiedy rozpoczęliście budowę kościoła?

Początek kopania dołów pod fundamenty kościoła rozpoczął się dnia 8 marca 1978 roku. Na plac budowy kościoła przyszło około 180 mężczyzn i kobiet. Od tego czasu prace przy budowie szły dosyć sprawnie. Prawie każdego dnia w czynie społecznym przychodziło do pracy od 20 do 50 osób. Tak było przez cały czas budowy. Przy wykopach pracowała jedna mechaniczna koparka, rzadziej ładowarka. Do zalewania dołów fundamentowych ustawiono trzy duże betoniarki. Dużą część pracy wykonano przy pomocy tradycyjnej taczki i zwyczajnych łopat.

 

I znów stanął Ksiądz przed kolejnym problemem: Jak zdobyć materiał na budowę tak kościoła, jak i plebani?

Parafia nie otrzymała ani jednego zlecenia na drzewo, cement, żelazo zbrojeniowe, szkło, a tym bardziej na sprzęt mechaniczny. Bardzo trudno było kupić żwir budowlany, który oprócz cementu i desek – jest najważniejszym materiałem budowlanym. Takich materiałów szukałem po Gminnych Spółdzielniach, m.in. w Częstochowie, Kielcach, Bełchatowie, Tychach, Katowicach, Oleśnie i Lublińcu.

Na moją prośbę o zlecenie na drewno, dyrektor wydziału wyznań w urzędzie wojewódzkim w Częstochowie odpowiedział: „Ależ tak, otrzyma ksiądz zlecenie; jak się powiedziało «a» to trzeba powiedzieć teraz «b». Proszę napisać prośbę na drewno, a ja je wyślę z potwier­dzeniem do Katowic”. Po dwóch tygodniach pojechałem do Katowic po drewno. Elegancki pan zrobił niechętną minę i powiedział. Owszem takie pismo otrzymałem, ale z zastrzeżeniem – załatwić odmownie. Jak tu budować? I znowu Gminne Spółdzielnie jedyną nadzieją. Dyrektor wydziału ds. wyznań Jerzy Zalewski, na budowę kościoła nie dał ani jednego zlecenia na materiały budowlane.

 

Naprawdę, ani jednego?

Z Urzędu Wojewódzkiego, Wydziału do Spraw Wyznań, na moją prośbę otrzymałem niby jedno zlecenie na stal. Po dwóch tygodniach zapytałem, czy moja prośba zastanie spełniona. Dyrektor do Spraw Wyznań Jerzy Zalewski oświadczył, że pismo księdza zostało załatwione pozytywnie. Obecnie jest już w Katowicach w „Centrostalu”. W Katowicach, niejaki pan Tadeusz popatrzył na mnie z nieukrywanym żalem i oświadczył: „Prośba księdza została w Częstochowie załatwiona negatywnie. Centrostal katowicki nie może sprzedać dla parafii stali”.

W obliczu tylu trudności, nawet wielu księży częstochowskich, zwłaszcza proboszczów nie wierzyło, że wybuduję kościół. Dawali temu wyraz przy różnych okazjach, w czasie oficjalnych i towarzyskich spotkań. Ks. dziekan Władysław Gołąb na zebraniach księży dziekanów, w obecności ks. biskupa Stefana Bareły zwykł powtarzać: „Przecież ks. Biskup dobrze wie, że ks. Słomian kościoła nie wybuduje. Nie te czasy, po co robić problem!”

 

Proszę dla zobrazowania problemu, jak trudno było w tamtych czasach nabyć poszukiwany materiał budowlany, podać jakiś konkretny przykład!

Jak trudno było w tamtych czasach o materiały budowlane, niech zaświadczy następujący epizod. W barze za Przystajnią, w kierunku Olesna, pracowała moja siostrzenica - Zenobia Glajcar. Pewnego dnia, wieczorem pewna grupa mężczyzn goszcząc w tym barze, dość głośno dyskutowała na temat obrotu cegłą budowlaną. W pewnym momencie Zenobia usłyszała takie słowa: „Ja jestem dyrektorem cegielni w Rybniku. W tej chwili mógłbym sprzedać sto tysięcy, a nawet i więcej cegły. Niestety, w tym rejonie buduje się bardzo niewiele. Cegła leży na składzie i niszczeje”. Zenobia podeszła do dyrektora i powiedziała: „Proszę pana, mój kuzyn jest księdzem i buduje kościół w Częstochowie, i nie może nigdzie kupić cegły”. „Proszę pani - powiedział dyrektor, w tej chwili mogę rozmawiać z Urzędem Gminy i Gminną Spółdzielnią w sprawie transakcji i przeprowadzenia jej przez księgowość Urzędu Gminy w Przystajni. Proszę zawiadomić ks. Proboszcza w Częstochowie”. Ucieszyłem się bardzo z tej możliwości. Czwartego dnia przyszedł pierwszy wagon z cegłą, który przy pomocy moich wiernych szybko rozładowaliśmy i cegłę przewieźliśmy na plac kościelny. Niestety, za zgodę pośredniczenia w tej transakcji przez Urząd Gminy w Przystajni, siedem osób tam pracujących straciło pracę, w tym także moja krewna Zenobia. Dla mnie i moich parafian była to bardzo przykra sprawa. Smutek i ból ogarnął wszystkich moich wiernych.

Ks. biskup Franciszek Musiel wezwał mnie do siebie i dał mi takie polecenie. Niech ks. Józef dowie się, czy ci ludzie zwolnieni z pracy za sprawę pomocy w legalnej budowie kościoła mają na chleb. Pomożemy im przynajmniej symboliczną złotówką. Proszę ich ode mnie pozdrowić. W razie potrzeby pomożemy im. Ten przykład inwigilacji i zwalniania z pracy za chrześcijańską pomoc w potrzebie drugich, świadczy o rzeczywistym stosunku władz komunistycznych do Kościoła i jego materialnych potrzeb.

 

Kiedy rozpoczęto oficjalnie budowę kościoła? Czy towarzyszył temu entuzjazm ze strony wiernych?

Budowę kościoła oficjalnie i uroczyście rozpoczęto dnia 8 marca 1978 roku. Na ten dzień ogłosiliśmy kopanie dołów pod fundamenty i duże wgłębienie w ziemię pod stopy filarów dźwigających ciężar całej struktury kościoła dolnego i górnego. W ten piękny dzień, w godzinach popołudniowych, przyszło na miejsce budowy kościoła około 180 osób z łopatami. Gorliwość i entuzjazm pracy zachwycał nas wszystkich, szczególnie gapiów i tych, którzy wątpili w potrzebę kościoła św. Wojciecha. Z tego miejsca gdzie obecnie stoi kościół dolny, należało wybrać ziemię dużo głębiej od powierzeni zerowej. Tę ziemię trzeba było wywieźć po deskach do góry na zewnątrz. Praca ta była bardzo ciężka, wyczerpująca. Architekt Antoni Mazur obliczył masę ziemi, którą trzeba było wywieźć. Było to 27 tysięcy metrów sześciennych ziemi. Tę dużą pryzmę wysypiska miejskiego, trzeba nie tylko było usunąć, ale także wywieźć na miejsca przez Urząd Miejski wskazane.

 

Czy próbował Ksiądz jednak jakiś sprzęt budowlany wypożyczyć?

Oczywiście! Widząc ciężar tej pracy i coraz częstsze wzywania ambulansów pogotowia ratunkowego z powodu zasłabnięć, zwłaszcza osób starszych - napisałem pismo do prezydenta miasta, z prośbą o pomoc, w postaci ułatwienia użyczenia przez firmy państwowe ciężkiego sprzętu przy budowie kościoła.

Nieoczekiwanie szybko nadeszła odpowiedź Prezydenta miasta, którą zacytuję w całości: „Odpowiadając na prośbę Księdza Proboszcza zawartą w Jego piśmie z dnia 6 bm., w sprawie udzielenia pomocy w skierowaniu sprzętu ciężkiego na teren budowy kościoła w dzielnicy „Tysiąclecia”, uprzejmie informuję: Realizacja inwestycji, o której mowa, odbywa się na podstawie formalnego zezwolenia z roku 1976, udzielonego przez odpowiednie władze. W tej zatem sytuacji Parafia, jako inwestor, może i powinna zamówienie na wykonanie robót niwelacyjnych ciężkim sprzętem składać bezpośrednio do jednostek wyspecjalizowanych i takim sprzętem dysponujących. Jest przy tym rzeczą oczywistą, że przyjęcie zlecenia Parafii na wykonanie omawianych robót mogłoby nastąpić jedynie przez taką jednostkę, która posiadając całkowite zabezpieczenie swoich planowych zadań podstawowych, dysponowałaby okresowo pewnymi rezerwami w obłożeniu sprzętu ciężkiego, prace zaś wykonywane byłyby na zasadzie bezpośredniej i formalnej umowy oraz odpłatnie na podstawie faktury wystawionej przez przedsiębiorstwo w obowiązujących dla tego rodzaju usług cenników”.

W związku z pismem Prezydenta Miasta Częstochowy udałem się do tak zwanej „Przemysłówki”, aby poprosić o ewentualną pomoc, w postaci wynajmu sprzętu mechanicznego nieodzownie potrzebnego do wykonania trudnych zadań przy budowie kościoła. Dyrekcja „Przemysłówki”, czyli Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego, odniosła się do mojej prośby bardzo życzliwie. Za tę postawę godną szacunku, całej administracji z panem dyrektorem Sową na czele - składam w tym miejscu serdeczne wyrazy podziękowania.

Prawie nazajutrz o godzinie 15.00 na plac budowy przyjechały dwa ciężkie samochody, potrzebne do wywiezienia ziemi z wykopu oraz ciężka ładowarka mechaniczna. Było to wielką ulgą dla naszych, już zmęczonych ciężkim wysiłkiem, pracujących łopatami ludzi. Muszę z szczerze przyznać, że „Przemysłówce” częstochowskiej dużo zawdzięczam.

 

Praca przy budowie nowej świątyni szła na tyle dobrze, że jeszcze tego samego roku, na Boże Narodzenie można było odprawić Pasterkę w tzw. dolnym kościele!

Tak! Pierwsza łopata ziemi rzucona została dnia 8 marca 1978 roku. Moim marzeniem było, aby w dolnym kościele, choć będzie jeszcze w stanie surowym, można było odprawić Bożonarodzeniowe Msze św., łącznie z tzw. Pasterką. Cieśle energicznie pracowali nad wykonaniem stropu kościoła dolnego. Robili szalunki na zbrojenie i zalewanie betonem. Inżynier Cyran z Krakowa pracował nad statyką konstrukcji, rysował skomplikowane plany całego kościoła górnego. Utalentowany geodeta mgr Janusz Sierosławski pracował z wyprzedzeniem nad posadowieniem kościoła górnego, na sklepieniu kościoła dolnego. Dyrekcja częstochowskiej „Przemysłówki” życzliwie przypatrywała się postępom budowy. Byli chyba pewni, że zwrócę się do nich z prośbą o pomoc. Tak się też stało! Na moją prośbę „Przemysłówka” odpowiedziała z prawdziwą kulturą. W dniu 16 października, w sobotę, od godziny 15,00 samochody – betoniarki woziły gotowy, płynny beton i mechaniczną pompą przetaczały do wszystkich filarów i na całe sklepienie kościoła dolnego. Prace trwały od godz. 15,00 do 24,00. Wielka sprawa została załatwiona. Węzeł gordyjski został szczęśliwie rozwiązany. Bogu niech będą dzięki! Serdeczne dzięki także składam dyrekcji „Przemysłówki” i kierowcom pojazdów z betoniarkami i wszystkim innym pracownikom, którzy według receptury przygotowali i przygotowane szalunki nim zalali. Na Boże Narodzenie tegoż samego roku już była w dolnym kościele odprawiona Pasterka. Kościół dolny budowano jeden sezon. Było to przykładne tempo budowy.

 

Mówił ks. Prałat o utrudnieniach w budowie kościoła, wynikających ze złośliwości władz komunistycznych. Przecież częstochowianie pamiętają inne, bardzo trudne sytuacje, związane z tzw. tunelem jasnogórskim. Jakie rodzą się w Księdzu refleksje, gdy wspomina tę historię?

Prawie równocześnie z budową kościoła św. Wojciecha, zarząd miasta wpadł na nieciekawy pomysł. Polegał on na tym, by dzisiejszą Aleję Najświętszej Marii Panny połączyć tunelem podziemnym z ulicą Sienkiewicza w kierunku Jasnej Góry. Tunel miał być szeroki tylko na 10 metrów. Ta propozycja i rozpoczęte już wykopy wywołały gorącą dyskusję i zdecydowany opór mieszkańców miasta i duchowieństwa. Tunel tej szerokości byłby zupełnym odcięciem miasta od Jasnej Góry. Ile godzin musiałaby przechodzić przez taki tunel masa ludzi licząca 100 czy 300 tysięcy. Wierni na miejsce kopanego już tunelu przychodzili bardzo licznie, aby się modlić o odwrócenie takiej przykrej decyzji.

Kuria Diecezjalna, poprosiła mnie, abym ze swoimi parafianami również przyszedł, by wzmocnić ducha modlitwy. Jedna informacja wystarczyła, by zebrał się wielki tłum, gotowy do obrony łączności miasta z Jasną Górą. Ostatecznie pomysł komunistów nie został zrealizowany. Ja osobiście, odpowiedzialny za taką pielgrzymkę, miałem wielkie przykrości. Przykre miałem w tej spra­wie telefony. Nazajutrz byłem pilnie wezwany do prezydenta miasta i musiałem wysłuchać wielkie oskarżające mnie przemówienie ideologiczne. W pielgrzymce tej brał udział razem ze mną Ks. Biskup Stefan Bareła. Próba oddzielenia miasta od Jasnej Góry nie powiodła się.

 

Przybyłem do parafii św. Wojciecha jako wikariusz w lipcu 1980 roku. Było nas sześciu wikariuszy. Początkowo, wraz z ks. Janem Zdulskim zajmowałem mieszkanie na plebani św. Jakuba. Już w tym czasie kościół dolny funkcjonował znakomicie. Było w nim w każdą niedzielę odprawianych dziewięć Mszy św. Nadto, w kaplicy przy ul. Gen. Zajączka nr 13 – pięć Mszy św. Pracy było bardzo wiele. Pamiętam początek roku szkolnego 1980/81. Ks. Proboszcz oddał do użytku osiem sal katechetycznych, mieszczących się w nowopowstałej plebani. Dzieci i młodzieży katechizowanych było pięć tysięcy, tak że sale „pracowały” przez 12 godzin dziennie. Uczono także w dwóch salach katechetycznych, znajdujących się przy ul. Pleszyniaka. Wszystkich nas katechizujących było dwunastu.

Ale wśród tych dwunastu katechetów był ksiądz o nazwisku Jasionek, który doskonale sobie radził z planowaniem katechezy w parafii. Nie było więc problemu pomieszczenia uczniów w salach, ani niemiłych niespodzianek, że np. przyszła jakaś klasa na katechezę i nie miała się gdzie podziać. To była wielka i odpowiedzialna praca ze strony Księdza i dlatego z wdzięcznością ją wspominam.

 

Codzienne dojeżdżanie z parafii św. Jakuba do kościoła i na katechezę utrudniało mi pracę. Postanowiłem więc, że wprowadzę się do niewykończonej jeszcze plebani, aby być bliżej duszpasterskich problemów i ks. Proboszcza.

Z podziwem i niedowierzaniem przyjąłem propozycję Księdza, że chce zamieszkać w niedokończonej budowli, ale ją zaakceptowałem. Wprawdzie jedno mieszkanie było już gotowe, ale przecież klatka schodowa nie była jeszcze otoczona murem. Nie było także schodów, którymi mógłby Ksiądz swobodnie wejść do swego mieszkania, znajdującego się na drugim piętrze.

 

Do mieszkania wjeżdżałem windą towarową!

No tak, ale w budynku takim było niebezpiecznie mieszkać, wziąwszy pod uwagę fakt, że był on łatwo dostępny dla złodziei. Nie chciałem Księdzu o tym mówić by Księdza nie martwić, ale takie sytuacje się zdarzały.

 

Księże Proboszczu, gdy widziałem jak Ksiądz mieszka w tej nędznej chałupinie, to wydawało mi się, że moja sytuacja mieszkaniowa jest i tak nazbyt luksusowa.

Miałem tylko jeden pokoik na poddaszu do swojej osobistej dyspozycji. Na parterze była kuchnia, łazienka i pokój jadalny, w którym jak Ksiądz wie, było także moje biuro i składzik najpotrzebniejszych materiałów duszpasterskich. Kuchnia była także pomieszczeniem mieszkalnym dla gospodyni Weroniki. Proszę nie zapominać, że domek był usytuowany w pobliżu wysypiska śmieci, a wszelkie wysypiska śmieci są siedliskiem szczurów. Często wspominam moje z nimi spotkania.

Moje wieczory były bardzo długie. Osobiście prowadziłem księgowość. Spać kładłem się około północy. Zanim się położyłem kontrolowałem cały strych, aby uwolnić się od niespodziewanego i bardzo przykrego gościa. Pewnego dnia wchodzę do łazienki i widzę, że w miednicy kąpie się szczur. Nie umiał się z tej śliskiej miednicy wygramolić. Raz, będąc w łazience miałem taki przypadek, że szczur rzucił się na mnie, a gdy go chciałem unieszkodliwić jego ataki powtarzały się ze cztery razy. Wreszcie strąciłem go na ziemię. Bojąc się, że mnie pokaleczy, szybko opuściłem pomieszczenie.

Jeszcze inne zdarzenie. Dwie rodziny niemieckie, wracając z Jasnej Góry, zatrzymały się przy naszej budowie. Obejrzały budujący się kościół, poprosiły o kilka informacji, dotyczących zezwoleń na budownictwo sakralne i odjeżdżając zostawiły mi podarunek w postaci sześciu pięknych, białych koszul. Prezent ten przyniosłem do kuchni i umieściłem na półce w małej, kuchennej szafce. Wieczorem przyjechał do mnie ks. biskup Franciszek Musiel i przywiózł mi w kopercie pewną kwotę pieniędzy na kościół, które schowałem pod nowe koszule. Rano wstaję, podchodzę do szafki, aby zobaczyć darowane mi koszule i co widzę? Z koszul... sieczka, pieniędzy szczury nie dotknęły. Pomyślałem sobie, że nawet szczury wiedzą, co jest bardziej proboszczowi potrzebne...

 

Aby rozpocząć budowę kościoła górnego, koniecznym było zakupienie odpowiedniej ilości stali profilowanej i pomyśleć o całej strukturze dachowej w formie składających się trójkątów, stosownie do obliczeń, wynikających z projektu architektonicznego. Według obliczeń pana inżyniera Cyrana, by zrealizować projekt konstrukcyjny kościoła górnego potrzebne było czterysta ton stali.

Zwracałem się ze dwa razy do władz wojewódzkich z prośbą o przyznanie możliwości kupna stali profilowej, czyli grubej na więźbę dachową, w ilości 400 ton. W urzędzie pouczono mnie, że ta prośba jest nie do zrealizowania. Jest tylko jedno wyjście, przeprojektować kościół, albo zaniechać budowy kościoła górnego. Oczywisty absurd!

Wybrałem się więc do ministerstwa budownictwa w Warszawie. W sekretariacie urzędujące dwie panie, prosiłem o skontaktowanie mnie z panem ministrem. Pokazałem tym paniom pismo ks. biskupa Bareły i prośbę parafii z moim podpisem. Dobre i życzliwe całej sprawie poprosiły pana Głowackiego, dyrektora departamentu budownictwa, jako pośrednika, który mógłby mnie umówić, na odpowiednią godzinę, na spotkanie z ministrem. Po pewnej chwili wraca pan dyrektor z oświadczeniem: „Ksiądz ma rzeczywiście szczęście! O godzinie 14.00 minister Andrzej Sikorski będzie mógł przyjąć księdza”.

Moja prośba była dla ministra bardzo kłopotliwa. Jednak chciał pomóc. Wykręcił kilka telefonów. Bez skutku. „Trudna ta prośba księdza”. Po dłuższej chwili zastanawiania się powiedział: „Już jutro proszę pojechać do Zabrza, do głównej centrali stali ciężkiej. W Zabrzu proszę rozmawiać z samym dyrektorem. Na mnie można się powołać”. Dyrektor centrali stali ciężkiej był wspaniałym człowiekiem. Już o wszystkim wiedział. „Ciężko jest o stal, powiedział, ponieważ naszą stal wywozimy do Moskwy, na obiekty olimpijskie. Proszę jak najszybciej przywieźć pełną dokumentację. Nasza centrala ma swoją filię przy Hucie Częstochowa. Stal swoimi pocią­gami przerzucę do Częstochowy, razem z poświadczoną przeze mnie dokumentacją. Ta filia zmontuje całą strukturę stalowej części górnego kościoła”. Wierzyłem, że to było działanie łaski Bożej.

Konstrukcję wykonano prędzej niż się spodziewałem. Przywieziono ją bezpiecznie na plac budowy kościoła. Bez tej pomocy, którą zaproponował wspomniany dyrektor z Zabrza, wykonanie stalowej konstrukcji byłoby niemożliwe. Każda belka stalowa cięta piłą mechaniczną, podnoszona, przymierzana jak również spawana do innej belki, była wykonywana przy pomocy dźwigu. Trójkątne elementy dachowe były bardzo ciężkie. Jeden taki trójkąt wyżył 12 ton.

 

A co z montażem?

Żadna firma nie mogła się podjąć montażu konstrukcji o tak skomplikowanej budowie bez zgody władz państwowych, a te zazwyczaj odmawiały takiej zgody. Po naleganiach z mojej strony, pozwolenia udzielono przedsiębiorstwu „Montostal”. Za wykonanie zlecenia zażądano około 11 milionów złotych. Suma była bardzo wysoka, ale należało jak najszybciej ustawić konstrukcję, ponieważ ulegała ona korozji. Podpisano, więc umowę z P.B.M.H.2 – Oddział w Częstochowie. Przedsiębiorstwo zobowiązało się w niej wykonać montaż konstrukcji stalowej hali kościelnej do końca lutego 1980 roku.

Jednak władze Częstochowy wycofały w ramach represji wcześniejsze zezwolenie. W związku z tym przedsiębiorstwo musiało wycofało się z umowy, oświadczając, że takie ma polecenie. Kuria Diecezjalna w imie­niu parafii próbowała interweniować, przedkładając swoje prośby w różnych instytucjach, na różnych szczeblach władzy, m.in. u wiceministra budownictwa. Zwłoka w robotach powodowała korozję stalowej konstrukcji. Dalsze niepodejmowanie prac, groziło jej całkowitą dewastacją.

Wreszcie, w dniu 24 czerwca 1980 roku, doszło do podpisania nowej umowy, pomiędzy parafią a P.B.M.H.2 w Częstochowie. Koszt dostawy konstrukcji i jej montażu opiewał podobnie jak poprzednio na około 11 milionów złotych. Z tego czwarta część miała być wypłacona w dolarach. Te drakońskie warunki przyjęto. Parafia nie posiadała jednak 65 tysięcy dolarów. Chcąc zdobyć tę kwotę zwróciłem się za pośrednictwem naszego tygodnika katolickiego „Niedziela” do Polonii amerykańskiej o ofiarność na cel budowy kościoła. Niestety, żadnego datku nie otrzymałem, a przedsiębior­stwo w końcu przyjęło zapłatę w złotówkach.

 

O ile pamiętam, problemy z montażem nadal pozostały, gdyż potrzebne były do jego wykonania specjalne dźwigi, a Częstochowa takich dźwigów nie miała!

Rzeczywiście, Częstochowa takich dźwigów nie posiadała. Znowu trzeba było jechać do Warszawy, do innego już ministerstwa. Trafiłem na dobrego ministra, który okazał wielką życzliwość wobec budującego się kościoła. Nie pamiętam już jego nazwiska.

Przed przyjazdem dźwigu specjalny pilot musiał zbadać drogę, mosty i utwardzony dojazd do obiektu, który miał być podniesiony. Marka tego dźwigu była następująca: „D – Mag, H.C.500 – Warszawa”. Drugi dźwig, słabszej nieco konstrukcji wypożyczony był z wojewódzkich przedsiębiorstw.

Rozpoczął się montaż. Wielu ciekawskich zgromadziło się przy obiekcie. I w tym miejscu stał się wypadek. Bardzo groźny, niebezpieczny, ale dzięki Bogu - szczęśliwie, wprost cudownie zakończony. Gdy dwie pierwsze ramy stalowej konstrukcji, każda po 12 ton ciężaru zostały podniesione do samego szczytu i połączone na kształt złożonych rąk do modlitwy - wtedy mechanik skręcał te dwa trójkąty grubymi śrubami, w ilości ponad 20 sztuk. Po skończeniu swej pracy pracownik zszedł na dół, a inżynier, który był odpowiedzialny za pracę dźwigu, zawołał żeby wszyscy uważali, gdyż będą powoli zwalniane liny, które utrzymywały jeszcze dwa podniesione trójkąty. Nagle dało się słyszeć ogromny trzask. Wszystkie śruby zostały ścięte najcięższym elementem ramy konstrukcyjnej. Kawałki śrub, w liczbie 18 sztuk, każdy ważący ponad pół kilograma, spadły z wysokości czterdziestu metrów między, stojących w grupie, mężczyzn. Te lecące z góry fragmenty śrub mogły nas wszystkich zabić. Tymczasem nikt nie został zabity, ani zraniony. Łaska Boża. Wszyscy zbledliśmy. Całą noc inżynierowie i ja analizowaliśmy zaistniałą sytuację. Wykryliśmy błąd techniczny. Każda większa długość ma swój punkt przełomu. Likwiduje go przyspawana długa stalowa belka. O tym zapomniano. Nie ma skutku bez przyczyny.

 

Dalsze problemy to...

zmartwienia o materiały do zagospodarowania poszczególnych pól trójkątów, już podniesionych i pospawanych. Chodzi o stalo­we belki poprzeczne, szalunki od wewnątrz kościoła, łącznie z pełnym uzbrojeniem i zalaniem betonem. Na te cele potrzebna była ogromna ilość stali, desek i rusztowań. I znowu przykre podróże po całym województwie. Nie do wiary, żebym ja zwykły, umęczony tym wszystkim proboszcz, mógł codziennie przejechać sto lub więcej kilometrów, aby kupić taki czy inny materiał na budowę. W tym zakresie trosk nikt mi nie dopomógł. Czułem się bardzo osamotniony, często przykro rozliczanym przez władze miejscowego urzędu. Przecież to był najtrudniejszy okres walki z Kościołem. Wielu księży nie wierzyło, że uda mi się ukończyć budowę kościoła i plebani.

Poważnym problemem była również budowa wieży. Wielkim wysiłkiem było stawianie rusztowań i po­dawanie na tę wysokość /65m/ betonu, łącznie z dużym metalowym krzyżem.

Następne trudności to starania o blachę miedzianą. Trudności te to nie tylko sprawa pieniędzy, ale urzędowe formalności. Ile podań i próśb, ile upokorzeń, ile negatywnych pism, że to niemożliwe, po co taki drogi kościół. Wszak macie katedrę i Jasną Górę. Jak można było się pokusić na tak drogą budowę, itd. Odpowiedź na moje podanie z prośbą o przydzielenie potrzebnej ilości blachy była zdecydowanie negatywna.

Znowu udałem się do Warszawy do właściwego ministerstwa o przydział szlachetnych materiałów budowlanych. W odpowiedzi skierowano mnie do Imielina. Proszę tam jechać i na nas się powołać. Imielin sprzedał mi tyle blachy miedzianej, ile potrzeba było na pokrycie całego kościoła górnego, plebani i przewiązki łączącej kościół z plebanią.

 

Świątynia, w miarę upływu czasu, coraz bardziej zaczęła się wznosić ponad fundamenty.

Przez rok 1981 zrobiono oszalowanie, uzbrojenie konstrukcji, obetonowanie i 50% okien kościoła górnego, instalację kościoła dolnego, zaszalowanie i zabezpieczenie bocznej kaplicy od strony zachodniej. Podłączono instalację grzewczą i docelowe schody kościoła dolnego.

Budowa kościoła, plebani i salek katechetycznych trwała do 1985 roku. Coraz mniej było kłopotów z załatwieniem materia­łów budowlanych. W budowie nikt z władz miasta nie przeszkadzał.

Jak już wspomniałem kościół wybudowano według projektu mgr. inż. arch. Antoniego Mazura. Przy kształtowaniu bryły, posługiwał się ekspresyjnie poruszanymi trójkątnymi formami, które mijając się tworzą od strony północnej i południowej inicjały M (Maria) i A (Adalbertus, czyli Wojciech). Pozwalają one jednocześnie rozwiązać problem oświetlenia wnętrza. Kościół jest dwupoziomowy.

 

Bardzo ważnym wydarzeniem w życiu parafii była konsekracja kościoła św. Wojciecha. Jak ks. Prałat tę uroczystość wspomina?

Konsekracja kościoła św. Wojciecha miała miejsce 20 października 1985 roku. Dokonał jej w imieniu Jana Pawła II wysłannik papieski arcybiskup Luigi Poggi wraz z ordynariuszem diecezji ks. biskupem Stanisławem Nowakiem. Obecny był także ks. biskup Franciszek Musiel. Na uroczystość stawili się bardzo licznie parafianie oraz mieszkańcy Częstochowy, szczególnie dzielnicy Tysiąclecia, wypełniając szczelnie ogromną świątynię.

Ks. Biskup Ordynariusz w swym powitaniu, podziękował wiernym i mnie jako proboszczowi parafii za trud związany z budowaniem świątyni. Podkreślił także, że arcybiskup Luigi Poggi swoimi staraniami przyczynił się wielce do otrzymania przez parafię zezwolenia na budowę świątyni. Odczytał także okolicznościowy telegram, który nadesłał Ojciec św. Jan Paweł II. Zawierał on słowa podziękowania za wybudowanie nowej świątyni i błogosławieństwo apostolskie dla ludzi i miejsca, w którym się zebrali. Papież dał parafii drogocenny dar, kielich, który był jednocześnie znakiem duchowej obecności ofiarodawcy na uroczystości i pamięci o niej. Homilię w języku polskim wygłosił arcybiskup Poggi, stwierdzając że księża i ludzie świeccy nie tylko bronili swych niezbywalnych praw, aby mieć prawdziwą świątynię, lecz przyczynili się ofiarnie do jej budowy. Udział w niej przynosi każdemu wielki zaszczyt.

Po homilii nastąpiła główna część uroczystości, sama konsekracja, z modlitwą konsekracyjną, z namaszczeniem ołtarza, murów i głębokim w swej wymowie okadzeniem. W uroczystości brał udział chór pod batutą prof. Antoniego Szuniewicza i organisty Jana Wilka.

Szczerze przyznaję, że wierni parafii św. Wojciecha ogromnie głęboko i serdecznie zaangażowali się w budowę swej świątyni. To właśnie oni narzucili tempo budowy, która trwała jedynie 7 lat.

Tej budowie myślą i całym sercem towarzyszył Ojciec święty Jan Paweł II. Jeszcze będąc arcypasterzem Kościoła krakowskiego, podkreślił w naszej katedrze mocno swój głęboki żal, że Kraków – Mistrzejowice i Częstochowa – Tysiąclecie, przeżywają ten sam przykry scenariusz walki z Kościołem. Władze komunistyczne nie tyle utrudniają, ile wprost zwalczają wszelkie formy organizacji parafii, a tym bardziej budowy kościołów w tych dużych osiedlach.

Podczas pierwszego przyjazdu Papieża do Polski, w programie tej pielgrzymki było także odwiedzenie początków budowy naszego kościoła. W tym celu przyjechali do Polski dwaj delegaci papiescy, aby obejrzeć teren i ewentualnie przygotować go na przyjęcie Papieża. Delegatami byli: księża prałaci: Józef Kowalczyk i Janusz Bolonek.

Władze państwowe w ostatniej chwili zanegowały program odwiedzenia dzielnicy Tysiąclecia. Mimo to jednak Ojciec święty bardzo serdecznie interesował się budową naszego kościoła. O postępy tej budowy często pytał swoich delegatów, bądź przedstawicieli Watykanu, a także Arcypasterza naszej diecezji.

 

W parafii św. Wojciecha odbywało się wiele imprez artystycznych o charakterze chrześcijańskim. Szczególnie w stanie wojennym, imprezy te były przez społeczeństwo naszego miasta mile odbierane. Tak się złożyło, że mój wikariacki pobyt w parafii św. Wojciecha przypadł na te trudne, nie tylko dla parafii, ale całej ojczyzny, lata. Pamiętam doskonale spotkania z artystami tej klasy co: Ewa Skarżanka, Halina Mikołajska, Anna Nehrebecka, Maja Komorowska, Krzysztof Zanussi, Andrzej Wajda, Mieczysław Voit, Jacek Fedorowicz, Piotr Szczepanik, Stanisław Sojka, itd.

Nasze starsze pokolenie, dobrze pamięta przykry stan wojenny, przykry dla każdego osobiście, jak również dla naszego narodu. Wszystkie środki społecznego przekazu zostały zawieszone. Życie towarzyskie, w eterze, w prasie, w wydawnictwach - zamarło. Paliwo do samochodów, węgiel, drzewo opałowe i inne materiały tego rodzaju reglamentowano. Teatry, kina, lokale rozrywkowe również zostały czasowo zamknięte. Wszystkie państwowe zakłady pracy zostały zmilitaryzowane. Osoby znaczące, wpływowe na opinie społeczne zostały internowane. Był wzmożony system policyjny. Pełna inwigilacja społeczeństwa.

Kościół stosownie do swego powołania spieszył ludziom z pomocą duszpasterską, ale także i żywnościową. Ileż to żywności i ubrań zostało rozdzielone między najbardziej potrzebujących. Nasza parafia stanęła na wysokości zadania. Codziennie rozdzielaliśmy między potrzebujących duże ilości żywności i ubrań. W tej akcji wspierali mnie najwydatniej: Halina i Zenon Świerzy, Krystyna Wolańska, Irena i Ignacy Pyzikowie, Sabina Nabiałek, Bogumiła Kuban, Mieczysława Smaga, Mieczysława Dąbrowska, Maria Żukiewicz i inni.

Sfery inteligenckie takie jak: artyści, muzycy, naukowo pracujący, pisarze, dziennikarze, politycy, masowo wyjeżdżali na teren kraju, by w kościołach zorganizować jakiś występ teatralny, głosić prelekcje na tematy historycz­ne, społeczne, literackie, moralne itd. W ten sposób zwolnieni z pracy pragnęli poprawić sobie egzystencjalne położenie. Za każdą symboliczną złotówkę byli bardzo wdzięczni.

Społecznikiem tej pięknej sprawy był ks. Marian Duda, były mój współpracownik, obecnie profesor teologii pastoralnej w Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie. To on nie tylko zapraszał, ale tą sferą ludzi kompetentnych kierował i cieszył się, że w ten sposób może im pomóc, a wiernych poszczególnych parafii ubogacić ich wiedzą i artystycznym kunsztem. Pragnę podziękować mu za tę owocną pracę i współ­pracę, zachowując go w mojej dobrej pamięci. Te tygodnie spotkań z polską inteligencją nazywaliśmy Tygodniami Kultury.

Ks. Marian Duda, jako duszpasterz akademicki rozwinął także przy parafii św. Wojciecha centralny ośrodek duszpasterstwa akademickiego, który podejmował wiele znakomitych działań. Dzięki jego charyzmatowi, parafia znacząco wpływała na kulturalny rozwój i doskonalenie religijno-moralne laikatu częstochowskiego.

Również dzięki jego inicjatywie zostało urządzone w pomieszczeniach parafialnych studio katolickiego radia „Fiat”, które z tego miejsca promieniowało przez swe audycje i programy ewangelizacyjne niemal na całą archidiecezję.

        

Dzielnica Tysiąclecia w latach 1980 - 1995 rozrastała się i urosła jakby w nowe miasto. Powstawały nowe bloki, przybywało wiernych do tego stopnia, że jeden kościół św. Wojciecha nie mógłby spełnić swego posłannictwa duszpasterskiego. Już ks. biskup dr Stefan Bareła, a później ks. biskup dr Stanisław Nowak planowali powołać do życia nowe parafie.

Pierwszy parafią, która powstała z części parafii św. Wojciecha - to parafia św. Jadwigi Królowej. Parafia ta przez 12 lat była, można by tak rzec, pierwotną parafią św. Wojciecha. W roku 1982, kiedy Tysiąclecie wybudowało już kościół dolny, osobiście prosiłem Ks. Biskupa Ordynariusza częstochowskiego Stefana Barełę, że już nadszedł czas, by tę część dzielnicy usamodziel­nić i powołać do życia nową parafię. Tę myśl ks. biskup Bareła przyjął bardzo życzliwie i w dniu 1 kwietnia 1982 roku utworzył nową parafię pod wezwaniem św. Jadwigi Kró­lowej. Pierwszym proboszczem tej parafii był i do dzisiaj jest ksiądz Jan Niezgoda. Parafia ta pięknie i ofiarnie przysłużyła się historii Kościoła i diecezji. Wierni tej parafii heroicznie bronili punktu katechetycznego przed jego wyburzeniem. Władze miasta widząc zdecydowany opór wiernych zgodziły się na przeniesienie punktu katechetycznego na ulicę Gen. Zajączka nr 13. Oprócz działalności katechetycznej, punkt ten służył całemu duszpasterstwu parafialnemu aż do wybudowania własnego kościoła.

Drugą parafią powstałą z parafii św. Wojciecha była parafia św. Maksymiliana, która istniała od 14 maja 1982 roku jako wikariat terenowy, by stać się pełnoprawną placówką duszpasterską 12 marca 1987 roku.

 

Jak zrodziła się w Księdzu myśl oddzielenia od parafii św. Wojciecha tej części dzielnicy, która stała się początkowo wikariatem terenowym, a następnie pełnoprawną parafią św. Maksymiliana?

Odbywając wizytę kolędową w 1982 roku, zauważyłem, że dzielnica Tysiąclecia powiększa się w kierunku północnym. Są nowe bloki. Patrząc na nie z okien dziesiątego piętra bloku przy alei Wyzwolenia – pomyślałem, że wśród tych nowych, zasiedlanych bloków powinien stanąć kościół dla nowej parafii. Ta myśl już mnie nie opuszczała. Zgłosiłem się do biura naczelnego architekta miejskiego, odpowiedzialnego za zagospodarowanie terenów pod budownictwo mieszkaniowe całej dzielnicy Tysiąclecie-Północ. Naczelnym architektem była pani mgr arch. Lemańska. Nie znałem tej pani osobiście. W biurze przedstawiłem się kim jestem. Powiedziałem do niej, że znam ją z opinii miasta jako zdolnego architekta i zapytałem, czy mogłaby zaprojektować większy dom z jednym piętrem. „Jaki dom?” - zapytała pani architekt. „Proszę pani – odpowiadam - zna pani dobrze Tysiąclecie-Północ. Na tym młodym osiedlu jest dużo dzieci. Nie ma tu żadnego «przytuliska», aby te dzieci uczyły się miłości, posłuszeństwa i wiary ojców naszych. Konkretnie, chodzi mi o dom katechetyczny”. Pani architekt chwilę się zastanowiła, a następnie spojrzała w okno i powiedziała: „Proszę przynieść gabaryty w odpowiedniej skali. Spróbuję! A gdzie jakaś działka pod ten dom?”. Z nieukrywaną serdecznością odpowiedziałem: „To ja proszę panią Naczelnik, jako gospodarza Tysiąclecia o ustalenie działki, która mogłaby być zaczątkiem nowej historii”. Oboje spojrzeliśmy na ścianę. Były na niej wyrysowane krateczkami wszystkie bloki z naniesieniem ulic. Pokazuję palcem i mówię: „ulica Kosmowskiej, Starzyńskiego... o, tu proszę pani. Tu w centrum osiedla byłoby najlepsze miejsce na ośrodek nauczania dzieci”. „Dobrze, odpowiedziała pani Naczelnik, te dwie krateczki oznaczające bloki, przeniosę na tę ulicę, a tu wymierzę działkę pod punkt katechetyczny i na przyszły kościół. Mam dobre układy z prezydentem miasta. Postaram się w ciągu trzech dni uprawomocnić tę działkę, aby nikt już nie przeszkadzał w tej sprawie”. W ciągu siedmiu dni już miałem dokument urzędowy posiadania działki na punkt katechetyczny i w przyszłości na kościół.

Ks. biskupowi ordynariuszowi Stefanowi Barele zgłosiłem ten niewątpliwy sukces. Ordynariusz ze zdziwieniem zapytał, jak ty to zrobiłeś? Dzięki tej działce powstanie nowa parafia. Zapytałem: „Księże Biskupie, czy ks. Stanisław Jasionek, mój dobry i odpowiedzialny wikariusz i prefekt, może czynić starania o budowę punktu nauczania wiary i organizowanie nowej parafii?” „Jak najbardziej, odpowiedział Biskup. Aprobuję!”

 

 Ks. Biskup ordynariusz osobiście mnie o tym poinformował, a było to w dniu 8 grudnia 1983 roku. Prosił nadto, abym przeprowadził rozmowę z ks. proboszczem Józefem Słomianem i omówił sposoby szybkiego wejścia w teren nowego osiedla „C”, gdzie miał stanąć punkt katechetyczny. Czy Ksiądz pamięta jak poprowadził mnie do swojego pokoju, wyjął gotowy już projekt architektoniczny domu katechetycznego i powiedział: „Kolego, zaczynamy nową historię. Biskup powołał wikariat terenowy p.w. św. Maksymiliana Kolbe. Pomogę ci we wszystkim. Tylko, głowa do góry!”

Tak, tylko że tę działkę, choć była już zalegalizowana, chciano nam siłą odebrać. Od chwili zatwierdzenia, specjalny stróż jej pilnował i kogokolwiek widział poruszającego się po niej przeganiał, dzwoniąc po milicję.

Pamięta ksiądz Stanisław, jak poszliśmy na spacer na nowe osiedle. Chciałem Księdzu pokazać już naszą działkę. Zobaczył nas stróż i zaczął tak potwornie krzyczeć, wyzywać i przeklinać. Próbował nawet w naszą stronę rzucać kamieniami. Wezwał także milicję. Gdy wracaliśmy ze spaceru, jechał wóz milicyjny w kierunku tej działki.

 

O tę działkę musieliśmy walczyć!

Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady! Kilka dni po naszym spacerze otrzymałem wezwanie do biura spółdzielni „Tysiąclecie – Północ”. W biurze było już trzech panów, przedstawiciel kombinatu budowlanego, pani naczelnik Lemańska, bardzo trudna w rozmowach pani z zarządu spółdzielni i ja, jako proboszcz parafii św. Wojciecha. Ton rozmowy był wręcz egzekucyjny. Pierwsze pytanie brzmiało: „Jakim prawem ksiądz wszedł do dzielnicy Północ?”. Odpowiedziałem natychmiast: „To są nasi ludzie. Pracują w hucie, w zakładach włókienniczych i w innych znaczących przedsiębiorstwach. Pracują dla państwa polskiego. Chodzi o ich społeczny pokój. Ich dzieci pragną się uczyć religii, mają do tego prawo. Powtarzam, sprawa jest legalna. Mam dokument przyznania działki i jej uprawomocnienie”. Pani naczelnik Lemańska włączyła się do rozmowy stwierdzając, że wolą prezydenta i zarządu miasta jest spełnienie postulatów tutejszych mieszkańców, którym bardzo zależy na punkcie katechetycznym w tym miejscu. Po tym stwierdzeniu pani Architekt wyszła z pokoju. Rozgorączkowanemu towarzystwu, nieżyczliwemu tworzącej się strukturze kościelnej, powiedziałem, że wszelkie wątpliwości można zgłaszać do kurii. W tym miejscu pragnę podziękować Pani Naczelnik za jej pełną kompetencji umiejętność załatwienia tak trudnej sprawy.

 

No tak, ale to dopiero pierwsza bitwa została wygrana. Batalia o działkę budowlaną, na której miał stanąć dom katechetyczny i kościół dopiero na dobre się rozpoczęła!

Bloki mieszkalne w dzielnicy Tysiąclecie-Północ budował częstochowski „Kombinat Budowlany”. Dyrektorem tej firmy był inż. Kazimierz Twardowski. Otrzymał on polecenie od tzw. władz zwierzchnich, aby na całej kupionej przez nas działce budowlanej ustawił melaminy, czyli baraki dla pracowników. Tak też się stało! Ustawiono je ciasno przy sobie, barak przy baraku, zajmując w ten sposób powierzchnię całej naszej działki.

 

W odpowiedzi na to poprosił mnie ks. Proboszcz, jako swego wikariusza terenowego dla tej dzielnicy Częstochowy, abym jak najszybciej postarał się o nowy, duży, drewniany krzyż, który zostanie zainstalowany na działce, jako pierwszy znak sakralny nowej placówki duszpasterskiej. Krzyż już był, a jego historia jest niezwykła. Ówczesny sekretarz Wydziału Duszpasterstwa - ks. Marian Duda, poprosił mnie, abym zamówił u stolarza krzyż Roku Jubileuszowego, który był ogłoszony przez Jana Pawła II w 1983 roku, na pamiątkę 1950-lecia odkupieńczej śmierci Chrystusa. W związku z tym w uroczystość Chrystusa Króla odbyło się zakończenie Roku Świętego w naszej diecezji. Niesiono ten krzyż w procesji, obok obrazu Matki Bożej Częstochowskiej z katedry na Jasną Górę. Gdy procesja przechodziła obok domu biskupiego, zatrzymano się na moment i tym krzyżem pobłogosławiono chorego już wówczas Biskupa Stefana Barełę. Z Jasnej Góry, krzyż jako pamiątka Roku Świętego został przywieziony do parafii św. Wojciecha.

Ano właśnie! Przyznam, że nie znałem okoliczności powstania tego krzyża i jego pierwotnego przeznaczenia. W każdym razie okazał się on bardzo ważnym argumentem w naszym boju o odzyskanie działki przeznaczonej pod budowę punktu katechetycznego.

        

Może ja dopowiem naszym Czytelnikom, że w ów pamiętny dla mnie dzień 8 grudnia 1983 roku, ks. biskup Stefan Bareła rozmawiając ze mną, poprosił, abym odprawił dla mieszkańców wikariatu terenowego w noc Bożego Narodzenia – Pasterkę, na przydzielonej parafii św. Wojciecha działce. Ks. Biskup chciał, aby w ten sposób zainaugurować działalność wikariatu. Podzieliłem się tą sugestią Arcypasterza z ks. Proboszczem, który natychmiast przejął inicjatywę i ...

Na zakończenie rekolekcji adwentowych, w trzecią niedzielę Adwentu, ogłosiłem na wszystkich dopołudniowych Mszach św., że po Mszy św. o godzinie 12.00 krzyż zostanie uroczyście przeniesiony w procesji na działkę budowlaną przeznaczoną na dom katechetyczny i tam zainstalowany. Jeśli ma być Pasterka, powiedziałem, to musi być krzyż, przy którym ustawi się ołtarz. Informacja ta do niedzieli była znana tylko kilku osobom, aby uchronić się przed ewentualną akcją ze strony odpowiednich służb.

Na Mszę św. o godzinie 12.00 przybyły licznie rodziny z dziećmi, mieszkające na osiedlu Północ. To była prawdziwa manifestacja! Mężczyźni wzięli krzyż na swoje ramiona. Ludzie szli skupieni, odmawiając modlitwę różańcową. Na miejscu zainstalowaliśmy krzyż, który wierni z osiedla jeszcze długie godziny adorowali, stojąc na mrozie.

 

Czytający te słowa, nie zdają sobie sprawy z faktu, jak trudno było nam przygotować tę uroczystość od strony technicznej. Należało wykopać odpowiedni dół, w którym umieszczony miał być krzyż. Nie było to łatwe z dwóch powodów. Po pierwsze ziemia była zmarznięta, skuta lodem, a po drugie jak zrobić ów wykop, skoro do wieczora na działce przebywali pracownicy budowlani oraz ich kierownictwo, które także w jednym z baraków miało swoją siedzibę. Nie można się było zdradzić z zamiarów wkopania krzyża, bo z pewnością skutecznie by nam utrudnili. Ks. Proboszcz wpadł na genialny pomysł...

Poleciłem dwom moim pracownikom, ażeby ubrali się tak, jak wszyscy pracujący na budowie osiedla Północ. Nałożyli ochronne hełmy i udali się na miejsce kopania otworu dla krzyża. Nikt z pracujących, ani z dozorujących pracę budowlanych, nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi. Uznano ich za swoich. Robili, co do nich należało, prosząc nawet o pomoc w rozgrzaniu pewnym urządzeniem z parą wodną miejsca, w którym należało zrobić wykop. Następnie wykop zabezpieczono, kładąc obok worek z cementem, który miał być drugiego dnia wykorzystany do montażu krzyża.

 

Przyznam się szczerze, że cały czas z daleka obserwowałem pracę naszych dzielnych budowlańców. Spisali się świetnie. To także dzięki ich wysiłkowi można było w trzecią niedzielę Adwentu przeprowadzić pomyślnie nasz plan.

Krzyż, jako symbol zwycięstwa stanął pośród ogromnych bloków mieszkalnych. Oczywiście, zaraz na drugi dzień byłem wzywany do Urzędu Wojewódzkiego, do dyr. Jerzego Zalewskiego od spraw wyznań, abym wytłumaczył się z przeprowadzonej akcji. Nie mógł, niestety, mi nic zarzucić, gdyż działaliśmy legalnie.

Jeśli chodzi o krzyż, to rzeczywiście zaczął on tam swoją niezwykłą misję. Robotnicy codziennie przed pracą podchodzili do niego i modlili się. Kierownictwo budowy czuło się jakoś nieswojo, ale tolerowało ten stan rzeczy.

 

Mieliśmy już swój przyczółek na ziemi, którą pewne siły chciały nam odebrać. Można było więc zaplanować, zgodnie z oczekiwaniami ks. biskupa Stefana Bareły, odprawienie pierwszej Mszy św. przy krzyżu. Zbliżała się uroczystość Bożego Narodzenia. Zaplanowaliśmy odprawienie Pasterki, którą w imieniu chorego już wówczas Arcypasterza odprawił pracownik Kurii Diecezjalnej – ks. Marian Duda.

W czwartą niedzielę Adwentu ogłosiłem na wszystkich Mszach św., że wikariat terenowy św. Maksymiliana organizuje Pasterkę przy krzyżu, pod gołym niebem. Zaprosiłem do udziału wiernych wikariatu, prosząc by wzięli ze sobą świece, które oświetlą plac, gdyby spółdzielnia wyłączyła lampy oświetlające pakamery budowlane. Na drugi dzień miałem telefon od dyrektora do spraw wyznań urzędu wojewódzkiego, który udzielił mi ostrych pouczeń, że zapalone świece zagrażają bezpieczeństwu ludzi. Jednak z tej decyzji się nie wycofałem. Stało się tak jak przewidywałem! Spółdzielnia mieszkaniowa „Północ” wyłączyła lampy oświetleniowe na czas Pasterki.

Wiem, jak bardzo ks. biskup ordynariusz Stefan Bareła chciał tę Pasterkę sprawować przy krzyżu. Był już niestety bardzo chory. W liście pasterskim na uroczystość Bożego Narodzenia, skierowanym do całej diecezji, dał wyraz temu pragnieniu, błogosławiąc nową wspólnotę parafialną. Poprosił ks. Mariana Dudę, bardzo mocno zaangażowanego w powstanie tej parafii, aby w jego imieniu tę pierwszą na nowym osiedlu Mszę św. celebrował.

 

Już od Pasterki, w każdą niedzielę, mimo mrozu, wiatru i śniegu, odprawiałem Mszę św. przy krzyżu. Na prośbę ks. Proboszcza przedsiębiorstwo budowlane usunęło kilkanaście baraków, by wokół krzyża było nieco więcej miejsca, bo ludzie przychodzili na Mszę św. plenerową tłumnie.

Żal mi było Księdza ogromnie. Tak dobrze się Ksiądz spisywał jako wikariusz w parafii św. Wojciecha, co sprawiło, że zżyliśmy się bardzo. Nie mogłem patrzeć jak zmarznięty wraca Ksiądz z wikariatu na plebanię, na niedzielny obiad.

 

Doceniałem zawsze Księdza życzliwość wobec mojej osoby. Z wielką radością przyjąłem więc propozycję, byśmy wspólnie udali się do Kłobucka, do pewnego przedsiębiorstwa, produkującego metalowe magazyny na materiały budowlane. Powiedział Ksiądz do mnie: „Stasiu, kupię ci taki barak, postawisz go na skraju wikariackiej działki, gdzie jest trochę wolnego miejsca i zaczniesz odprawiać codziennie, w skromnej wprawdzie kaplicy, ale zadaszonej, chroniącej przed śniegiem deszczem i wiatrem. Dam ci robotników i potrzebny sprzęt!”.

Byłem zdziwiony, że tak od razu udało się nam kupić obszerny magazyn, który miał stać się kaplicą, służącą przez kilka lat, nie tylko parafii św. Maksymiliana, ale również parafii św. Jana Kantego. Niestety, przyszła do nas przykra wiadomość, że zaraz na drugi dzień zwolniono z pracy kierownika działu sprzedaży, który odważył się sprzedać parafii tak „niechodliwy” towar.

        

Było mi bardzo trudno budować dom katechetyczny, gdyż przeszkadzały w tym dziele osoby spod znaku SB. Pamiętam, że gdy kupiłem cegłę na budowę, musiałem się długo tłumaczyć przed inwigilującym mnie „esbekiem”, kto mi tę cegłę sprzedał. Powiedziałem, że pożyczyłem od pracownika cegielni, któremu zresztą przysługiwał deputat ceglany. W następstwie tego wytłumaczenia musiałem co jakiś czas odpowiadać mu na pytanie, czy pożyczoną cegłę już zwróciłem.

Kiedy kończyłem budowę domu katechetycznego potrzebne mi były na wykonanie dachu tzw. płyty korytkowe, które można było nabyć w wytwórni produktów budowlanych w Lisowie. Gdy sprzedawczyni usłyszała, że chcę kupić większą ilość płyt na parafię, wzruszyła ramionami stwierdzając, że jest to niemożliwe. Doradziła jednak, aby parafianie kupili po kilka płyt korytkowych na swoje nazwisko. Tak się stało. Mój organista pan Tomasz Łękawa zorganizował kilkanaście osób z kręgu własnej rodziny, które dotarły swoim transportem do Lisowa i nabyły potrzebne wikariatowi terenowemu płyty.

Pragnę jeszcze dodać, że w podobny sposób kupiłem okna do punktu katechetycznego. Niestety, nocą jakiś nasłany przez wiadome siły człowiek wkradł się do magazynu, w którym znajdowały się okna i wytłukł wszystkie szyby.

Jakże wielkie podobieństwa można dostrzec między trudami tworzenia się tych dwóch pięknych parafii częstochowskich. Ale zwykle tak bywa, że to, co wiele trudu kosztuje, bardziej się docenia, bardziej satysfakcjonuje człowieka niż to, co przychodzi łatwo. Wierni doświadczając pewnych trudności w budowaniu wspólnoty, łatwiej się jednoczą i więcej twórczej energii z siebie wyzwalają.

 

Trzecią parafią wydzieloną z parafii św. Wojciecha była parafia św. Jana Kantego w Częstochowie.

Parafia ta, podobnie jak parafia św. Maksymiliana, miała na początku strukturę wikariatu terenowego, który powołał do życia w ramach parafii macierzystej, w dniu 10 września 1986 roku ks. biskup ordynariusz dr Stanisław Nowak. Wierni przeżywali wiele trudności związanych z zalegalizowaniem przez władze wojewódzkie w Częstochowie nowej struktury kościelnej. Duszpasterzem wikariatu został ks. Jan Wajs, dotychczasowy wikariusz katedralny, człowiek o wielkich uzdolnieniach organizacyjnych, a przy tym lubiany przez wszystkich i skromny.

Borykał się z wieloma trudnościami. Nie miał przydzielonego placu pod jakąkolwiek budowę. Rozpoczął od gromadzenia wiernych w kaplicy – baraku parafii św. Maksymiliana, gdy ta parafia przeniosła swą kaplicę do piwnic nowego domu katechetycznego. Otrzymał także do dyspozycji parafii św. Jana Kantego, od ks. proboszcza Stanisława Jasionka jedną salę katechetyczną i mieszkanie na plebani. Na jednym placu, w odległości 30 m. odbywały się nabożeństwa tych dwóch wspólnot wiernych. Niekiedy wyglądało to groteskowo, gdy np. w Boże Ciało jedna parafia kończyła, a druga rozpoczynała procesję i musiały się mijać na skrzyżowaniu ulic.

 

Pamiętam, księże Prałacie, taką sytuację, że w naszych dwóch parafiach rozpoczęły się tego samego dnia rekolekcje wielkopostne. U mnie w parafii miał je głosić ks. wizytator Mirosław Suchosz, a u ks. Jana Wajsa – brat szkolny Tadeusz Ruciński. Rozkład Mszy św. w oby naszych kaplicach był taki, że o pełnej godzinie rozpoczynała się Msza św. w kaplicy św. Maksymiliana, a pół godziny później w kaplicy św. Jana Kantego. Ten szczegół jest bardzo ważny w tym wspomnieniu, ponieważ ks. Mirosław Suchosz przyjechał na rekolekcje chory, miał anginę. Nie mógł w ogóle mówić! Po pierwszej Mszy św. przeprosił mnie i z żalem pojechał do domu. Rekolekcje przejął w mojej parafii brat Tadeusz Ruciński, który biegał na nauki z jednej kaplicy do drugiej. W sumie miał dziennie jakieś piętnaście nauk.

Ze słów Księdza wynika, że ta zbyt bliska koegzystencja, która utrudniała niekiedy normalne życie dwóch organizmów parafialnych, miała także pozytywne strony.

Po przezwyciężeniu trudności ze strony władz administracyjno-politycznych, ks. biskup ordynariusz Stanisław Nowak erygował w dniu 15 maja 1987 roku parafię św. Jana Kantego, wyłączając ją z parafii macierzystej św. Wojciecha. W październiku 1988 roku przeniesiono kaplicę mszalną z terenu parafii św. Maksymiliana na teren własnej parafii.

 

Czwarta parafia, całkowicie wydzielona z terenu parafii św. Wojciecha, to parafia świętych Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, Pierwszych Męczenników Polski.

Parafię erygował ks. biskup ordynariusz Stanisław Nowak dnia 5 maja 1990 roku, wyłączając jej teren z północno-zachodniej części parafii św. Wojciecha. W tym samym roku pierwszy proboszcz ks. Andrzej Filipecki wybudował tymczasową kaplicę. Ks. Andrzej był wikariuszem parafii św. Wojciecha, stąd doskonale znał środowisko, do którego posłał go Biskup. Jest to zdolny, pracowity i odpowiedzialny kapłan, wspaniały organizator dzieci i młodzieży. Lubiany i ceniony przez wszystkich wiernych. Na nowej parafii był jakby pod modlitewną opieką wiernych parafii św. Wojciecha, którzy z szacunkiem wspominają swojego kapłana. Jest on do dzisiaj moim serdecznym przyjacielem..

Ksiądz Andrzej bardzo spokojnie i inteligentnie podszedł do organizowania życia parafialnego, głównie kateche­tycznego i zasadniczego priorytetu, którym jest budowanie obiektów parafialnych. Znając ks. Andrzeja wierzyłem, że swoją pracowitością szybko osiągnie swój cel, bo wiedziałem, jak mocnym jest w swych duszpasterskich charyzmatach.

 

I wreszcie, piąta parafia: NMP Częstochowskiej...

Parafię powołał do życia ks. arcybiskup Stanisław Nowak, a jej pierwszym proboszczem został ks. Krzysztof Jacniacki, pochodzący z parafii św. Wojciecha. Pamiętam go doskonale jako młodego ministranta, a później zaangażowanego w życie parafii lektora i alumna seminarium duchownego.

Parafia powstała przy dość dużych oporach miejscowej ludności lękającej się kosztów związanych z budową nowej świątyni. Atmosferę niechęci podsycały kręgi niechętne Kościołowi oraz lokalna prasa. Przygotowania do powołania tej placówki rozpoczął oficjalnie w okresie Bożego Narodzenia 1992 roku, wyznaczony do tego przez arcybiskupa Stanisława Nowaka – ks. Henryk Rabenda, wikariusz parafii św. Maksymiliana, a następnie św. Wojciecha. W czasie wizyty kolędowej, na terenie przyszłej parafii, informował mieszkańców o zamiarze i sensie nowej placówki. Podejmował także starania o załatwienie formalności, związanych z lokalizacją kościoła dla tej parafii.

Rzec można, uzupełniając niejako naszą wypowiedź, że w jakim sensie parafia Nawiedzenia NMP, której proboszczem jest ks. prałat Kazimierz Najman, została w części zrodzona z parafii św. Wojciecha. Historia tej parafii to jednak odrębny i dość ciekawy temat, który z pewnością doczeka się swego opracowania.

 

Parafia kierowana 33 lata przez Księdza Prałata może się poszczycić nie tylko zrodzeniem sześciu nowych parafii, ale także kapłanami, którzy wyszli z jej matczynej opieki. Wiem, że było ich piętnastu!

Tak, jest to z pewnością dowód na to, że parafia jest żywa. Tylko taka parafia rodzi nowe wspólnoty oraz powołania kapłańskie i zakonne. Z wielką przyjemnością wymienię ich nazwiska, gdyż znam je na pamięć: ks. Jan Lubieniecki, ks. Antoni Fuławka, ks. Jerzy Skotnicki, ks. Jan Dyliński, ks. Marek Sikora, ks. Robert Żwirek, ks. Krzysztof Jacniacki, ks. Wojciech Tkacz, ks. Adam Hrabia, o. Janusz Snarski OMI, o. Jacek Łukasiewicz SCJ, o. SCJ, o. Andrzej Noga OMI, o. Franciszek Sławomir Całka OSPPE, ks. Zbigniew Heluszka, ks. Maciej Oset.

 

Oprócz wielu zajęć stricte duszpasterskich i budowlanych, może się ks. Prałat poszczycić kapelanią środowiska rzemieślniczego Częstochowy. Ich serdeczne oddanie świadczy niewątpliwie o wielkim wkładzie pracy formacyjnej Księdza i potrzebach duchowych, jakie ta grupa zawodowa przejawia.

Cieszę się, że Ksiądz zadał mi to pytanie, gdyż nie mógłbym pominąć w swych rozważaniach tej wspaniałej kategorii ludzi, organizującej się społecznie od wielu wieków w celu umiejętnego i fachowego służenia człowiekowi we wszystkich jego potrzebach. Myślę tu nie tylko o rzemiośle częstochowskim, gdyż dzięki wielorakiej współpracy duszpasterskiej mam kontakty ze środowiskami rzemieślniczymi Śląska, Warszawy i Kielc.

Z rzemiosłem częstochowskim łączy mnie jednak wielka więź przyjaźni, współpracy i serdeczności. Organizujemy uroczyste nabożeństwa patronalne, które uświetnia swym śpiewem rzemieślniczy, męski chór „Pochodnia”. Po tych uroczystościach gromadzimy się w Izbie Rzemieślniczej z Prezesem i całą starszyzną cechową przy herbacie dla omówienia bieżących spraw rzemieślniczych.

Częstochowskie Rzemiosło ma bogatą historię działalności, rozwoju i wielorakich osiągnięć w wychowaniu młodego pokolenia rzemieślników i artystów. Jestem kapelanem tego środowiska od 26 lat. Rzemieślnicy mnie szanują i odnoszą się do mnie z prawdziwą serdecznością. Ja również odwzajemniam im tę postawę z pełną atencją mojego kapłańskiego serca. Życzę im przetrwania tych wszystkich trudności, które pomniejszają radość ich rzemieślniczej pracy.

 

Zwieńczeniem Księdza pracy proboszczowskiej w parafii św. Wojciech była niewątpliwie uroczystość tysiąclecia męczeńskiej śmierci św. Patrona. Odpust parafialny w 1997 roku przerodził się w ogólnodiecezjalne święto, na które przybyły liczne rzesze czcicieli św. Wojciecha.

Parafia św. Wojciecha była i jest dumna, że ma tak w bogatego w Boże łaski Patrona. Jako proboszcz parafii pragnąłem zawsze szerzyć Jego kult oraz męczeńską historię Jego życia. Parafia darzy św. Wojciecha wielką czcią i nabożeństwem. W kaplicy bocznej, pod Jego wezwaniem, znajduje się piękny tryptyk ołtarzowy, który przedstawia jego życie, łącznie ze śmiercią męczeńską. Kaplica jest jednocześnie grobem św. Woj­ciecha, ponieważ znajdują się w niej relikwie św. Męczennika. W oknie tej kaplicy znajduje się piękny witraż, ufundowany przez wiernych parafii, przedstawiający misyjną działalność św. Wojciecha..

W każdym roku, w dniu 23 kwietnia, od początku swego istnienia, parafia organizuje uroczysty odpust. Przybywają goście z całego miasta. W uroczystości uczestniczą liczne rzesze wiernych wraz z kapłanami. Nabożeństwu przewodniczy zwykle ks. arcybiskup metropolita dr Stanisław Nowak.

Warto dodać jeszcze kilka zdań odnośnie sprowadzenia relikwii św. Wojciecha z Gniezna. Było to konkretnie w tysięczną rocznicę Zjazdu Gnieźnieńskiego. Sąsiednie parafie przybyły na tę uroczystość procesyjnie. W ogromnie dużej i dłu­giej procesji nie było widać ani początku ani końca. To był prawdziwie religijny i narodowy marsz procesyjny Częstochowy. To był sprawdzający dowód na to, jak bliski jest św. Wojciech polskiej duszy i polskiej historii.

W tej procesji wzięli udział dostojni celebransi: ks. arcybiskup Henryk Muszyński, metropolita gnieźnieński, ks. arcybiskup Stanisław Nowak, metropolita częstochowski i ks. biskup Antoni Długosz. Naczelne władze miasta Częstochowy także zamanifestowały swoją wiarę i dobrą wolę przybywając licznie na obchód jubileuszowy.

Słowo Boże z okazji tej uroczystości wygłosił ks. arcybiskup Henryk Muszyński, podkreślając historyczne znaczenie jedności Kościoła z narodem.

 

Przeglądając dokumentację działalności duszpasterskiej Księdza Jubilata, nie sposób nie dostrzec, serdecznych podziękowań i listów pochwalnych, pisanych przez przedstawicieli różnych władz i środowisk zawodowych. Wiele z tych listów dokumentuje zasługi Księdza na polu społecznym. Jednakże najważniejsza dla kapłana jest opinia jego Pasterza, którego proboszcz jest zawsze najbliższym współpracownikiem. Dostrzegłem pismo ks. arcybiskupa metropolity dr. Stanisława Nowaka, który w związku z przejściem Księdza Prałata na proboszczowską emeryturę, tak pięknie w swym słowie na temat Jubilata się wyraził. Proszę o przestawienie czytelnikom tego tekstu naszego Arcypasterza! Niech to będzie zarazem słowo kończące naszą długą, serdeczną rozmowę, niejako jej podsumowaniem. Dziękuję za rozmowę!

Bardzo serdecznie dziękuję Księdzu za tę rozmowę, za trud jej zredagowania i przyjacielską obecność. Rzeczywiście, słowo naszego Arcypasterza wydaje się być najlepszym podsumowaniem naszej rozmowy. Ksiądz Arcybiskup, któremu zadedykowałem tę książkę, zawsze darzył mnie swą serdecznością. Dziękując mi za 50 lat pracy duszpasterskiej i 33 lata posługi proboszczowskiej, w swym słowie napisał: „Przy okazji zakończenia posługi proboszczowskiej, pragnę Księdzu Prałatowi w swoim i w imieniu Archidiecezji powiedzieć wielkie: Bóg zapłać!

Jest za co dziękować i o czym pisać, myśląc o pięknym kapłaństwie Księdza Prałata. Wikariaty w parafii św. Stanisława BM w Czeladzi, w Przyrowie, Myszkowie, w parafii św. Józefa w Częstochowie – wszędzie tam udane próby zorganizowania lub ożywienia duszpasterstwa młodzieży: katechezy, rekolekcji, specjalnych Mszy Świętych dla tej grupy parafian. I dzieło życia: parafia św. Wojciecha, tworzona od podstaw przez Księdza Prałata w tamtych mrocznych czasach systemu totalitarnego, budowa imponującego kościoła i domu parafialnego – gdy nic nie można było kupić normalnie, a wszystko trzeba było „załatwiać”. Na ten temat tworzenia parafii i budowania obiektów parafialnych św. Wojciecha pisano już kilkakrotnie i publikowano na różnych miejscach. Nie sposób by w tym piśmie wszystko to powtarzać. Mam świadomość, że Ksiądz Prałat w pełni zasługuje na nazwę „Ojca Tysiąclecia Częstochowskiego”. Mając za sobą błogosławieństwo swego Biskupa i zapał parafian, stworzył Ksiądz Prałat wspólnotę, która zrodziła kolejne córy: parafię Św. Jadwigi, Św. Maksymiliana, Św. Jana Kantego, Św. Pierwszych Męczenników Polski, Najśw. Maryi Panny Częstochowskiej i Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny. W każdej z nich jest cząstka serca i wielkoduszność Księdza Prałata. O tym wielkim sercu świadczą również przyjęte pod dach Świętego Wojciecha: Duszpasterstwo Akademickie i siedziba Katolickiej Rozgłośni Radiowej „Fiat”.

Wymienić się również godzi służbę Księdza Prałata w wymiarze dekanalnym i diecezjalnym: jako dziekana dekanatu Św. Wojciecha, dziekana regionu, współtwórcy wielkiego dzieła, jakim było w ostatnich latach wzniesienie wież naszej bazyliki archikatedralnej.

Za wszystko mówię: Bóg zapłać! Również za wielką życzliwość do mego świętej pamięci Poprzednika i mnie osobiście, i za miłość do Kościoła streszczającą się w łacińskim powiedzeniu: „dilexi Ecclesiam” (Stanisław Nowak Arcybiskup Metropolita Częstochowski).

 

 

 

 

 

 

 

"OJ, CI KSIĘŻA SĄ DO NICZEGO..."

 

Pewien profesor historii zdobił zwykle swe wykłady takimi uwagami: "Księża są do niczego! Od wieków nienawidzili wiedzy, sztuki, a kochali zawsze wstecznictwo". Raz na wykładzie podszedł do niego student, dobry i zdolny chłopiec, który nie dał się łatwo zbić z tropu.

Panie Profesorze - rzekł, czy byłby pan tak dobry rozwiązać mi kilka wątpliwości, które mną owładnęły od chwili, gdy słucham pańskich wykładów. - Dlaczego nie, drogi przyjacielu! Bardzo chętnie! A o cóż chodzi? - Tylko kilka pytań, panie profesorze!

- Kto zachował nam dzieła starych klasyków? Jakim sposobem nie zginęły one, gdy w czasach średniowiecza barbaryzm zalał cały świat kulturalny?

- Mnisi przepisywali je w swoich klasztorach i tym sposobem zdołali je uratować.

- Mnisi?

- Tak, mnisi, zwłaszcza benedyktyni.

- Ach te klechy! Więc to oni poodpisywali stare kodeksy i w ten sposób dla nas je uratowali! Musiała to być wielka i żmudna praca? No i naturalnie niejeden nabawił się suchot wśród pyłu bibliotecznego?

- Nie inaczej!

- Prawda, to było jeszcze wówczas, gdy głowy panujące nie umiały się nawet podpisać? Dziwne zaiste czasy! I dziwni zaiste ci mnisi, że mieli ochotę przepisywać literę po literze z Liwiusza, Cezara, Cycerona, Wergiliusza, itp.

- A jak te kodeksy wyglądają?

- Starannie pisane, jak malowane, a inicjały - to istne dzieła sztuki! Przemierzłe klechy!

Po chwili znów następne pytanie:

- Czy to prawda, że bez nich nie mielibyśmy także Kolumba ani Vasco da Gamy? Pweien mnich, niejaki Fra Mauro, jak powiadają, narysował w 1450 roku ową sławną mapę świata, jeszcze przed odkryciem Ameryki, którą następnie posługiwał się Kolumb.

- Tak to prawda, ale taką mapę mógłby narysować także ktoś inny.

- To się rozumie! Dlaczego tylko klechom miałyby przychodzić do głowy takie pomysły? Czytałem też, panie profesorze, że zamiast niezgrabnych rzymskich cyfr, pewien papież wprowadził w arytmetyce cyfry arabskie.

- Papież Sylwester II. On też skonstruował pierwszy zegar mechaniczny. Ale przecież byłby to uczynił ktoś inny, gdyby papieże zawsze i wszędzie naprzód by się nie pchali!

- Powiadają także, iż lunetę i teleskop, też jakiś ksiądz wynalazł. Lecz może to nie jest prawdą? Księża lubią sobie przypisywać czyjeś zasługi!

- Nie, to prawda. Franciszkanin Roger Bacon wymyślił te instrumenty. Opracował też teorię szkieł wypukłych.

- Przeklęty Bacon! Kiedy on właściwie żył?

- Umarł około roku 1294.

- Był wcześnie już postępowym, prawda? A jeszcze coś! Wszak to ksiądz pierwszy udowodnił, że słońce stoi, a ziemia się obraca?

- Tak, Mikołaj Kopernik.

- Przepraszam pana profesora. Dlaczego nazywają wiek, w którym wiedza, sztuka i literatura najwięcej kwitły, złotym wiekiem Leona X?

- Bo papaież Leon X był prawdziwym protektorem uczonych, artystów owego czasu.

- Co, papież protektorem cywilizacji?

- Ej. zdaje mi się, mój chłopcze, że sobie ze mnie kpisz?

- Skądże znowu! To wszystko są tylko wątpliwości, nieznośne wątpliwości! Chętnie bym klechom chciał przypiąć łatkę, że są i byli zawsze wstecznikami, lecz te wątpliwości, nie dają mi spokoju. Czy prawda, panie profesorze, że pierwsze bezpłatne szkoły ludowe stworzył niejaki de La Salle? Ksiądz?

- Ksiądz!

- I, że pierwszym, który się zajął głuchoniemymi, był Hiszpan ks. Pedro de Ponce, a po nim ks. de l’Epee? Niech się pan nie gniewa profesorze! Cóż ja temu winien, że klechy w historii nie dają mi spokoju? Czytałem jeszcze i to: nie dość, że mnich Bertold Schwarz wynalazł proch, mnich Guido d’Arezzo – skalę i podstawowe reguły nauki o harmonii, mnich Tegeruss z Bawarii około roku 1000 – malarstwo na szkle, jezuita Cavalieri (1747) – polichromię, jezuita Secchi (1878) – analizę spektralną, opracował pierwszy system klasyfikacji widmowej promieniowania słońca i gwiazd…

- Dosyć, do pioruna! Widzę teraz dobrze, że sobie ze mnie kpisz!

- O właśnie, pierwszy piorunochron nie został wynaleziony przez Franklina, lecz zrobił to już w 1754 roku mnich premonstratensów – Prokop Divisch! O tym wspomina nawet Kȕrschner!

- Milcz gaduło!

- Największym znawcom językowym naszych czasów był kardynał Mezzofanti!

- Ty wsteczniku!

- O, nie! Największym wstecznikiem był najsławniejszy paleograf XIX wieku – kardynał Mur.

- Dość tych głupstw! Wynoś mi się zaraz!

- A w którym kierunku? Może to panu powiedzieć diakon Flavio Gioia. On znacznie ulepszył kompas już w 1300 roku!

- Tyś całkiem oszalał!

- Jeślibym się zapalił, to musiałaby przybyć sikawka, by gasić pożar. Sikawki wprowadzili najpierw cystersi, a paryscy kapucyni byli aż do XVII wieku strażakami ogniowymi w Paryżu!

- Jeśli nie zamilkniesz, to wylecisz!

- Może w przestworza powietrzne? Pierwszy balon wynalazł jeszcze na 60 lat przed Montgolfierem – mnich Bertold Gusman, który w 1720 roku, wobec całego dworu portugalskiego wzbił się w powietrze. Czego pan szuka profesorze, okularów? To także wynalazek księży! Okulary wynalazł w trzynastym stuleciu dominikanin Aleksander Spina! Czy pan się spieszy, że spogląda na zegarek? Zegarek to również wynalazek księży! Pierwszy zegarek mamy od kronikarza kościelnego Kassiodora (505 r.); ulepszył go Gebert, późniejszy Sylwester II. Pierwszy zegar astronomiczny sporządził opat Ryszard Wallimford w 1316 roku. No, ale teraz już idę! Jeszcze tylko słówko, panie profesorze! Pewnie pan wie, że światło gazowe wynaleźli jezuici. Do widzenia, panie profesorze! Co rower także pan ma? Przedmiot ten wynalazł także ksiądz – Pinaton, który już w 1854 roku jeździł na dwukołowcu!

- Przepraszam jeszcze raz! Lecz prawda zostanie prawdą i tylko prawdę powinni głosić badacze historii!   

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania ks. marian duda

 Towarzyszyła mi zawsze nadzieja

 

            Z Dyrektorem Wyższego Instytutu Teologicznego w Częstochowie Ks. dr. hab. Marianem Dudą

rozmawia ks. dr Stanisław Jasionek

 

 

Ks. Stanisław Jasionek: Księże Dyrektorze, naszą rozmowę odbywamy z racji 25-lecia pracy naukowo-dydaktycznej. Zanim jednak rozpoczął Ksiądz jako kapłan swą działalność naukową były lata dzieciństwa spędzone w rodzinnym mieście, lata szkoły podstawowej i średniej…

 

Ks. Marian Duda: Urodziłem się w Będzinie, w Zagłębiu. Wzrastałem i wychowałem się w tym mieście w wielodzietnej rodzinie. Dzieciństwo miałem zasadniczo szczęśliwe, aczkolwiek bardzo skromne. Pracował tylko sam ojciec - piekarz na siedmioro dzieci. Ukształtowany zostałem w dużym stopniu przez moją rodzinę i starożytną parafię rodzinną św. Trójcy; kilkanaście lat byłem w niej ministrantem i lektorem. Góra Będzińska z zamkiem i kościołem parafialnym, z Czarną Przemszą płynącą u jej podnóża, to obraz jaki wyniosłem z mojego dzieciństwa.

 

Jak rozpoczęła się Księdza droga do kapłaństwa?

 

W szkole średniej modliłem się dużo o rozeznanie mojego powołania kapłańskiego, gdy doszedłem do wniosku, że to moja droga, podjąłem decyzję o wstąpieniu do seminarium. Rozpoznawałem więc moje powołanie głównie na modlitwie. Do tej pory zachowałem modlitwę o powołanie kapłańskie, ułożoną przeze mnie w wieku 16 lat. Po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym, obecnie St. Wyspiańskiego, w roku 1969 złożyłem papiery do Wyższego Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i tak rozpoczęła się moja droga do kapłaństwa; sześć lat studiów filozoficzno-teologicznych pod Wawelem. Okres formacji duchowej i ludzkiej, który w dużym stopniu mnie ukształtował.

 

W dniu 18 maja 1975 roku został Ksiądz wyświęcony na kapłana przez biskupa pomocniczego diecezji częstochowskiej Tadeusza Szwagrzyka w swym rodzinnym Będzinie, w ukochanej parafii swego dzieciństwa Świętej Trójcy i …

 

I odtąd rozpocząłem swoją posługę. Najpierw byłem wikariuszem równocześnie na dwóch parafiach wiejskich w Rudnikach i Żytniowie koło Wielunia, potem wielka, miejska parafia bez kościoła - św. Wojciecha w Częstochowie na Tysiącleciu. Obejmowała ona wówczas teren od Alei Jana Pawła II do Kiedrzyna, liczyła około 40 tys. wiernych. Pracowałem tam z bohaterskim proboszczem - ks. Józefem Słomianem przez trzy lata. Następnie zostałem skierowany na studia doktoranckie na Uniwersytet we Fryburgu Szwajcarskim, a po powrocie w roku 1981 rozpocząłem pracę w Kurii Diecezjalnej na różnych stanowiskach, także jako diecezjalny duszpasterz nauczycieli i wychowawców. W latach 1983-89 byłem diecezjalnym duszpasterzem akademickim, a w 1991 roku przewodniczyłem organizacji VI Światowego Dnia Młodzieży z Ojcem św. Janem Pawłem II. W tym czasie obroniłem doktorat na Papieskiej Akademii Teologicznej. Przewód habilitacyjny odbył się także na tej uczelni w 2006 roku. W latach 1989-1997 byłem dyrektorem Diecezjalnego Domu Rekolekcyjnego w Olszynie k/ Częstochowy. Od 1996 do 2003 roku byłem proboszczem parafii św. Rodziny, a w 1999 roku zorganizowałem nową parafię pw. Narodzenia Pańskiego przy Alei Wolności.

 

Od 1988 roku wykładał Ksiądz teologię pastoralną w Wyższym Seminarium Duchownym naszej archidiecezji. Przez te lata uczył Ksiądz przyszłych kapłanów odpowiedzialnego głoszenia Ewangelii jako podstawowego, kapłańskiego zadania. Jakie refleksje towarzyszyły Księdzu Profesorowi, gdy przedstawiał klerykom roku VI te jakże istotne zagadnienia pastoralne?

 

Głoszenie Ewangelii to nasze podstawowe kapłańskie zadanie. To nasz „chleb powszedni”. Ogień, który przyniósł na świat Chrystus przekazywany przez wieki w Kościele dotarł od Chrystusa poprzez Apostołów aż do nas i pozwoliliśmy się mu kiedyś zapalić. O tej posłudze kapłańskiej Instrukcja Kongregacji ds. Duchowieństwa „Kapłan przewodnik i pasterz wspólnoty parafialnej „poucza, że kapłan uobecnia Chrystusa Głowę Kościoła poprzez posługę słowa, będącą uczestnictwem w Jego funkcji prorockiej. „In persona et in nomine Christi”; kapłan jest sługą słowa ewangelizującego, które wszystkich wzywa do nawrócenia i świętości; jest sługą słowa kultycznego, które wysławia wielkość Boga i wyraża dziękczynienie za Jego miłosierdzie; jest sługą słowa sakramentalnego, będącego skutecznym źródłem łaski. W tak wieloraki sposób kapłan mocą Ducha Parakleta przedłuża naukę Boskiego Mistrza we wspólnocie Jego Kościoła”.

 

Czy wierny świecki może zastąpić kapłana w posłudze Słowa?

Ojciec Święty Jan Paweł II podkreślał z mocą, że kapłan w posłudze Słowa jest nie do zastąpienia, nawet przez najbardziej elokwentnych świeckich mówców. Choć może się zdarzyć, że nie posiadający święceń wierni, obdarzeni są większą niż on elokwencją, nie zmienia to faktu, że on sam jest sakramentalnym przedstawicielem Chrystusa Głowy i Pasterza, a stąd przede wszystkim bierze się skuteczność jego nauczania.

 

My kapłani, spełniamy na co dzień misję sługi Słowa.

Sługi, czyli tego, który jest poddany Słowu, jest na Jego podsłuchu i według niego kształtuje siebie i powierzoną sobie wspólnotę. Rzućmy więc okiem wstecz, na kapłańską historię niejednego z księży, aby zobaczyć jak wielki musiał być i w nim ten Boży ogień, gdy przyszło mu głosić Ewangelię, w tak trudnych czasach. Wielu kapłanów rozpoczynało przecież i lwią część swojego kapłaństwa przeżyło w epoce komunistycznej. Natrapili ich wiele, ci nasi bracia, którzy działali na obce zlecenie, czy też według swego zwyrodniałego sumienia, podszyci nieraz strachem, niejednokrotnie przesyceni konformistycznymi ideałami.

 Wielu kapłanów straciło zdrowie w tej walce o Bożą sprawę, w dziele katechizacji parafialnej, organizującej się z ogromnym trudem przy świątyniach, po wyrzuceniu religii ze szkół. Wielu przeżyło istną drogę krzyżową przy zakładaniu nowych parafii, wznoszeniu świątyń, przez cierpliwe znoszenie wszelkiego rodzaju szykan i poniżeń. Ci, którzy pracowali w pionie diecezjalnym, pomagając swoim pasterzom, musieli wraz z nimi dzielić trud batalii na pisma i trudne rozmowy z lokalnymi „bożkami” totalitaryzmu. Ci zaś, którzy podjęli pracę naukową cierpieli ograniczenia związane z niemożliwością utrzymywania kontaktów ze środowiskami naukowymi Zachodu, ograniczania dostępu do teologicznej literatury światowej, trudności publikowania swojego dorobku naukowego oraz nieuznawania statusu naukowego uczelni kościelnych i cenzusów przez nich przyznawanych.

             

 Jakże wielką cenę trzeba było zapłacić za głoszenie Słowa Bożego i organizowanie miejsc dla jego przekazywania. Dzisiaj ta cena nieraz jest już w zapomnieniu.

Czyż po latach, mimo tego wszystkiego, co kapłani przeżywali w systemie totalitarnym, nie należałoby przyznać, że ich ewangelizowanie wśród łez, przyniosło najpiękniejsze owoce wytrwania w wierze przez naród? Dzisiaj patrząc po latach na ten trud Bożej siejby, odczuwamy najgłębszą radość, także i z tego powodu, że nie tylko mieliśmy jako kapłani możliwość wierzyć w Chrystusa i głosić Jego Ewangelię, ale także łaskę i przywilej cierpieć zelżywości dla Imienia Chrystusowego. Owoce kapłańskiej pracy rodziły się przecież w bólu wyśmiewania, poniżania, szykanowania kapłanów i ich posługi. Sprawdzały się słowa Ewangelii: „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie”/Mt 5, 11/.

 

Działał Ksiądz bardzo odważnie w czasach totalitaryzmu i stanu wojennego. Mogę o tym zaświadczyć jako świadek Księdza życia w tamtych trudnych czasach. Z pewnością był Ksiądz przez odpowiednie służby inwigilowany?

 

O tym, że byłem inwigilowany i w jakiś sposób dyskryminowany, wiedziałem przecież wtedy, gdy się to dokonywało, bo w pewnych wypadkach szły nawet oficjalne protesty, czy telefony z odpowiednich urzędów do kurii diecezjalnej, które wskazywały na moje niewłaściwe zachowanie, wówczas wobec reżimu panującego. Więc to nie było dla mnie żadną tajemnicą, jak i też miałem pełną świadomość, że wokół mnie na pewno był niejeden tajny współpracownik, który zdawał relacje z mojej działalności. Dlatego nie dziwiłem się nawet, że ani razu nie usiłowano nawiązać ze mną kontaktu i namawiać mnie na jakąś formę współpracy. Może to świadczyć o tym, że moje otoczenie było dosyć naszpikowane tymi tajnymi współpracownikami i mieli doskonałe informacje o tym, co robię.

 

IPN przyznał Księdzu status pokrzywdzonego przez system komunistyczny. Ma Ksiądz z tego osobistą satysfakcję?

 

Myślę, że wszyscy kapłani, którzy właściwie spełniali powierzone im przez biskupa zadania, byli przedmiotem szykan ze strony władzy. Uważam, że powinni oni swoje świadectwa publikować, nagłaśniać, ponieważ media epatują się pojedynczymi wypadkami sprzeniewierzenia się duchowieństwa. Zresztą i te przypadki są niekiedy wątpliwe, nie są do końca ewidentne, bo wiadomo, że te materiały zbierane przez służby bezpieczeństwa, nie mogą być traktowane jak Pismo Święte, czy jakieś teksty objawione. Były to przecież materiały sporządzane przez wrogów Kościoła i narodu, a więc wiadomo, że zawsze jakoś tendencyjnie, w jakimś ciemnym świetle, przedstawiające duchowieństwo i jego ludzkie słabości. Natomiast, za mało jest wciąż tych świadectw 90 % kapłanów, którzy zachowali postawę pełną heroizmu, odwagi albo przynajmniej zwykłej ludzkiej uczciwości i lojalności wobec Kościoła i wobec swoich wiernych.

 

Bo rzeczywiście, zła było o wiele mniej i było czymś marginalnym

 

Oczywiście, dobra było więcej, heroizmu było więcej, odwagi było więcej, męczeństwa było więcej, zwłaszcza u kapłanów, którzy byli wtedy bardzo poniżani, poniewierani, traktowani jak ostatnia kategoria osób. Dlatego też, to wszystko należy ludziom przypominać, ponieważ nawet młode generacje kapłanów i obecnych kleryków, nie są w stanie sobie wyobrazić, do jakiego stopnia ten brutalny nacisk, w tamtym okresie, był wywierany na duchowieństwo. Ja tego doświadczyłem w latach siedemdziesiątych, czy osiemdziesiątych. Natomiast przecież księża wcześniejszych pokoleń, których znowu ja nie znałem bezpośrednio, w latach końcowych czterdziestych czy pięćdziesiątych przechodzili prawdziwą gehennę i to wszyscy. Wiemy, że nawet wikary musiał być zatwierdzony przez władze państwowe na swoim stanowisku, nie mówiąc o każdym proboszczu, który bez akceptacji władz państwowych nie mógł objąć swoich funkcji proboszczowskich. My o tym wszystkim już niestety zapominamy. Dziś nam się wydaje jako coś normalnego, że biskup mianuje wikariusza, że biskup mianuje proboszcza. Dawniej to nie było takie ewidentne, na każde stanowisko władze domagały się swojej akceptacji.

 

Może ciągle za mało jeszcze się mówi o tamtych czasach właśnie w kontekście działalności Kościoła i heroicznej postawy wielu duchownych?

 

Może nie tyle za mało się mówi, bo publikacji jest dużo i świadkowie jeszcze żyją, ile to w jaki sposób się mówi. Dziennikarze babrają się tylko w tym, co złe i ciemne. Gdzie są dziennikarze, którzy mają ukazywać dobro? To jest ich podstawowy obowiązek: ukazać prawdę, dobro, a potem dopiero jakieś złe czy ciemne strony. Dlatego dziennikarze, jeśli chcą być obiektywni, zarówno ci z mediów publicznych jak i prywatnych, powinni najpierw poznać prawdę o tamtym systemie, zagłębić się w dobro, którego dokonywali biskupi i kapłani polscy, a dopiero potem ewentualnie przedstawiać przypadki sprzeniewierzenia się. Co to za warsztat dziennikarski? Nie jest to popularna opinia. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym ją wygłosił w jakiś publicznych mediach ogólnopolskich, to byłby szał z tego powodu, ale to wcale nie oznacza, że dyktatowi massmediów trzeba się poddać. To jest dyktat niesprawiedliwy. Dyktat mody, dyktat newsów i dyktat przede wszystkim ukazywania sensacji i zła w większych proporcjach, aniżeli dobra.

 

Prawda powinna leżeć u podstaw każdego działania, również dziennikarskiego.

 

I dobro. Prawda i dobro, prawda i miłość. Prawda otwiera katalog wartości, bo jest to wartość fundamentalna, ale katalog wartości zamyka miłość, jest na szczycie. A więc prawdę należy czynić w miłości - to jest zasada, którą sformułował św. Paweł: prawdę czynić w miłości, bo inaczej może zabić. Cóż z tego, że komuś powiemy prawdę i podamy ją tak, że ona ją zdeprymuje, zabije, zniszczy, a nie damy mu możliwości skonsumowania tej prawdy, zmierzenia się z nią. Co innego jest, gdy się prawdy szuka po to, żeby człowiekowi pomóc wyprostować się w życiu, a co innego gdy się szuka prawdy o człowieku, żeby mu jedynie powiedzieć: jesteś zero, jesteś nic, jesteś kapuś, arcykapuś, jak pisano niedawno. To niczemu nie służy, to do niczego nie prowadzi. 

 

Dzisiaj także posługa kapłańska jest nacechowana wieloma trudnościami i cierpieniami…

Młodzi kapłani podejmujący dziś posługę kapłańską jako głosiciele Słowa, zastają obecnie zupełnie nową rzeczywistość, jakże odległą w mentalności, chociaż nieodległą w czasie, od tamtej. Oto mamy wolność w głoszeniu Słowa, w szkole, w środkach przekazu, w miejscach publicznych, właściwie wszędzie, gdzie byśmy chcieli, gdybyśmy tylko chcieli. Oto programy telewizyjne w telewizji publicznej i katolicka telewizja, rozgłośnie radiowe ogólnopolskie i diecezjalne, setki tysięcy katolickiej prasy i książek religijnych. Można by zawołać: człowieku chciej słuchać, chciej czytać, chciej oglądać! Tymczasem niektórzy wierni, tak się zachowują, jakby mówili wręcz: „dziękuję, mnie to nie interesuje”. Głód Słowa Bożego, o którym pisał kiedyś prorok Amos, nie jest zauważalny! Oto nadejdą dni - wyrocznia Pana Boga - gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich” /Am 8:11/. Wydaje się, jakby następował na naszych oczach potężny „odpływ ewangelizacyjny” i to tym większy, im bardziej dysponujemy potężniejszymi i liczniejszymi środkami komunikacji, im podejmujemy bardziej intensywne wysiłki duszpasterskie.

 

Kościół dostrzega te nowe niebezpieczeństwa, które zresztą w innych krajach już dawno zdemaskował i nazwał po imieniu…

 

A są nimi niewątpliwie: konsumizm, hedonizm, permisywizm, relatywizm, libertynizm. W reakcji na te wszystkie wymienione zjawiska, Kościół nie chce prowadzić jakiejś bezużytecznej i jałowej walki z ludźmi przesiąkniętymi cynizmem, czy mającymi wręcz złą wolę, czy też uczulenie na punkcie religii i Kościoła. Jedyną i najważniejszą radą, jakiej Kościół udziela kapłanom posłanym nie do innego, tylko właśnie do takiego świata, jest odpowiedź wiary.

 

Mimo wielu negatywnych zjawisk, utrudniających ewangelizację, wciąż jednak istnieje zapotrzebowanie na posługę kapłańską.

 

A więc na wszystkie bolączki współczesnego świata potrzebny jest nowy zryw ewangelizacyjny - nowa ewangelizacja, którą proklamował Kościół ustami Ojca św. Jana Pawła II. Skoro tak, to kapłaństwo z konieczności wpisuje się i realizuje w kontekście nowej ewangelizacji. Dyrektorium o posłudze i życiu kapłanów wprost stwierdza, że kapłan jest włączony w szczególny sposób w misję całego Kościoła, jaką jest „nowa ewangelizacja”, ale równocześnie zaznacza, że „powołanie do nowej ewangelizacji jest przede wszystkim powołaniem do nawrócenia.

Nowa ewangelizacja to nie przystosowanie się Kościoła do zmieniającego się świata, lecz odnalezienie przez Kościół nowych możliwości realizowania swojej misji.

 

Czy nowa ewangelizacja jest więc w swej istocie największym i najbardziej porywającym wyzwaniem, wobec którego staje Kościół od początku swego istnienia?

 

Należałoby się dokładniej przyjrzeć temu, co oznacza określenie „nowa ewangelizacja”, które pojawia się na co dzień na ustach tylu pasterzy Kościoła oraz świeckich apostołów na całym świecie. Według Jana Pawła II „nowa ewangelizacja” to „głoszenie Ewangelii zawsze nowej i zawsze niosącej nowość, która musi być prowadzona z nową gorliwością, nowymi metodami i z zastosowaniem nowych środków wyrazu. Nie chodzi tutaj bowiem, co z naciskiem podkreślał Papież o powtórną, rzec by można, ponowną ewangelizację, ale właśnie o zupełnie nową ewangelizację, która musi dać odpowiedź spójną, trafną i przekonywującą, zdolną umocnić wiarę katolicką w jej podstawowych prawdach, w jej wymiarze indywidualnym, rodzinnym i społecznym.

 

A więc, Ewangelia zawsze nowa i zawsze niosąca nowość?

 

Ta „nowa ewangelizacja, jak podkreśla z całym naciskiem Jan Paweł II, nie polega na głoszeniu nowej ewangelii, której źródłem bylibyśmy my sami, nasza kultura, nasze rozumienie potrzeb człowieka. Nie byłaby to wcale „ewangelia”, ale zwykły ludzki wymysł, pozbawiony zbawczej mocy. Nie polega ona również na usuwaniu z Ewangelii tego wszystkiego, co wydaje się trudne do pogodzenia ze współczesną mentalnością. To nie kultura jest bowiem miarą Ewangelii, ale Jezus Chrystus miarą wszelkiej kultury i każdego ludzkiego dzieła. Nowa ewangelizacja zakłada więc absolutną wierność Ewangelii Jezusa Chrystusa. Zasadnicza zaś treść Ewangelii zawiera się w zwięzłej syntezie, którą bez trudu zdolny jest pojąć i przyjąć każdy człowiek, a którą Kościół jest winien człowiekowi: Bóg Cię kocha, Chrystus przyszedł dla Ciebie, Chrystus dla Ciebie jest „Drogą i Prawdą i Życiem!” /J 14,6/.

 

Wydaje się, że ludziom chrześcijaństwo często kojarzy się z takim mnóstwem prawd i zasad, iż gubią w tym wszystkim jego istotę.

 

Oczywiście, że nie można poprzestać na tych podstawowych prawdach, które są jedynie pierwszym głoszeniem Ewangelii, zwłaszcza wobec niewierzących czy neopogan. Niemniej, bez ich przyjęcia wszystko inne jest pozbawione podstaw i prędzej czy później pozbawione tego fundamentu legnie w gruzach. Dlatego w pełni ewangelizować, znaczy głosić konkretną Osobę, którą jest Chrystus, jak uczy papież Paweł VI. Nie jest bowiem możliwa prawdziwa ewangelizacja, jeśli się nie głosi Imienia i nauki, życia i obietnic Królestwa i tajemnicy Jezusa Nazareńskiego - Syna Bożego.

Po tym wstępnym etapie przyjęcia Chrystusa, ewangelizacja prowadzi do pełni życia z Nim na drodze permanentnej katechezy. Jej celem jest wiara integralna i dojrzała, ogarniająca całą osobowość człowieka, odnajdującego w Nim pełny sens swego ziemskiego zaangażowania w perspektywie życia wiecznego.

 

 Powszechnemu lękowi egzystencjalnemu, już nie tylko poszczególnych jednostek, ale całych społeczeństw, można więc realnie przeciwstawić, właśnie poprzez nową ewangelizację, poczucie bycia kochanym.

 

To doświadczenie bycia kochanym ma z kolei przeprowadzić człowieka do postawy czynnej miłości i otworzyć go przez to na pełny rozwój ludzki i społeczny. „Ta synteza Ewangelii i codziennego życia, jak uczy Jan Paweł II, będzie najwspanialszym i najbardziej przekonywującym świadectwem ludzi świeckich, że nie lęk, ale poszukiwanie Chrystusa i przylgnięcie doń, decydują o stylu życia i wzrastaniu człowieka oraz o nowych sposobach egzystencji, bardziej zgodnych z ludzką godnością”.

 

Co jest więc ostatecznym celem nowej ewangelizacji?

Ostatecznym celem nowej ewangelizacji jest nie tyle oddziaływanie na poszczególne osoby, ile docelowe kształtowanie dojrzałych wspólnot kościelnych, w których wiara ujawnia się i urzeczywistnia w całym swoim pierwotnym znaczeniu jako przylgnięcie do osoby Chrystusa i do Jego Ewangelii, jako spotkanie i sakramentalna komunia z Chrystusem, jako życie w duchu miłości i służby”. Dzięki nowej ewangelizacji konieczne jest bowiem, budowanie i kształtowanie Kościoła jako wspólnoty wiary, a ściślej - jako wspólnoty wiary wyznawanej przez przyjęcie Słowa Bożego, sprawowanej w sakramentach i przeżywanej w miłości - będącej duszą chrześcijańskiego życia moralnego.

 

A jakie widzi Ksiądz konkretne zadania „na dziś”?

Za adhortacją apostolską „Christifideles laici” można tu wymienić następujące główne zadania ewangelizacyjne na dziś: krzewić poszanowanie dla godności ludzkiej, otaczać głębokim szacunkiem prawo do życia, chronić wolność religijną, uważać rodzinę za pierwszą płaszczyznę społecznego zaangażowania, krzewić miłość jako duszę i podstawę solidarności, poprzez zaangażowanie polityczne służyć wszystkim i każdemu, traktować człowieka jako ośrodek życia gospodarczo-społecznego, ewangelizować kulturę i kultury człowieka. Są to dziedziny tak ważne, że nieobecność tam chrześcijan, bezczynność lub obojętność wobec nich, rodzi wręcz winę moralną. Jest bowiem nieobecnością nieodzownego dla ludzi światła prawdy i ciepła miłości oraz przebaczenia, jakie niesie Ewangelia.

 

Zatem, Ewangelia winna być głoszona z nową gorliwością!

Trudności, na jakie dzisiaj napotyka Ewangelia, są wyjątkowe, a kontekst socjokulturowy zupełnie różny od tego, jaki mieliśmy kilkadziesiąt lat temu i wciąż się zmieniający. Dlatego też Ewangelię należałoby dzisiaj głosić zupełnie z nowym zapałem i nową gorliwością. Trzeba jej poświęcić wszystkie swoje siły i umiejętności, zdolności i możliwości. Jan Paweł II a za nim Benedykt XVI uczą, że Kościół musi dziś uczynić wielki krok naprzód na drodze ewangelizacji, wkroczyć w nowy etap historii swojego misyjnego dynamizmu. W świecie, który dzięki pokonaniu odległości staje się coraz mniejszy, wspólnoty kościelne winny utrzymywać między sobą łączność, wzajemnie wspierać swe siły i dzielić się środkami, razem się angażować w jedną, wspólną misję przepowiadania Ewangelii i żyć według jej wskazań.

 

Co, według Księdza Profesora, jest nieodzownym warunkiem nowej ewangelizacji?

Ogrom wyzwań, jakie niesie ze sobą nowa ewangelizacja jest do podjęcia jedynie na drodze, na której nic nie przeraża, ani nie zniechęca i z której nawet w obliczu groźby utraty wszystkiego, łącznie z własnym życiem, człowiek się nie cofa. Tą drogą może być tylko droga świętości, aż do męczeństwa włącznie. Wyzwaniu nowej ewangelizacji może sprostać jedynie wiarygodność świadectwa, wobec którego wszyscy i wszystko musi zamilknąć, gdyż w przeciwnym razie zdemaskuje swoją złą wolę i szatańską przewrotność.

 

Promowany jest dzisiaj styl życia, gdzie Bóg jest pomijany, a jeśli nie, to przywoływany jako oprawa uroczystości rodzinnych.

Postępuje „prywatyzowanie” wiary, do tego stopnia, że Kościół staje się zbędnym balastem, a kanon zasad wiary i moralności wypracowywany jest przez katolików tzw. niepraktykujących na swój własny użytek. Przedziwny paradoks! Największym utrapieniem młodego księdza katechety mogą się stać, nie ateiści, ale zajadle atakująca na lekcjach religii naukę Kościoła, młodzież katolicka. Zajmuje się człowiekowi współczesnemu czas, do tego stopnia, żeby nie miał okazji pomyśleć głębiej, a już na pewno poświęcić jego części na spotkanie z Bogiem. Rozdmuchuje się ludzkie potrzeby do granic wytrzymałości, dzięki ogłupiającej, sprytnie skonstruowanej reklamie.

Dzisiaj wobec globalnej mobilizacji zła i dziwnego stygnięcia ludzi w wierze i miłości, nie możemy niejako zwolnić się z pracy, czy odpowiedzialności za dzieło zbawienia świata. Chlubiąc się z dawnych ucisków, związanych z działaniem w nieustannej konfrontacji z bezbożnym komunizmem, przychodzi czas nie tyle na liczenie zasług, bądź też osiadanie na laurach, lecz na odważne podjęcie wyzwań teraźniejszości. Spostrzegamy bowiem, ku wielkiemu nieraz naszemu zdumieniu i zaskoczeniu, że prawdziwa walka z Kościołem na dobre się od nowa zaczęła. Jest ona wypowiedziana przez nowego wroga, który jest uzbrojony, nie tyle w aparat ucisku i przemocy służb bezpieczeństwa, co w piękne i współczesne hasła liberalizmu ideowego i etycznego, czy wprost antyklerykalizmu. Skłonne są w nie uwierzyć milionowe rzesze ludzi, gdyż staje on niby to w obronie ich wolności i praw. Ten niewidzialny przeciwnik, niby wyraża poglądy opinii społecznej, a w rzeczywistości manipuluje nią poprzez ukryte centra i organizacje o światowym zasięgu. Mają one prawo obywatelstwa w środkach społecznego przekazu, które wydają się nadawać jeden zgodny ton, temu jak ma żyć i postępować współczesny człowiek. Każdy, kto myśli inaczej jest przemilczany, jeśli nie ogłoszony jako oszołom i klerykał. W naszej Ojczyźnie doszło do dziwnego zjednoczenia dawnych i nowych wrogów Boga i Kościoła. Nie wiadomo, który wróg Boga był gorszy, czy ten dawny, który Mu zaprzeczał, czy ten nowy, który urządza świat bez Niego i Go skutecznie eliminuje i przemilcza.

 

Słyszy się często zarzut, nawet od tak zwanych praktykujących katolików, nie mówiąc już o zawodowych antyklerykałach, jakoby Kościół „mieszał się” do polityki. Ks. Prałat współtworzył Unię Laikatu Katolickiego, która w czasie transformacji ustrojowej w 1989 roku i później odegrała w naszym mieście znaczącą rolę. W stanie wojennym pomagał Ksiądz internowanym i represjonowanym. Czy Kościół powinien uczestniczyć w aktualnych przemianach społecznych w Ojczyźnie?

Podejmując ten problem należałoby przede wszystkim zaznaczyć, że zarzut „mieszania się” Kościoła w sprawy świeckie, np. do polityki, można by uznać za słuszny, gdyby Kościół jako taki, chciał kierować polityką jakiegoś państwa i wchodzić w jego kompetencje. Natomiast każde działanie, czy to pasterzy, czy świeckich, które ma za zadanie dawanie czytelnego świadectwa Chrystusowi i Jego Ewangelii w życiu społecznym, jest własną misją Kościoła. Jeśli np. dawanie świadectwa Ewangelii jest odczytywane jako akt polityczny, tak jak bywało z oceną przez Kościół systemu komunistycznego, to świadczy to tylko o tym, iż system ów był nieludzki, iż uderzał on zarówno w człowieka, jak i w Boga w człowieku. Kościół więc nie mógł „nie mieszać się” w sprawy tak pojętej polityki, gdyż inaczej zdradziłby sprawę człowieka, narodu, ale przede wszystkim podciąłby własne korzenie nadprzyrodzonej instytucji, prowadzącej do komunii człowieka z Bogiem. Tak pojęte „mieszanie się” jest dzisiaj chlubą Kościoła. Wiele osób świeckich i duchownych musiało przejść przez ogień doświadczeń, a nawet śmierci, aby stać się „znakiem sprzeciwu” i zarazem murem obronnym przed „czerwonym potopem”.

 

Podczas jednego z publicznych wykładów powiedział Ksiądz Profesor, że Kościół jest apolityczny. Proszę rozwinąć to stwierdzenie.

Kościół jest całkowicie apolityczny. Nie wiąże się on z żadnym systemem politycznym, będąc znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej oraz uważając człowieka za byt z natury religijny. Kościół domaga się jedynie wolności wyznawania i praktykowania religii, także w sposób publiczny. Ponieważ gromadzi ludzi o różnych poglądach politycznych, dlatego nie może się on opowiadać za jakąś partią czy konkretnym rozwiązaniem politycznym. Z kolei też, żadna partia nie może się podpierać Kościołem ani z nim całkowicie utożsamiać. Apolityczność Kościoła musi być poprawnie rozumiana. Polityka nie jest i nie może być bowiem wartością samą w sobie, lecz zawsze powinna być poddana wartościom wyższym, w tym wypadku religijno-moralnym. W ten sposób apolityczność Kościoła, nie jest brakiem jakiegokolwiek odniesienia do życia politycznego. Kościół uczy bowiem o podstawach moralności, na których wspierać się winien każdy gmach życia społecznego. Przypomina on o moralnym obowiązku brania udziału w życiu politycznym, wnoszenia wkładu w troskę o dobro wspólne, formuje polityków i ich sumienia, zwłaszcza wobec faktu, że teren polityki jest terenem zagrożenia moralnego człowieka /pieniądz, pycha, pożądliwość/.

 

Kościół nie uważa polityki za dziedzinę absolutnie autonomiczną, dla której warto czy wolno by poświęcić wszystkie inne wartości…

Przed polityką Kościół stawia wyższość wartości religijno-moralnych, przypominając w przeszłości i dzisiaj naczelne zasady Ewangelii Jezusowej: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” /Mt 16,26/ oraz „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” /Dz 5,29/.

 

A więc etyka przed polityką…

Suwerenność religii wobec totalitarnych zapędów każdego systemu politycznego - oto naczelna zasada, która reguluje relację wiary do polityki.

 

Kościół broni człowieka przed niesprawiedliwym systemem społeczno-politycznym.

Zdarza się przecież, że jakiś system bierze w jasyr naród, czyniąc z niego bezbronnego zakładnika. Wtedy właśnie instytucja Kościoła staje się czasami jedynym obrońcą bezbronnych, których prawa zostały pogwałcone. Wtedy to właśnie najczęściej, Kościół jest oskarżany o prowadzenie polityki. Jak jednak wykazał wybitny teoretyk katolickiej politologii - ks. prof. Józef Majka, zawsze jest to opozycja moralna, a nie polityczna i tylko z tych nadprzyrodzonych i moralnych motywów wolno ją Kościołowi, zgodnie zresztą ze swoją misją, podejmować.

 

Kościół broni suwerenności sumienia katolików przed inwazją błędnych doktryn moralnych i politycznych.

Głoszenie integralnej moralności indywidualnej i społecznej, należy do istoty posłannictwa Kościoła. Gdy więc państwo uzurpuje sobie prawo do jej gwałcenia, mimo iż wie, że obywatele wyznają określone wartości religijno-moralne, jest po prostu nieuczciwe. Zwłaszcza, gdy rozpoczyna kampanię na rzecz zmiany tych postaw. Czyli inaczej mówiąc, dokonuje jawnej lub ukrytej dywersji pod adresem Kościoła, a zwłaszcza jego wiernych. Ma to miejsce wtedy, gdy państwo nakazuje wiernym Kościoła słuchać innej nauki, aniżeli tej, którą głoszą im pasterze. Zwłaszcza, że przynależność do Kościoła jest całkowicie dobrowolna i każdy w sposób wolny utożsamia się z tą wspólnotą. Manipulowanie katolicką opinią publiczną jest więc jedną z największych niesprawiedliwości, jakiej się często dopuszcza tzw. państwo prawa, państwo demokratyczne.

 

A apolityczność hierarchii?

Mówienie o apolityczności Kościoła jako takiego, dotyczy także w całej rozciągłości hierarchii Kościoła. Nie należy do pasterzy Kościoła bezpośrednia interwencja w strukturę polityczną i w organizację życia społecznego. Na marginesie trzeba dorzucić, że istnieje w Kodeksie Prawa Kanonicznego zakaz działalności politycznej i związkowej przez duchownych. To zadanie należy do powołania świeckich, działających z ich własnej inicjatywy, razem z innymi współobywatelami. Wierni więc świeccy, czy to zrzeszeni, czy też działając pojedynczo, mają pełne prawo i obowiązek uczestnictwa w życiu politycznym. Mają także prawo do piastowania funkcji politycznych, nie wykluczając najwyższych i to nie jako bezwyznaniowcy, ale jako tacy, którzy reprezentują takie a nie inne poglądy polityczne, inspirowane Ewangelią. Inne ustawienie powyższego problemu zawsze będzie „pachniało” częściową lub całkowitą nietolerancją.

 

Księże Dyrektorze, z pewnością, miłym zaskoczeniem, a zarazem wielkim wyzwaniem dla naszego Kościoła częstochowskiego, było ogłoszenie przez Papieża decyzji o odbyciu Światowego Spotkania Młodych w Częstochowie, na Jasnej Górze.

Miało to miejsce 8 kwietnia 1990 roku, w Niedzielę Palmową, na Placu św. Piotra. Po Rzymie, po Buenos Aires oraz Santiago de Compostela, to Częstochowa została wybrana przez Papieża na kolejny etap pielgrzymowania młodych przez świat, pod Jego przewodnictwem. Myśleliśmy sobie: „to musiało się kiedyś stać”. Nie sposób bowiem przypuszczać, żeby Ojciec Święty w swej strategii ewangelizacyjnej we współczesnym świecie, pominął Polskę, swój kraj ojczysty, a zwłaszcza znane szeroko w świecie częstochowskie sanktuarium. Wybranie Jasnogórskiego sanktuarium zostało przyjęte przez nas wszystkich z radością, jako szczególnego rodzaju wyróżnienie i kolejny, tym razem wyjątkowy, o skali międzynarodowej, dar Jana Pawła II dla Kościoła w Polsce oraz własnego narodu. Kościół częstochowski zaś odebrał tę apostolską inicjatywę jako wyjątkową łaskę, świadczącą o zaufaniu Papieża do niego, zapraszającą do bezpośredniej współpracy w realizacji posługi Piotra wobec młodych całego świata.

 

Konkretny czas, w jakim miało się odbyć spotkanie częstochowskie, w kontekście przemian, jakie zachodziły na kontynencie europejskim, zwłaszcza po załamaniu się totalitaryzmu komunistycznego, upadku muru berlińskiego i wyłanianiu się nowych wolnych państw, był czasem opatrznościowym.

To właśnie, według pragnienia Ojca Świętego, na polskiej ziemi, pośrodku Europy i to w konkretnym świętym miejscu, gdzie tyle razy zawierzaliśmy się jako naród za wolność Kościoła w świecie i w ojczyźnie, ze szczególnym spojrzeniem w kierunku naszych granic wschodnich, miało dojść, po raz pierwszy w takim wymiarze, do spotkania młodych ze Wschodu i z Zachodu, rozdzielonych dotychczas przez wrogie sobie bloki militarne i zwalczające się systemy społeczno-polityczne. A mieli się spotkać młodzi w tym samym i jednym Duchu, Duchu Bożym, Duchu Świętym, rozważając hasło zaproponowane im przez Papieża: „Otrzymaliście ducha przybrania za synów” /Rz 8,15/. Ojciec Święty Jan Paweł II z rocznym wyprzedzeniem, 15 sierpnia 1990 roku, ogłosił orędzie na Światowy Dzień Młodzieży, przekazane nam osobiście w Częstochowie 14 sierpnia 1990 roku przez przewodniczącego Papieskiej Rady d/s Świeckich kard. Eduardo Pironio.

 

Jak więc widać, już w samym fakcie ogłoszenia przez Papieża miejsca spotkania młodzieży świata oraz w określeniu jego historycznego charakteru, kryje się profetyczny gest wielorakiego obdarowania naszego Kościoła partykularnego.

Wybranie Jasnej Góry w Częstochowie na miejsce światowego spotkania młodych, było szczególnym wyróżnieniem naszego Kościoła, w którym Jasna Góra zajmuje miejsce uprzywilejowane. Przyczyniło się to bowiem, ipso facto, do jeszcze większego rozpropagowania kultu Matki Bożej Częstochowskiej oraz obdarowaniem jego bogactwem wielu narodów. Szczególnym darem, jakim ubogacił się nasz Kościół częstochowski w czasie VI Światowego Dnia Młodzieży była żywa obecność Piotra, który nie ograniczył się do pielgrzymki do jednego narodu, lecz spełniał swą uniwersalną misję ewangelizacyjną. To właśnie z obecnością Apostoła Młodych, „skąpanego” w wielobarwnej, międzynarodowej wspólnocie, wiąże się dar orędzia, które przekazał On młodym na Jasnej Górze, 14 sierpnia w czasie Apelu Jasnogórskiego oraz 15 sierpnia w czasie Eucharystii młodych świata. To przesłanie, ważne dla wszystkich młodych całego świata, w szczególny sposób było przecież słyszane i przeżywane przez wszystkich nas, tworzących lokalny Kościół częstochowski. Z pewnością adresatami słów Papieża był cały świat, ale czyż nie w szczególny sposób nasz miejscowy Kościół, jako świadek, głosiciel i strażnik tych wielkich dzieł Bożych, których nie wolno zapomnieć, bo domagają się wierności Słowu, zapośredniczonemu na Jasnej Górze przez Maryję.

 

Swoje przesłanie, w dniu 14 sierpnia, Jan Paweł II oparł na słowach Apelu Jasnogórskiego: „Jestem, pamiętam, czuwam”.

Młodzież z Europy Wschodniej i Zachodniej, przy udziale młodych z innych kontynentów, śpiewała słowa Apelu Jasnogórskiego w dwóch językach, wyrażających dwie tradycje chrześcijańskiej Europy, w języku łacińskim i starosłowiańskim. Słowa te zostały przez Ojca Świętego wyjątkowo pogłębione przez medytację, przechodzącą w kontemplację.

 

Pośród wielkiego zgromadzenia młodych, zostały wniesione i uroczyście intronizowane symbole naszej wiary: krzyż, Ewangelia i Paschał oraz Ikona Jasnogórskiej Bogurodzicy.

 

Miały one ułatwić przeżycie tego, co w danym momencie, dzięki proklamacji Słowa, wspólnej modlitwie, śpiewowi i papieskiemu przesłaniu, mówił Duch Święty do młodych serc. A mówił bardzo prosto, o rzeczach niesamowicie istotnych. Papież przypominał, że Bóg, który określa siebie słowem JESTEM, Jestem Przymierza, Jestem Paschalnej Tajemnicy, Jestem Eucharystii, pozwala istnieć człowiekowi i wypowiadać wobec Niego swoje ludzkie „jestem”. W tym ludzkim „jestem” jest cała prawda istnienia i sumienia. A ponieważ świat chce odsunąć tę świadomość od człowieka, dlatego trzeba pytać, jak pytał Papież młodych: „jeżeli Boga nie ma, czy ty człowieku, naprawdę jesteś?” To rozważanie poprzedziło wniesienie Krzyża, dlatego ostatecznie Papież prosił młodych: „Patrzcie na Krzyż, w którym Boże jestem, znaczy Miłość”.

             

W kulminacyjnym momencie spotkania na Jasnej Górze, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Papież w czasie Eucharystii, sprawowanej przez tysiące kapłanów z całego świata, wraz z młodymi spoglądał z miłością i wdzięcznością na Maryję w Tajemnicy Wniebowzięcia, w której jaśnieje w pełnym blasku nasze powołanie synów i dziedziców Bożych.

Ojciec Święty, pragnął nie tylko skierować wzrok młodych na Maryję, ale ten wzrok, jak gdyby na Niej zatrzymać. „Maryja bowiem - jak uczył Jan Paweł II - jest znakiem spełnienia obietnic Bożych w wymiarach całego kosmosu. W tym znaku Maryi wracamy do Boga. My wszyscy, zachęcał Papież, mamy tak samo powrócić do Boga, skoro otrzymaliśmy przybrane synostwo w Jednorodzonym Synu Bożym, który stał się dla naszego przybrania Synem Człowieczym, Synem Maryi. Papież przestrzegał, że temu wszechogarniającemu powrotowi ludzi do Boga przeszkadza szatan, ojciec kłamstwa wraz ze swoimi współpracownikami, pragnąc człowieka wyzuć z przybranego synostwa i okraść z obiecanego mu dziedzictwa. Dlatego zachęcał młodych do wytrwania w tym synostwie ma wzór Maryi.

 

Dar VI Światowego Dnia Młodzieży przejawiał się w szczególny sposób w darze żywych osób młodych dziewcząt i chłopców, wszystkich ras i kultur, a szczególnie w darze tak licznej obecności młodzieży z byłych republik radzieckich, na którą Ojciec Święty tak bardzo liczył.

Dlatego Papież w swym końcowym przemówieniu - 15 sierpnia, tak bardzo tym darem się ucieszył i wskazał nam tym samym na jego wielką wartość. Stwierdził bowiem, że ten szósty z kolei Światowy Dzień Młodzieży posiada swoje szczególne znamię, które odróżnia go od poprzednich; bo po raz pierwszy uczestniczą w nim młodzi ludzie z Europy Wschodniej, których obecność jest niezmiernie ważna. Kościół powszechny, jak zauważył Ojciec Święty, potrzebuje ich świadectwa chrześcijańskiego jako cennego skarbu; świadectwa, za które trzeba było często płacić wielką cenę cierpienia w wyobcowaniu, prześladowaniach, w więzieniu. W Jasnogórskim Sanktuarium mogła młodzież z republik radzieckich dać światu publiczne świadectwo swej przynależności do Chrystusa i swej jedności z Kościołem.

 

Ks. Dyrektor był Przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego VI Światowego Dnia Młodzieży w Częstochowie. Jaką rolę spełniał tenże Komitet?

Czerpiąc inspiracje od Papieskiej Rady d/s Świeckich, Konferencji Episkopatu Polski oraz Pasterza naszej diecezji, Komitet Organizacyjny podjął się opracowania całościowej wizji VI Światowego Dnia Młodzieży, zarówno od strony duchowej, jak i technicznej, organizacyjnej. Wstępną koncepcję przygotowania oraz przebiegu VI Światowego Dnia Młodzieży, przedstawiłem jako Przewodniczący Komitetu, 14 sierpnia 1990 roku, goszczącemu w Częstochowie kard. Eduardo Pironio i uzyskałem jego aprobatę. Prace Komitetu miały szczególnie na celu:

 - Możliwie jak najszerszą i najszybszą informację w kraju, o spotkaniu z Papieżem w Częstochowie, aby dotarła ona do świadomości młodzieży polskiej, według zamiaru Papieża, głównego gospodarza tego światowego spotkania /wydawanie materiałów pomocniczych, plakatów, kaset, broszur, pamiątek/;

 - Szerokie rozpropagowanie idei VI Światowego Dnia Młodzieży, zwłaszcza w krajach Europy Środkowowschodniej, bowiem szczególnie na uczestnikach z tych krajów Ojcu Świętemu bardzo zależało, a dostęp do nich był utrudniony. Ponadto, ich status materialny mógł uniemożliwić im przybycie do Częstochowy;

 - Zaproponowanie duchowego, duszpastersko-katechetycznego programu przygotowania młodzieży, w celu rozpoczęcia przez nią tzw. duchowej pielgrzymki, o którą prosił Papież. Dlatego zostały zaproponowane Parafialne Rady Młodych oraz zaczął wychodzić w Częstochowie w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy „List Młodych do Młodych”, a także zeszyty z materiałami duszpasterskimi i katechetycznymi;

 - Opracowanie całego programu przebiegu VI Światowego Dnia Młodzieży, pomoc w organizacji Światowego Forum Młodych, wyznaczenie kościołów do katechez dla poszczególnych grup językowych, zorganizowanie kulturalnych imprez towarzyszących ŚDM, opracowanie koncepcji ogólnej i szczegółowej głównych nabożeństw od strony liturgicznej i artystyczno - muzycznej, szczególnie Apelu Jasnogórskiego Młodych oraz Eucharystii Młodych Świata;

 - Całkowita troska o logistykę, zakwaterowanie oraz częściowo wyżywienie wszystkich grup zagranicznych i krajowych, współpraca w tym względzie z wszystkimi szkołami i placówkami oświatowymi, zakładami pracy, wojskiem, harcerstwem, organizacjami społecznymi, itp. Przygotowano w sumie nocleg dla 1.610 tys. osób;

 - Zorganizowanie przekazu radiowego, na sześciu różnych częstotliwościach radiowych UKF, w celu odbioru z równoczesnym tłumaczeniem treści głównych nabożeństw oraz telewizyjnej transmisji dla uczestników VI ŚDM.

Te i inne prace Komitetu, którego dokumentacja zawiera opasłe tomy, czekające na opracowanie, świadczą o gotowości, chociaż na pewno nie zawsze pełnej i doskonałej, przyjęcia daru VI Światowego Dnia Młodzieży i chęci jego przygotowania, na miarę pragnienia Ojca Świętego.

 

Jak mi wiadomo, rzesze młodych, które przybyły do Częstochowy pod przewodnictwem swoich pasterzy, zarówno na pieszo jak i różnymi środkami lokomocji, zostały bardzo gościnnie przywitane i przyjęte. Znalazły schronienie, chociaż w skromnych warunkach.

Tym, którzy ze Wschodu, zwłaszcza z Rosji i Białorusi, nie mogli przybyć na swój własny koszt, zapewniliśmy darmowy przyjazd polskimi kolejami. Zostali oni serdecznie i bezinteresownie ugoszczeni w domach częstochowian oraz diecezjan. A była to grupa około 200 tys. osób. Częstochowa rzeczywiście, według pragnienia Ojca Świętego, stała się miejscem spotkania młodzieży Wschodu i Zachodu i to w niespotykanej liczbie i na niespotykanych warunkach. Młodzież np. z byłego Związku Radzieckiego, przyjechała do nas bez paszportów (ewenement nie do wyobrażenia na granicy zachodniej) i to na osobiste polecenie ówczesnego premiera ZSRR Walentina Pawłowa.

 

Przebieg VI Światowego Dnia Młodzieży obfitował w radość i entuzjazm…

I bez żadnych ekscesów i tragicznych wydarzeń, w tym ogromnym skupisku ponad półtoramilionowej rzeszy młodzieży. Powyższy fakt świadczy wyraźnie o tym, że dar Światowego Dnia Młodzieży został godnie i należycie przyjęty przez jego uczestników. A my, poprzez właściwą organizację, umożliwiliśmy i ułatwiliśmy także przyjęcie tego daru innym.

Darem VI Światowego Dnia Młodzieży jest również funkcjonujące do dziś, jedno z pierwszych w Polsce - katolickie radio.

Jako Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego VI ŚDM, zwróciłem się w dniu 5 czerwca 1991 roku do Ministerstwa Łączności z prośbą o przydzielenie częstotliwości na falach ultrakrótkich, zarówno w tzw. paśmie dolnym, jak i górnym, dla potrzeb Światowego Dnia Młodzieży. Minister Łączności inż. Marek Rusin wydał bardzo szybko, bo już w dniu 12 czerwca tegoż roku, decyzję pozytywną, przyznając Komitetowi siedem częstotliwości w paśmie UKF. Dwie z tych częstotliwości: 67.01 i 69.02 zostały przyznane w paśmie dolnym, a pięć w paśmie górnym: 90,6, 91,7, 98,4, 100,6, 103,4. Dwie z nich, a mianowicie: 67,04 i 103,4 zostały przeznaczone dla odbioru języka polskiego. I właśnie na tych częstotliwościach Komitet zdecydował się uruchomić radiostację katolicką VI Światowego Dnia Młodzieży.

 

Jest ks. Jubilat założycielem tegoż radia. Mało kto dzisiaj wie o tym, że to właśnie Księdzu zawdzięcza ono również swą nazwę „Fiat”.

Opracowałem koncepcję ideową radia oraz przy pomocy moich współpracowników program ramowy i szczegółowy. Zakupiliśmy sprzęt, który stanowił minimalne, aczkolwiek wystarczające wyposażenie, aby radio mogło rozpocząć nadawanie audycji. Nazwę radia „Fiat” zaproponowałem, jako najbardziej odpowiednią dla katolickiego radia w Częstochowie. Stanowi bowiem ono modelową odpowiedź Maryi na Boży plan. Nazwa „Fiat”, miała więc pomagać wiernym-słuchaczom w dawaniu odpowiedzi Bogu na Jego świętą wolę.

 

Po pokonaniu więc wszystkich przeszkód i załatwieniu wszelkich formalności, zdecydowano się uruchomić radio…

W dniu 10 sierpnia 1991 roku, o godz. 12.00 wraz z kilkoma osobami, w prymitywnych warunkach, klęcząc na ziemi, w pokoju bez umeblowania, odmówiłem modlitwę „Anioł Pański” i w ten sposób rozpoczął się stały, całodzienny program radiowy, na który składały się: modlitwa codzienna, różaniec, Msza św., informacje o Światowym Dniu Młodzieży oraz wiele bardzo ciekawych wywiadów z ludźmi, którzy gościli wówczas w Częstochowie. Od początku radio spotkało się z bardzo pozytywnym, jeśli nie wręcz entuzjastycznym, przyjęciem ze strony młodzieży oraz częstochowian, a także mieszkańców najbliższych okolic. Jego bowiem zasięg wynosił zaledwie 15 km, ze względu na ograniczoną moc nadajników /zaledwie 50 W/.

 

Po zakończeniu obchodów VI ŚDM radio funkcjonowało nadal…

Tak, przekształcając się powoli w radio diecezjalne. Jednakże w listopadzie 1991 roku, zostało zawieszone niesprawiedliwą decyzją Państwowej Agencji Radiowej, ze względu na rzekome zakłócanie innych radiostacji. Podporządkowaliśmy się tej krzywdzącej decyzji i zawiesiliśmy nadawanie, starając się o załatwienie wszelkich formalności, mających na celu uruchomienie na stałe radia „Fiat”. Nastąpiło to 3 maja 1992 roku, kiedy to już zostało ono formalnie i kanonicznie erygowane przez ks. arcybiskupa metropolitę Stanisława Nowaka i do tej pory służy naszej archidiecezji.

 

W swej książce „Parafia – kawałek nieba…” napisał Ksiądz Profesor: „Parafia to wspólnota Boga z ludźmi, kawałek nieba na ludzkiej, a czasami na bardzo nieludzkiej ziemi; miejsce, w którym Jezus Chrystus wciąż na nowo wciela się dla swojego ludu. Tu rodzi się On, trudzi, głosi Ewangelię, uzdrawia, podnosi, karmi, umiera, zmartwychwstaje i posyła Swojego Ducha”.

Tak jest w istocie! Parafia to Kościół bliski człowiekowi i jego codziennych spraw, to podstawowa komórka Kościoła powszechnego i partykularnego. Tutaj dokonuje się zakorzenienie Kościoła w najbardziej naturalnym dla człowieka miejscu, a więc w środowisku jego zamieszkania i przeżywania chwil powszednich i uroczystych.

 

Czyli, parafia jest dla nas niejako wielkim darem Boga i Kościoła?

Oczywiście! Problem jednak jest w tym, że ten dar możemy jednak odrzucić, zdystansować się do niego, czy w końcu wrogo do niego się nastawić. Dlatego też parafia jest nam nie tylko dana, ale zarazem zadana. W niej to nieustannie budujemy i odbudowujemy więzy nadszarpnięte czy też zupełnie zerwane, i to zarówno z Bogiem, jak i z naszymi braćmi i siostrami.

 

Sobór Watykański II, kreśląc odnowiony obraz Kościoła, wypracował nową wizję parafii, która jest wspólnotą wiary, nadziei i miłości.

I stąd powołaniem parafii, tej podstawowej wspólnoty kościelnej, jest dążenie, by stać się żywą ikoną Trójcy Świętej, Kościołem lokalnym, miejscowym, pochylonym nad człowiekiem w jego codzienności, tam gdzie ludzie mieszkają, gdzie są blisko siebie, gdzie tworzą małe ojczyzny.

Jeżeli parafię rozumiemy jako wspólnotę osób zbudowaną odgórnie przez Ducha Świętego, Słowo Boże, sakramenty, to w wizji pastoralnej opcją podstawową jest budowanie Kościoła pośród nas, niejako oddolnie, przez budowanie autentycznych więzi ludzkich, opartych na podstawowych wartościach: prawdzie, wolności, sprawiedliwości i miłości. Wtedy parafia daje świeckim i duchownym, stosowną przestrzeń działania, w której mogą się ujawnić i realizować różnorodne charyzmaty.

 

Parafia rodzi się i wzrasta poprzez głoszone Słowo Boże, któremu okazujemy posłuszeństwo. Staje się ona wówczas wspólnotą wiary…

W parafii, karmieni Ciałem Bożego Syna, stajemy się w Nim jednym Ciałem, a dla siebie wzajemnie członkami. Parafia wtedy ukazuje się nam jako wspólnota eucharystyczna. Ta więź z Bogiem i ludźmi trwa w nas i promieniuje na zewnątrz, gdy ożywia nas miłość, która przybiera w parafii formę braterskiej służby wszystkich wobec wszystkich. W parafii pouczeni i nakarmieni Słowem Bożym i Eucharystią mamy siłę żyć tak, jak sobie Jezus tego życzył i dawać świadectwo wobec świata, że człowiek jest przez Boga kochany wiernie, aż do Krzyża, aż do Eucharystii. To świadectwo dajemy zwłaszcza słowem, a jeszcze bardziej życiem, przez konkretną troskę o najuboższych i tworzenie ognisk cywilizacji miłości w naszych rodzinach, sąsiedztwie, miejscach pracy i wypoczynku.

 

Podstawowa kwestia, jaka jawi się, zamyka się w pytaniu, o jaką rzeczywiście parafię nam chodzi?

Jeśli parafia ma być podmiotem wspólnotowego urzeczywistniania czynnej miłości, to od razu trzeba sobie powiedzieć, iż nie można na nią patrzeć wyłącznie jak na instytucję filantropijną, komórkę administracji kościelnej, punkt świadczący usługi dla ludności, poradnię czy kasę zapomogowo-pożyczkową. Pragniemy z jednej strony odejść od często jeszcze funkcjonującej wizji parafii, pojmowanej tylko jako instytucja. Z drugiej zaś strony, pragniemy odciąć się od zlaicyzowanego spojrzenia na parafię, jako instytucji oddziaływania czysto socjalnego, wręcz filantropijnego, obok innych instytucji dobroczynnych społeczeństwa świeckiego.

Zadał Ksiądz pytanie: O jaką więc parafię w gruncie rzeczy chodzi? Chodzi właśnie o taką parafię, która będzie otwarta na każdego człowieka i która będzie wychodziła naprzeciw każdej jego potrzebie. Jednak, aby dobrze zrozumieć, na czym polega prawdziwa istota i sens parafii, należałoby koniecznie odwołać się do współczesnej, teologicznej wizji parafii, oczywiście, tylko w podstawowych jej rysach.

 

Jaka zatem jest współczesna, teologiczna wizja parafii? Ks. Profesor jest wyśmienitym znawcą tego zagadnienia, gdyż jak wiem Jego dysertacja habilitacyjna dotyczyła właśnie tego problemu.

Współczesna teologiczno-kanoniczna wizja parafii oparta jest o soborową ideę eklezjologiczną - „communio”. Jest więc ona określana jako wspólnota, podstawowa i niezastąpiona, ukonstytuowana w Kościele partykularnym, a czyniąca w jakiś sposób widzialnym cały Kościół powszechny. Tak jak Kościół określa się ją mianem wspólnoty wiary, nadziei i miłości. Parafia buduje się poprzez Słowo, sakrament i służbę miłości – elementy składające się na jej ewangelizacyjną funkcję. Dlatego też, parafia jest zwana podstawowym ośrodkiem ewangelizacji i katechizacji Kościoła. W przeciwieństwie do pojmowania tradycyjnego, parafia w ujęciu kościelnego nauczania posoborowego, jawi się jest wspólnota personalna – osobowa, a nie tylko terytorialna. Naczelną służbę w budowaniu wspólnoty parafialnej Kościół przypisuje proboszczowi oraz współdziałającym z nim innym duchownym, jak i świeckim, zarówno indywidualnym jak i zorganizowanym.

 

W szczególny jednak sposób akcentuje się diakonalny wymiar Kościoła, który urzeczywistnia się we wspólnocie parafialnej.

Wymiar ten można streścić w stwierdzeniu – wszystko jest diakonią, służbą. Jak to podkreśla wielu teologów, ten diakonalny wymiar Kościoła, należy od samego początku do istoty jego posłannictwa i nie może być tylko zawężony do zwykłej dobroczynności. W tej perspektywie cała egzystencja chrześcijańska, zarówno w swym wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym, jawi się jako diakonia, tak wobec wspólnoty Kościoła, jak i całej ludzkości. Egzystencja chrześcijańska jest ze swej natury służbą. W Nowym Testamencie kategoria ucznia i sługi pokrywają się. Przy różnych okazjach Jezus, który jest Sługą, nauczał nas, że właściwy i chrześcijański styl życia jest służbą i jest uczestnictwem w służbie Jezusa–Sługi. To w ramach tego podstawowego uwarunkowania egzystencji chrześcijańskiej sytuują się różnorodne posługi – ministeria. W języku greckim, w Nowym Testamencie oznaczają je terminy diakonia-służba, diakonos – sługa. Są one wykonywaniem tej odpowiedzialności, którą posiada wspólnota, która uczestnicząc w służbie Chrystusa, winna się samobudować.

W takiej perspektywie teologicznej Kościoła i jego diakonii rysuje się obraz parafii, o jaką rzeczywiście nam chodzi. Parafia to wspólnota par excellence diakonalna – wspólnota czynnej służby miłości. To właśnie w takim pojmowaniu parafii, znajduje się klucz do integralnie rozumianej dobroczynności – jako służebnej miłości we wszystkich wymiarach.

 Z tak pojętej parafii, w sposób logiczny i niejako naturalny, wypływa cała troska o wszystkich braci w tym samym człowieczeństwie, o wszystkich obywateli świata, o wszystkich stworzonych i odkupionych. Wtedy właśnie troska ta, jawi się nie jako zabieg organizacyjny, filantropijna, wcale nieobowiązkowa działalność, lecz jako wymóg płynący z samego teologicznego jądra parafii, pojmowanej jako wspólnota miłości służebnej. Mówiąc tak o parafii, nie pomijamy innych podstawowych wymiarów i funkcji parafii, jakimi są; głoszenie Ewangelii /martyria/ - i sprawowanie kultu /leiturgia/, lecz akcentujemy to, co należy do istoty Kościoła jako wspólnoty miłości /diakonia/.

 

Skoro diakonia parafii ma być ostatecznie diakonią wartości, można zapytać w tym momencie, o jakie wartości chodziłoby przede wszystkim?

Diakonia w parafii winna iść w tych czterech kierunkach, jako diakonia: prawdy, wolności, sprawiedliwości, a zwłaszcza diakonia miłości. Jakże pięknie mówił o tym Jan Paweł II, na Polskim Wybrzeżu, stwierdzając, że człowiek współczesnej cywilizacji zagrożony jest chorobą powierzchowności, niebezpieczeństwem spłycenia. Trzeba pracować nad odzyskiwaniem głębi – tej głębi, która właściwa jest ludzkiej istocie. Tej głębi, która wzywa jego umysł i serce, podobne jak morze wzywa. Jest to właśnie głębia prawdy i wolności, sprawiedliwości i miłości, głębia pokoju.

 

Chociaż cała parafia jest wspólnotą i podmiotem takiej diakonii, to jednak w jej ramach istnieją poszczególne mniejsze wspólnoty diakonii. Gdy spojrzymy, zwłaszcza na model realizacyjny współczesnej parafii, jako wspólnoty wspólnot, to odkryjemy wymiar diakonalny we wszystkich jej mniejszych wspólnotach.

Na pierwszym miejscu i przed wszystkimi innymi wspólnotami, taką podstawową wspólnotą służby w parafii jest rodzina. Rodzina też, tkwiąc w konkretnym środowisku życia, ma najwięcej okazji, by jako pierwsza, widzieć różnorakie potrzeby ludzkie i natychmiast im zaradzać. Następnie wspólnotą diakonalną winno być „jądro parafii”, a więc ekipa duszpasterska kapłanów i świeckich, jako jej ośrodek kierowniczy. Nadto, parafialne rady, duszpasterskie zespoły, grupy, stowarzyszenia, które podejmują, czy to animację kultu, katechezę, czy też działalność społeczno-kulturalną, czy wreszcie ściśle charytatywną. Ekspresją zaś parafii, jako wspólnoty diakonalnej, winien być Parafialny Oddział Caritas, który we współpracy z innymi podmiotami apostolstwa w parafii, winien być „współczującym sercem”, „oczami” widzącymi człowieka w potrzebie, „uszami” nasłuchującymi jego niewypowiedzianego nieraz bólu, „rękami” wyciągniętymi nieustannie w geście pomocy.

 

A więc opcja na rzecz ubogich…

Są różne rodzaje ubóstwa. Są ludzie ubodzy duchowo, którzy mówią, że są bogaci, a w rzeczywistości reprezentują sobą wielkie ubóstwo wewnętrzne. Pozwolili się oni bowiem okraść z własnego człowieczeństwa i ze swej godności chrześcijańskiej. To kategoria bogatych materialnie, a ubogich przed Bogiem. O tych ludzi, należy się troszczyć, jako o „ubogich”, przez wszelkie środki dialogu, serdecznego kontaktu, a nawet braterskiego napomnienia: Pamiętaj, umrzesz! I z czym staniesz przed Bogiem? Są ubodzy i duchowo i materialnie. Trzeba by było o nich mówić, jako o jakiegoś rodzaju „nędznikach”, ludziach, którzy z własnej winy sami pozbyli się, albo pozwolili się pozbawić podstawowych wartości duchowych i materialnych. Im to, w szczególny sposób, należy się nasza troskliwa miłość, gdyż są podwójnie biedni.

 

Obok tych kategorii „ubogich” mamy ludzi ubogich materialnie a bogatych duchowo.

Są to ci, którzy niejednokrotnie reprezentują sobą wielkie walory serca i umysłu, lecz bez własnej winy znajdują się w dramatycznie trudnych warunkach materialnych. Nie zawinili oni w niczym własnej biedy, głodu chleba czy miłości. To właśnie pośród nich jest dużo głodnych dzieci i młodzieży, wiele zbolałych, samotnych matek, chorych i opuszczonych osób starszych. W parafii trzeba wychodzić naprzeciw tym wszystkim ludzkim biedom, organizując dla nich pomoc charytatywną.

 

Powiedział Ksiądz Profesor, że wspólnotą diakonii, należącą niejako do „jądra parafii” jest Parafialna Rada Duszpasterska.

Aby w pełni odkryć istotę posoborowej struktury pastoralnej, jaką jest Parafialna Rada Duszpasterska – trzeba na pierwszym miejscu zwrócić uwagę na poprawne rozumienie terminu „rada”. Według intencji Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, zawartej wprost w kodyfikacji prawa Kościoła powszechnego i partykularnego, ów termin nie oznacza tej samej rzeczywistości, co w języku społeczno-politycznym. Niezrozumienie tego faktu prowadzi do bardzo bolesnych pomyłek i związanych z nimi napięć w łonie poszczególnych wspólnot kościelnych. Nie chodzi tu bowiem o świecki organ, w łonie takiego czy innego systemu społeczno-politycznego, o jedną z instytucji towarzyszących demokracji. Nie chodzi tutaj o organ posiadający władzę, wyposażony w określone kompetencje, podejmujący takie czy inne decyzje i je egzekwujący. Tak, jak Kościoła nie da się sprowadzić do ram czysto instytucjonalnych i porównywać go ze społecznościami ziemskimi, tak i rady działające w jego ramach nie utożsamiają się z radami działającymi w społeczności ziemskiej. Kościół bowiem, posiada specyficzny ustrój o charakterze hierarchicznym i wprowadzanie przez niego instytucji rad w niczym nie może tego ustroju podważać. Stąd też rada, rozumiana jest w Kościele, zgodnie z etymologią tego słowa, tzn. ma ona na celu radzić, a nie decydować czy rządzić. Posiada ona zawsze głos doradczy i ma charakter opiniodawczy oraz konsultacyjny. Powyższe atrybuty rady podkreślają z całą mocą wszystkie dokumenty kościelne. Nie oznacza to wcale, że glos Rady jest mało ważny, czy też nie inspirujący. Glos ten winien być brany pod uwagę przez władze kościelne i niejednokrotnie może on bardzo pomóc w podjęciu odpowiedniej decyzji. Lecz nie wiąże on władzy kościelnej. Działa ona bowiem zawsze w sposób nieskrępowany, nawet gdyby miała nie usłuchać głosu rady. I o tym zasadniczym rysie każdej rady kościelnej, także w naszym wypadku Parafialnej Rady Duszpasterskiej, nie wolno nam nigdy zapominać.

 

Usiłując zrozumieć instytucję Parafialnej Rady Duszpasterskiej, trzeba z konieczności sięgnąć do jej korzeni teologicznych.

To nie moda na demokrację, lub taki czy inny kaprys, albo też jakiś nacisk z zewnątrz podyktował Kościołowi wprowadzenie instytucji rad duszpasterskich. Trzeba zrozumieć to, co dokonało się na Soborze Watykańskim II. Kościół baczniej przyjrzał się sobie samemu i swojej misji we współczesnym świecie. Z tej nowej posoborowej wizji Kościoła oraz jej praktycznej realizacji zrodziła się idea rady duszpasterskiej. Podstawą teologiczną najbardziej zasadniczą dla Parafialnej Rady Duszpasterskiej jest prawda o wspólnej godności wszystkich ochrzczonych, włączonych w kapłaństwo powszechne Chrystusa, tworzących jeden Lud Boży, Mistyczne Ciało Chrystusa, mieszkanie Ducha Świętego oraz wypływająca z tej prawdy odpowiedzialność za wspólny Kościół, według właściwych funkcji każdego z jego członków, urzędów i charyzmatów. Parafialna Rada Duszpasterska stanowi szczególną grupę ludzi, która w łonie parafii wspiera swą radą proboszcza, budując wraz z nim Kościół na danym miejscu i w danym czasie oraz biorąc w ten sposób za niego solidarną odpowiedzialność.

 

Z samej nazwy Rady wynika, że ma mieć ona charakter duszpasterski.

Ten pastoralny charakter Parafialnej Rady Duszpasterskiej jest konieczny do uwypuklenia z tego względu, że często ogranicza się jej działalność tylko do spraw czysto technicznych czy finansowych, albo też lwią część czasu zajmują Radzie tylko te problemy. Pomyłka ta jest pełna niebezpieczeństw: rozliczania finansowego księży czy też poważnego zubożenia Rady, która staje się zwykłym komitetem społecznym, tracąc na swej duchowości i pastoralności. Na czym więc polega ta duchowość i pastoralność Parafialnej Rady Duszpasterskiej? Papież Jan Paweł II tak to tłumaczy w parafii św. Marka Ewangelisty w Rzymie, w dniu 29 stycznia 1984 roku: „Pastoralność” – duszpasterski charakter każdej rady duszpasterskiej, polega na uczestnictwie nas wszystkich, wszystkich chrześcijan, wszystkich ochrzczonych i każdego chrześcijanina, zgodnie ze swoim własnym doświadczeniem chrześcijańskim, ze swoimi własnymi przekonaniami chrześcijańskimi, w misji Chrystusa Dobrego Pasterza. Jesteśmy z pewnością Jego owczarnią, lecz także jesteśmy w pewien sposób Jego współpracownikami, współpasterzami”. W świetle tych słów, Parafialna Rada Duszpasterska uczestnicząc w misji Chrystusa Dobrego Pasterza winna zajmować się sprawami wyłącznie duszpasterskimi, mającymi na celu uświęcanie człowieka i jego ostateczne zbawienie. Oczywiście, że duszpasterstwo ma również swój wymiar ekonomiczny, finansowy, ale pełni on zawsze rolę służebną w stosunku do wartości zbawienia i wprost nie powinien być przedmiotem obrad Rady Duszpasterskiej. Mówiąc bardziej konkretnie: Parafialna Rada winna zajmować się tym, co związane jest z podstawowymi funkcjami parafii jako takiej, a więc głoszeniem Ewangelii, liturgią i diakonią. Powyższa aktywność ma doprowadzić do uformowania się autentycznej wspólnoty w Chrystusie.

 

I tutaj niejako natrafiamy w sposób naturalny na konieczność istnienia w Kościele jakiejś formy, wręcz struktury współpracy w dziele ewangelizacji między hierarchią a laikatem.

Taką strukturą współpracy w dziele ewangelizacji jest Akcja Katolicka. Specyfika tej współpracy polega na tym, że cały nacisk w Akcji Katolickiej położony jest na apostolstwo ludzi świeckich. To wierni świeccy tworzą Akcję Katolicką, duchowni są tylko jej asystentami; to świeccy nią kierują i biorą za nią pełną odpowiedzialność. W Akcji Katolickiej wierni świeccy niejako odnajdują swoje obywatelstwo i podmiotowość w Kościele, swoją godność i wynikające z niej powołanie. Odkrywają także tę prawdę, że nie tylko należą do Kościoła, ale są Kościołem oraz biorą za niego i za jego misję odpowiedzialność.

 

Czy zatem potrzebny jest mandat hierarchii, udzielany wiernym świeckim?

Ten mandat hierarchii udzielany Akcji Katolickiej poprzez widzialną osobę asystenta kościelnego: biskupa czy kapłana, należy poprawnie rozumieć. Nie jest on, bowiem tyle udziałem w posługiwaniu hierarchii, lecz wypełnianiem przez wiernych świeckich właściwego im powołania. Hierarchia tylko porządkuje owo apostolstwo w Kościele i czuwa nad jego poprawną realizacją. Powołanie świeckich do apostolstwa wynika z powołania chrześcijańskiego, a nie jest tylko jakąś delegacją, ze strony hierarchii. Realizacja tego powołania jest realizacją misji prorockiej, kapłańskiej i królewskiej Chrystusa przez ludzi świeckich. Widać, więc wyraźnie z tego, że Akcja Katolicka, pojęta jako współdziałanie w budowaniu Kościoła i podejmowaniu przez niego misji ewangelizacyjnej wobec świata jest wpisana w naturę i strukturę Kościoła. Nie może ona nie istnieć, a brak jej istnienia świadczy o tym, jak poucza Sobór Watykański II, że Kościół tak do końca się jeszcze nie zaszczepił, nie rozwinął i w związku z tym nie wypełnia do końca właściwej mu misji.

 

„Tak” więc dla Akcji Katolickiej jest, więc, w pewnym sensie „Tak” wypowiedzianym pod adresem Kościoła.

I tak pojętą Akcję Katolicką nazywa Sobór Watykański II prawdziwym urzędem kościelnym, który sprawowany jest zespołowo, w przeciwieństwie do np. urzędu kapłańskiego, czy katechetów, sprawowanych indywidualnie. Do założenia Kościoła i do rozwoju wspólnoty chrześcijańskiej, konieczne są różne urzędy kościelne, powoływane przez Boga spośród wiernych... Zalicza się do nich urząd kapłanów, diakonów, katechistów oraz Akcję Katolicką.

 

Akcja Katolicka za pierwszą i podstawową przestrzeń swojego istnienia i działania przyjmuje wspólnotę Kościoła.

Kościół, bowiem zanim stanie się wspólnotą ewangelizującą innych, musi być wspólnotą ewangelizującą samego siebie. I to zarówno w wymiarze indywidualnym jak i wspólnotowym. Stąd też, autoewangelizacja poszczególnych członków Kościoła, jak i jego różnorodnych wspólnot, w tym na pierwszym miejscu wspólnoty diecezjalnej i parafialnej - to warunek wiarygodności i owocności Akcji Katolickiej. Dlatego też, chociaż Akcja Katolicka posiada w swojej nazwie termin mówiący o działaniu, akcji, to akcja ta jest specyficznie pojmowana, zgodnie z resztą z całą tradycją Kościoła. Każde, bowiem działanie Kościoła wypływa z wnętrza, z jego zjednoczenia z Chrystusem jako Głową, z życia duchowego i modlitwy. I dlatego na pierwszym miejscu Akcja Katolicka winna stawiać na formację. Formacja powinna wszystko rozpoczynać w Akcji Katolickiej; towarzyszyć działaniu, a więc być formacją permanentną oraz proponować formację innym.

 

Dużo mówi się dzisiaj w kręgach duszpasterskich, że katecheza szkolna nie sprawia podstawowego skutku, jakim winna być obecność dzieci i młodzieży na niedzielnej Eucharystii. W języku pastoralnym wielu duszpasterzy mówi już o jakimś poważnym „odpływie” młodych od ołtarza, czy nawet swoistego zjawiska „odspawania” dzieci od ołtarza. Niejednokrotnie wobec bardzo wielu wysiłków duszpasterskich i katechetycznych, podejmowanych w tym względzie, i to z miernym wynikiem, pojawia się wśród katechetów pokusa zniechęcenia czy nawet rezygnacji. Poczucie jakiejś niewątpliwej porażki jest szczególnie silne, gdy po wieloletnim i poważnym przygotowaniu do sakramentów świętych, dzieci i młodzież znikają z kościoła zaraz niejako po przyjęciu Pierwszej Komunii św. czy bierzmowania.

Problem ten winien być przedmiotem szczególnego zainteresowania ze strony duszpasterzy i katechetów z wielu powodów i to zarówno czysto teoretycznych, jak i bardzo praktycznych. Powstaje więc pytanie o to, gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy i jak ją usunąć, czy chociażby zminimalizować? Przyczyny rozdziału między katechezą a Eucharystią w życiu dzieci i młodzieży są niewątpliwie złożone. Na pierwszym miejscu należy stwierdzić, że to od samych dzieci i młodych zależy odpowiedzialność za rozwój wiary i udział w życiu sakramentalnym. Niewątpliwie ogromny wpływ ma w tej materii środowisko rodzinne, które albo sprzyja, albo wręcz hamuje wzrost w wierze. Lecz nie mogą się zwolnić od odpowiedzialności w tym względzie katecheci. Ich funkcja bowiem nie polega tylko na czystym teoretyzowaniu, lecz na dawaniu takiego świadectwa wiary w Chrystusa i takiego jej przekazywania, aby w konsekwencji prowadziła ona katechizowanych do życia sakramentalnego, zwłaszcza Eucharystii. Nawet więc, najbardziej gorliwy katecheta, nie może powiedzieć, że jest bez winy. Któż bowiem może się pochwalić aż tak głęboką wiarą w Słowo Boże i w Eucharystię, iż natchnął, wręcz zafascynował dzieci i młodzież tą rzeczywistością wiary?

 

Jako wieloletni katecheta młodzieży przekonałem się niejednokrotnie, że bardzo ważną rzeczą na katechezie jest sztuka umiejętnego zainicjowania rozmowy o Bogu.

Tak jak w każdej autentycznej rozmowie między osobami, tak również, a może jeszcze bardziej, w rozmowie o Bogu i to z młodym człowiekiem, musi zaistnieć uprzednio autentyczna relacja osobowa, pełna wzajemnej akceptacji, zaufania i zrozumienia osoby, do której się zwraca. Po prostu relacja między osobą mówiącą o Bogu i słuchającą. Ponadto, cały proces komunikacji między nimi powinien dokonywać się na wspólnej platformie. Winno to być swoistego rodzaju „nadawanie na tych samych częstotliwościach. Słuchający o Bogu winien wyrobić sobie pozytywny obraz człowieka przemawiającego do niego szczerze i bezinteresownie, posiadającego kompetencję i cieszącego się wiarygodnością, a co najważniejsze mówiącego o prawdzie, której sam doświadczył, która stanowi treść jego życia i za którą gotowy jest do wielkich poświęceń, a nawet do oddania życia.

 

Ważna tu będzie dojrzała postawa wiary człowieka mówiącego o Bogu, a więc osobowość Bogiem promieniująca, która przemawia nie tylko od siebie i tak sobie, ale mówi całą sobą, promieniuje prawdą i chce się nią dzielić.

 

Szczególnie liczyć się będzie tutaj zapał, gorliwość, siła przekonania, mądrość serca, a nie tylko wiedza, która przeradza się nieraz w mędrkowanie czy moralizowanie. Ważna zwłaszcza w środowiskach o wysokiej kulturze duchowej i intelektualnej będzie kompetencja naukowa, chociaż wydaje się, że nigdy nie będzie ona decydująca w tym względzie. Wreszcie, ważny jest tutaj język przekazu, który będzie służył komunikacji międzyosobowej i jej nie utrudniał. Tak poprawnie po ludzku nawiązany kontakt osobowy, zaledwie tutaj naszkicowany, może dopiero stanowić punkt wyjścia, swoistego rodzaju start do następnego etapu dialogu.

           

Zwykle, gdy udajemy się na ważną rozmowę, decydującą o naszym losie, albo takąż chcemy z kimś przeprowadzić, obmyślamy starannie cały jej przebieg, zastanawiając się najczęściej, od czego zacząć.

Właśnie ten problem wydaje mi się najistotniejszy w inicjowaniu rozmowy z młodymi o Bogu. Nieraz bowiem, już na początku, kontakt z młodym człowiekiem „nie wypali”. Niejeden katecheta czy duszpasterz przeżywa wewnętrzną mękę, gdy widzi, że to, o czym zaczyna mówić wcale młodzieży nie interesuje, po prostu jej to nie obchodzi. Oni tego nie czują - często mówimy. Może się nawet zdarzyć, że uderzenie w niewłaściwy ton, rodzi u młodych agresję.

 

Od czego więc zacząć, żeby rozmowa nie tylko „się kleiła”, ale odpowiadała na najbardziej żywotne oczekiwania rozmówcy?

 

Jestem przekonany, że w każdym człowieku, o każdej porze jest taki „punkt zaczepienia”, o który można „zahaczyć”, aby doszło do głębokiej rozmowy religijnej. Mówiąc inaczej, do każdego człowieka istnieje klucz, chociaż czasami człowiek lubi zmieniać zamki i trzeba wciąż dorabiać nowy klucz do jego wnętrza. Znalezienie tegoż klucza, a nie stosowanie jakiegoś pasującego do wszystkich ludzi „wytrycha” czy, broń Boże, otwieranie człowieka na siłę, to rzeczywisty problem, który przed nami staje, gdy przychodzi nam mówić o Bogu. Ilustrację tego prawa znajdujemy w Ewangelii. Pan Jezus stosuje tak różne metody docierania do człowieka i na różne sposoby szuka do niego dostępu. O co innego pyta Samarytankę, w inny sposób podchodzi do Nikodema, inaczej traktuje Syrofenicjankę, jeszcze inaczej podchodzi do Zacheusza. Na każdego z tych rozmówców miał Pan Jezus przysłowiowy „haczyk” i łowił ich na niego, chwytając każdego z osobna za to „miejsce”, za które byli do uchwycenia.

 

Pan Jezus, jak powie Ewangelista „nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje” /J, 2,25/, stąd zawsze „trafiał w dziesiątkę”.

 

My natomiast musimy tę wiedzę o młodym człowieku posiąść w mozolnym dialogu, bacznej obserwacji, a także na kolanach. Jest to jednak przynajmniej w jakimś stopniu możliwe. Mamy przecież w naszych duszpasterstwach młodzieżowych to doświadczenie, gdy z młodymi można było rozmawiać o Bogu bardzo głęboko, ale najpierw trzeba było ich niejako „rozgryźć”. W tym celu najczęściej proponujemy młodym tematy, które by chcieli sami poruszać, albo też pozwalamy im mówić w dialogu osobistym w konfesjonale czy poza nim, co ich boli i co aktualnie przeżywają.

Konkretyzując ten pierwszy postulat umiejętnego inicjowania rozmowy o Bogu przez znalezienie swoistego rodzaju „punktu zaczepienia”, a którym mogą być problemy życiowe młodych, ich realne potrzeby duchowe, podstawowy ból, fundamentalna opcja czy największa fascynacja, trzeba by było sprecyzować podstawowy wymóg pod adresem tych, którzy chcą młodym dzisiaj mówić o Bogu. Winni oni najpierw dogłębnie poznać młodych, wejść maksymalnie w ich świat, taki jaki on jest, bez sądzenia i potępiania, by zobaczyć, co w młodym sercu krzyczy czy wręcz „wyje” za Bogiem, chociaż na pozór tak to nie wygląda, a może nawet jest to zakryte przed oczami samego młodego człowieka.

 

Jakie więc, mogły by być to punkty zaczepienia?

 

Wśród konkretnych przykładów takich stanów młodych serc, które mogą posłużyć niejednokrotnie jako „punkt zaczepienia” w rozmowie z młodymi o Bogu, można wymienić np.: przeżywanie przez nich pierwszej miłości i zawodu przez nią spowodowanego, niezawinione cierpienie, sens życia i śmierci, bezdroża moralne młodych, nałogi, tajemnica zła, agresja i zaborczość dzisiejszej cywilizacji wobec wrażliwych młodych serc, poczucie odrzucenia i przegrania życia, itp.

 

Skoro człowiek jest w swej złożonej i tajemniczej egzystencji ludzkiej ułożony w swoisty znak zapytania, to Bóg stanowi rzeczywiste rozwiązanie wszystkich tkwiących w nim pytań.

 

Ujawnienie przez młodych i poznanie przez nas ich rzeczywistego duchowego zapotrzebowania, stanowi zasadniczy zwrot w dialogu z młodymi na temat Boga. Na ten problem, na to nurtujące dogłębnie pytanie, na to głębokie zranienie, na ten ból, na ten krzyk, na tę tęsknotę niezaspokojoną, tylko Bóg jest odpowiedzią, Trzeba jednak najpierw to, co w człowieku woła za Bogiem, zlokalizować i młodym uświadomić. Trzeba te żywotne, wspólne, a jednocześnie bardzo indywidualne problemy życiowe odnaleźć w człowieku, trzeba człowieka niejako w tych miejscach bolących przycisnąć, aby zaczął „śpiewać” o tym, co go nurtuje i boli. Gdy od tej strony podejdziemy do człowieka, chcąc z nim rozmawiać o Bogu, to Bóg zaczyna jawić się człowiekowi, nie jako teoria oderwana od życia, wydumana zasada filozoficzna, zimny Absolut, który wprawdzie istnieje, ale po co mi on, gdy ja jestem obojętny Jemu, a On mnie.

 

Bóg jawi się człowiekowi jako Absolutna Konieczność narzucająca się wręcz siłą faktu, porządkująca człowiecze myślenie i chcenie, kochająca i akceptująca człowieka i pozwalająca się mu również kochać i obdarzyć zaufaniem.

 

Na takie dogłębne zapotrzebowanie młodego człowieka na Boga odpowiadamy przez autentyczne, wiarygodne głoszenie mu Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, którą trzeba skonkretyzować i zindywidualizować, w zależności od tego, z kim rozmawiamy i jaki temat z nim poruszamy. Młody człowiek w swych poszukiwaniach, egzystencjalnych smutkach, wątpliwościach, moralnych rozdrożach, musi usłyszeć to, co mu jest na prawdę potrzebne: Bóg Cię kocha takim, jakim jesteś, bez żadnych wstępnych warunków, chociaż chciałby, żebyś bardziej przypominał Jego obraz. Pokaleczyłeś siebie i innych przez grzech. A On z miłości nie tylko pozwolił pokaleczyć, ale nawet zabić Swojego Syna za Ciebie! Gdy ty nie potrafiłeś żyć właściwie i zaprzedałeś się złu, On odkupił cię Ciałem i Krwią Swojego Syna i ubogacił Swoim Duchem. Jesteś w wielkiej cenie u Boga, masz wielką wartość. Nie sprzedaj się więc za tanie pieniądze ludziom i światu, bo jesteś obywatelem ojczyzny wiecznej, a nie tylko ciasnych i kurczących się w czasie i przestrzeni ram doczesności. Nie lękaj się dramatu cierpienia i tragedii śmierci, masz przecież perspektywę szczęścia i życia bez końca.

Gdy tak mówimy do człowieka, odpowiadając na jego podstawowe pytania i problemy, dialog nasz niejako osiąga punkt kulminacyjny. Sam Bóg, jakby chce się nami posłużyć i toruje sobie do serca ludzkiego drogę przez swojego Ducha, aby człowiek odkrył prawdziwe oblicze Boga i doświadczył Jego miłości.

           

A może dzisiaj można już spotkać człowieka, w którym nie ma żadnego „punktu zaczepienia”, całkowicie wypranego z wartości duchowych i moralnych?

 

Oczywiście, może się zdarzyć taki wypadek człowiekowi na pewnym etapie jego życia, ale nie znaczy to, że musi on w takim stanie przeżyć całą swą egzystencję. Wierzymy bowiem, że w każdym człowieku istnieje, chociażby nieuświadomiony i głęboko zakopany ślad Boga. W każdej też chwili Bóg może przemówić do człowieka i otworzyć go na Jego słowo. Do nas więc należy niestrudzenie i bez zniechęcenia szukać tych miejsc, śladów Boga w człowieku oraz śladów zjednoczenia się Chrystusa z nim, w oparciu o które można by było zbudować, bądź odbudować wszystko.

 

Nasza mowa o Bogu musi na pewnym etapie zamilknąć czy zostać zawieszona, aby doszedł do głosu młody człowiek, aby nastąpiła niejako reakcja na to, co usłyszał.

 

Jest w dialogu o Bogu z młodym człowiekiem trudny moment, w którym ma on prawo postawić każde pytanie, chociażby nieraz przerażał nas jego radykalizm. Zaistnienie tego etapu jest niesamowicie konieczne i świadczy o zdrowym duchu, w jakim prowadzony jest dialog. Pytania te nieraz mogą szokować. Na wsłuchanie się w każde pytanie musi być przygotowany, czy to duszpasterz, czy też młody ewangelizator, nie tyle po to, aby udzielać gotowych i pośpiesznych odpowiedzi, bo mogłoby to „zgasić” dialog, ale raczej by dzielić te pytania z młodymi, by ich problemy i wątpliwości uczynić swoimi. Trzeba sobie bowiem jasno powiedzieć, że dialog ludzi na temat Boga nie należy do łatwych. Jest to jeden z najtrudniejszych dialogów, jakie przychodzi nam podejmować. Niemniej jednak, nie boimy się go ponieważ wierzymy, że w tym dialogu obecny jest między nami Jezus, a Duch Święty, wiejąc kędy chce, otwiera serca na prawdę, nawet w najbardziej niespodziewanym dla nas momencie.

Na niektóre z tych pytań, które postawią nasi młodzi rozmówcy, będzie można udzielić od razu odpowiedzi, bo sam Duch Święty podsunie nam nieoczekiwanie odpowiedź najbardziej przekonywującą. Inne trzeba będzie zostawić czasowi, dojrzewaniu młodego człowieka do zrozumienia tajemnicy planów Bożych w życiu świata i poszczególnych ludzi. Wreszcie, wobec niektórych pytań musimy nauczyć się postawy milczenia, nieraz pełnego cierpienia, ale zarazem przepełnionego trudną miłością do Boga, który przecież nie może nigdy pragnąć zła dla człowieka. Taka nasza postawa, cierpliwie słuchająca trudnych pytań młodych i wraz z nimi poszukująca na nie odpowiedzi, doprowadzi ich do odkrycia tego, co w mówieniu o Bogu najważniejsze. A mianowicie do Tajemnicy, której się nie tłumaczy, lecz którą się akceptuje i zakłada w sposobie myślenia o świecie, o życiu i jego sensie.

 

Jak mówić o Bogu ludziom, aby oni z kolei zapragnęli mówić o Bogu innym?

 

Ostatecznym sprawdzianem poprawności i autentyczności naszego mówienia o Bogu będzie zawsze wzbudzenie dynamizmu apostolskiego u tych, którym głosimy prawdę Bożą. Gdyby tak nie było, wówczas nasze mówienie o Bogu miałoby w sobie jakieś ukryte defekty, a zarazem nasza posługa wobec młodych nie spełniłaby swego celu. Młodzi więc, którzy od nas usłyszeli prawdę o Bogu, winni odzwierciedlać postawę Apostołów, którzy nie mogli nie mówić tego, co widzieli i co słyszeli /por. Dz 4,20/.

Trudności, na jakie dzisiaj napotyka głoszenie prawdy o Bogu są wyjątkowe, a kontekst socjokulturowy zupełnie różny i wciąż się zmieniający, dlatego też prawdę tę trzeba dzisiaj głosić zupełnie z nowym zapałem, z nową gorliwością. Trzeba jej poświęcić wszystkie swoje siły i umiejętności, zdolności i możliwości. Zmieniający się w zawrotnym tempie współczesny świat, który wkroczył za naszych dni w erę tzw. „cywilizacji sieci” o nieprzewidywalnych wręcz skutkach i perspektywach, jest kształtowany w głównej mierze przez cywilizację obrazu. Stąd zarówno język, jak i sposób głoszenia prawdy o Bogu, potrzebuje wciąż nowych metod, środków i form przekazu oraz ich adaptacji. Dlatego też, w głoszenie prawdy o Bogu trzeba wciągnąć i wieloaspektowo wykorzystać zwłaszcza świat mediów masowych, które na naszych oczach kształtują mentalność i postawy człowieka. Środki te mogą niesamowicie pomóc w przekazie prawdy o Bogu, docierając do rzesz ludzkich, używając adekwatnych, przekonywujących argumentów, podnosząc tę rozmowę o Bogu na odpowiedni poziom, udzielając wielu wyjaśnień i odpowiedzi na nurtujące człowieka odwieczne pytania.

 

Będąc proboszczem parafii katedralnej św. Rodziny w Częstochowie doprowadził ks. Profesor do zwieńczenia bazyliki katedralnej wieżami. Czym dla Księdza Prałata jest to wielkie dzieło?

 

Przede wszystkim jest to dzieło Boże. Rzeczywiście, miłość Boża rozlała się w wielu sercach, zarówno projektantów, wykonawców, dobrodziejów, ofiarodawców, jak i tych, którzy pokochali to dzieło i z troską codziennie spoglądali na mury wież archikatedry. Zwłaszcza, że ta architektura zaczynała mówić o tytule naszego kościoła. Na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptem była już mała wieża, którą nazywaliśmy „wieżyczką Jezusa". Gdy przyszła myśl Księdza Arcybiskupa Stanisława Nowaka, aby na rok 2000 dokończyć budowę archikatedry, wówczas te dwie wieże, które zaczęliśmy wznosić, zostały nazwane imieniem Maryi i św. Józefa. I właśnie w ten sposób Święta Rodzina, która niejako króluje w naszej archikatedrze, jakby wyszła z wnętrza i ukazała się światu, jako wzór i przykład wszystkich rodzin. Tak więc, niewątpliwie, jest to wielkie dzieło Boże.

 

Jak przedstawia się historia budowy wież?

 

Budowa rozpoczęła się w pierwszych miesiącach 1997 roku. Dnia 11 lutego, we wspomnienie Matki Bożej z Lourdes, profesorowie z Wrocławia przywieźli gotowe plany. Zostały one przez abp. Stanisława Nowaka zaakceptowane i natychmiast przystąpiliśmy do ich realizacji. Załatwiliśmy wszystkie sprawy formalne bardzo szybko i tak już 7 kwietnia Arcypasterz zainaugurował dzieło budowy specjalną modlitwą i Eucharystią w archikatedrze. Codziennie, na zakończenie Mszy św., odmawialiśmy modlitwę w intencji szczęśliwego ukończenia budowy wież.

 

I od tej pory zaczęło się bardzo trudne i mozolne dzieło…

 

Najpierw trzeba było przygotować podstawy do budowy wież. Następnie wybudowaliśmy 12 metrów muru, grubego na 85 cm. W każdej z tych ścian jest potężne okno o wysokości prawie 8 m. Nad oknami potężny, stalowy ruszt, który jest zabudowany w formie podestu, na którym jeszcze wznieśliśmy mury o wysokości 2,60 cm. I wreszcie ostatni, potężny podest, ważący od 8 do 10 ton każdy, zawierający ciężką konstrukcję stalową, jak i całą masę betonu z ozdobnym gzymsem. Ten podest stanowi podstawę dla hełmów o wysokości 30 m, zwieńczonych 4-metrowymi krzyżami. W ten sposób od kwietnia do końca października, ta część budowlana została zakończona. Przez wrzesień i październik, aż do początku listopada, kończyliśmy okładanie hełmów drewnem i blachą miedzianą. W dniu 29 października uroczyście poświęcone przez Księdza Arcybiskupa dwa krzyże, mogły zostać założone na szczyty hełmów wież tak, aby w tygodniu przed uroczystością Chrystusa Króla zostały one zamontowane i tak też się stało. Montaż hełmów zakończyliśmy w piątek 21 listopada, we wspomnienie ofiarowania Maryi w świątyni.

 

Budowa była z pewnością trudna i skomplikowana…

 

Można by mówić o wielu zagrożeniach czy niebezpieczeństwach. Trzeba Panu Bogu dziękować, że nikomu włos z głowy nie spadł. Wszystko odbywało się w należytym porządku i bezpieczeństwie. Nikt nie zachorował, nie skaleczył się, a wiadomo, że prace były wykonywane na wysokości, gdzie wszystko mogło się zdarzyć. Nasza praca i nasze dzieło było od początku przeniknięte modlitwą. To nie było tak, że najpierw będziemy budować, a potem będziemy się modlić.

 

Towarzyszył wam prawdziwy cud modlitwy?

 

Tak, dosłownie! Dnia 12 września została podjęta operacja umieszczenia przez duży dźwig ośmiu stalowych okien oraz dwóch rusztów pośrednich „R II”, na nowo wzniesionych murach dwóch wież. Od rana z dużym napięciem czekaliśmy na dźwig z „Mostostalu Kraków”, który trudno było załatwić we wcześniejszym terminie. W końcu jednak udało się, dźwig dojechał i rozlokował się na placu katedralnym. Należało tylko uważać, żeby cała operacja przebiegła prawidłowo i bezpiecznie. Tymczasem, zaistniały nieprzewidziane okoliczności. Oto zerwał się silny wiatr, który uniemożliwiał pracę dźwigu. Przy silnych podmuchach wichru, okna i stalowe elementy rusztów wciągane na wieże, powiewały na wietrze i wydawały się jak lekkie elementy drewniane. Mechanizm automatycznie sterujący dźwigiem, odmawiał w tych warunkach posłuszeństwa. Siłę wiatru mierzono w 18 jednostkach. Wobec bezradności specjalistów i praktyków oraz zagrożenia, że trzeba będzie drogo płacić za postój dźwigu, zadecydowałem natychmiast modlitewny szturm do Naszej Pani Katedralnej. Akurat zbierały się o tej porze najwierniejsze z wiernych - kobiety, które codziennie około 14.00, przychodziły na modlitwę do archikatedry. Przedstawiłem więc im tę trudną sytuację i poprosiłem, żeby nie dać za wygraną, skoro tak długo czekaliśmy na kosztowny dźwig i rozpocząć zmagania modlitewne z wiatrem. Wynieśliśmy obraz Matki Bożej Anielskiej przed katedrę i zaczęliśmy modlitewny szturm. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ku całkowitemu zaskoczeniu kierujących tą operacją inżynierów i pracowników technicznych, wiatr prawie w oka mgnieniu ucichł, a mierzony ponownie, wiał tylko z siłą trzech jednostek. Oczywiście, może ktoś przypisać ten fakt zjawisku atmosferycznemu. Dla nas zaś stało się faktem bezspornym, że 12 września, we wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi, to ręka Maryi zatrzymała ten wiatr, aby dzieło dedykowane Jej samej oraz Jej Przeczystemu Oblubieńcowi, mogło się szczęśliwie realizować.

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że nasza rozmowa nie wyczerpała nawet w części bogatego repertuaru Księdza pasterskich i naukowych dokonań. Trzeba nam po prostu zrozumieć, że to Bóg pisze nasze kapłańskie życiorysy, zaś naszą powinnością jest poddać się Jego planom, Jego zbawczej woli.

 

Zawsze pozostanie dla nas wielką tajemnicą, dlaczego Bóg stawia nas akurat w tym, a nie w innym miejscu i właśnie w tym a nie w innym czasie. Wiara każe nam widzieć w tych zmiennych okolicznościach czasu i miejsca głębszy sens, a nie tylko zbieg okoliczności czy zwykły przypadek. Tu i teraz, a nie tam i kiedy indziej, Bóg objawia nam Swoją miłość i pragnie nas wciągnąć w Swoje miłosierne, zbawcze plany wobec świata i ludzi.

 

Czas jubileuszu to czas szczególny, w którym staramy się dostrzec znaczące dla nas wydarzenia ze swego życia, ślady, które pozostawiamy po sobie.

 

Są to swoiste „ślady łaski”, które raz jeszcze mogą uświadomić, jak Bóg dotykał ludzkich serc w konkretnym czasie i na konkretnym miejscu. To bowiem, co dokonuje się w duszy kapłana i w duszach powierzonych jego pieczy wiernych, pozostaje zakryte przed ludzkimi oczyma. Możemy jednak ocalić od zapomnienia i dać świadectwo temu, co jest zewnętrznym wyrazem i przejawem łask, jakich Bóg udziela ludziom przez kapłańską posługę, a których i kapłan doświadcza przez otwartość ludzi na Bożą łaskę i dobroć serca, którą mu okazują. Obyśmy tylko wtedy nie zwątpili w nieustanny dopływ Jego Mocy i uważali, że moc ta nie płynie z nas, lecz od tego, który nas wybrał i prowadzi sam za rękę, tam, gdzie sam chce i tak jak sam zechce. Dlatego chcę potwierdzić, że w mej codziennej kapłańskiej działalności, niekiedy bardzo skomplikowanej i trudnej, zawsze towarzyszyła mi nadzieja!

 

Księże Dyrektorze, dziękuję za możliwość przeprowadzenia tej rozmowy. Choć była ona wielowątkowa, to jednak pominęła wiele interesujących kwestii z życia i działalności Księdza. Sądzę, że uważne przeczytanie „curriculum vitae” zamieszczone w Księdze Jubileuszowej uświadomi uważnemu Czytelnikowi ogrom prac, jakie podejmował Ks. Dyrektor w czasie swej 38-letniej posługi kapłańskiej i 25-letniej działalności naukowej.

W imieniu środowiska naukowego Wyższego Instytutu Teologicznego w Częstochowie i własnym, życzę wielu sukcesów duszpastersko-naukowych, wspartych Bożą pomocą i wdzięcznością tych, którym poświęcał Ks. Jubilat swoje pracowite, kapłańskie życie. Ad multos annos!

 

Historia powstania obrazu, Jezu Ufam Tobie  

W czerwcu 1930 r. s. Faustyna została przeniesiona do domu zgromadzenia w Płocku, gdzie pracowała kolejno w kuchni, piekarni oraz w sklepie, w którym sprzedawała pieczywo Praca była ciężka. Łatwo było o rozproszenie i utratę ducha zakonnego, szczególnie w sklepie. Mimo to s. Faustyna potrafiła zachować w sobie modlitewne skupienie.

W dniu 22 lutego 1931 r. - I Niedziela Wielkiego Postu - ukazał się jej Jezus. W Dzienniczku tak opisuje to spotkanie:

Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Jezusa ubranego w białe szaty. Jedna ręką wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie.
Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także już tu, na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić je będę jako swojej chwały.

W późniejszym czasie Pan Jezus objaśnił s. Faustynie, co przedstawia ten obraz: blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze. Czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz. Te dwa promienie wyszły z wnętrzności Miłosierdzia mojego wówczas, gdy konające Serce moje zostało włócznia otwarte na krzyżu. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga.

Na innym zaś miejscu w Dzienniczku s. Faustyna zapisała słowa Chrystusa: Gdy na świat przyjdą kary za grzechy, a ojczyzna twoja będzie w ostatecznym poniżeniu, jedynym ratunkiem będzie ufać w Miłosierdzie Boże. Ocalę miasta i domy, w których będzie ten obraz. Obronie również osoby, które będą czciły i ufały memu miłosierdziu.

W kwietniu 1933 r. s. Faustyna składa śluby wieczyste w obecności bpa Stanisława Rosponda w kaplicy zakonnej w Łagiewnikach pod Krakowem. W lipcu tegoż roku wyjeżdża na placówkę do Wilna. Jej spowiednikiem jest wielce światły i świątobliwy kapłan ks. Michał Sopoćko, który polecił artyście Eugeniuszowi Kazimierowskiemu namalować obraz Pana Jezusa według wskazań s. Faustyny. W czerwcu 1934 r. obraz był gotowy, ale obraz siostrze się nie podobał, gdyż Pan Jezus nie był tak piękny jak w czasie widzenia. Ks. Sopoćko umieścił obraz w ciemnym korytarzu klasztoru Sióstr Bernardynek. Jednak s. Faustyna powiedziała mu, że Pan Jezus nie jest zadowolony z tego umiejscowienia obrazu. W roku następnym Kościół obchodził Rok Jubileuszu Odkupienia. W Wielkim Tygodniu - na wyraźne polecenie samego Jezusa - s. Faustyna prosiła ks. Sopoćko, aby obraz został umieszczony na trzy dni w Ostrej Bramie, na czas modlitewnego triduum od 26 do 28 kwietnia 1935 r. Tak się złożyło, że ks. Sopoćko został poproszony o wygłoszenie kazania na zakończenie triduum, w Niedzielę Przewodnią, o której Pan Jezus s. Faustynie objawił: Pragnę, aby pierwsza Niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia. W tym dniu otwarte są wnętrzności Miłosierdzia mego. Kto przystąpi do Źródła Życia, ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar (...) Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopóki nie wróci się z ufnością do Miłosierdzia mojego. Ks. Sopoćko zgodził się, ale pod warunkiem wywieszenia obrazu Bożego Miłosierdzia do publicznej czci.

Dnia 4 kwietnia 1937 r., za pozwoleniem arcybiskupa wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego, obraz został poświecony i zawieszony w kościele św. Michała w Wilnie - gdzie ks. Sopoćko był rektorem - po lewej stronie wielkiego ołtarza. Stąd kilkakrotnie brano go do urządzania ołtarzy na Boże Ciało.

Na prośbę Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia artysta Stanisław Batowski ze Lwowa namalował nowy obraz Miłosierdzia Bożego. Został on umieszczony w kaplicy Zgromadzenia w Warszawie, gdzie spłonął w czasie Powstania Warszawskiego. Wówczas Przełożona Generalna zleciła Batowskiemu namalowanie kolejnego obrazu, do domu w Krakowie - Łagiewnikach, gdzie już mocno rozwijał się kult Bożego Miłosierdzia w formach zaleconych przez s. Faustynę. W tym czasie inny obraz namalował prof. Adolf Hyła i ofiarował go przełożonej s. I. Krzyżanowskiej jako wotum za ocalenie w czasie wojny. Powstał problem, który z obrazów wybrać. Sytuację rozstrzygnął kard. Adam Stefan Sapieha - Skoro Hyła namalował obraz jako wotum, niech on zostanie w kaplicy Sióstr. Obraz Batowskiego umieszczono w kościółku Miłosierdzia Bożego w Krakowie przy ul. Smoleńsk.

Do istotnych elementów obrazu należą słowa umieszczone w podpisie: Jezu, ufam Tobie. Mówił o tym Pan Jezus już w czasie pierwszego objawienia w Płocku i potem w Wilnie: Jezus mi przypomniał - pisze s. Faustyna - że te trzy słowa muszą być uwidocznione. Nie chodzi tu o liczbę słów, ale o ich sens, integralnie związany z rysunkiem i treścią obrazu.

Pan Jezus określił jeszcze jeden szczegół rysunku tego obrazu, powiedział mianowicie: Spojrzenie z tego obrazu jest takie, jako spojrzenie z krzyża. Sprawa spojrzenia nie jest więc bez znaczenia, skoro sam Pan Jezus zwraca na to uwagę. Czyli przywiązuje do tego szczegółu jakieś znaczenie. I tutaj spotykamy się z podwójną interpretacja tego życzenia Pana Jezusa: jedni odczytują te słowa realistycznie i mówią, że wzrok ma być skierowany ku dołowi, jak z wysokości krzyża; inni sądzą, że chodzi tu o spojrzenie wyrażające miłosierdzie. W zależności od tej interpretacji powstały jakby dwie szkoły malowania obrazów Jezusa Miłosiernego.

Jakie jest znaczenie tego obrazu?

Tzw. "miejsca teologiczne" wskazał sam Pan Jezus, wiążąc poświęcenie tego obrazu i publiczną jego część z liturgią I Niedzieli po Wielkanocy. Kościół czyta w tym dniu Ewangelię o ukazaniu się zmartwychwstałego Zbawiciela w Wieczerniku, gdzie nastąpiło ustanowienie sakramentu pokuty.

Na tę scenę z Wieczernika nakłada się wydarzenie z Wielkiego Piątku: ukrzyżowanie i przebicie włócznią Bożego Serca. Te dwa promienie - powiedział Pan Jezus - wyszły z wnętrzności miłosierdzia mojego wówczas, kiedy konające Serce moje zostało włócznia otwarte na krzyżu, co potwierdza w Ewangelii św. Jan. Pan Jezus wyjaśnił ponadto, że blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz. Św. Tomasz, przywołując Ojców Kościoła, łączy symbolikę wody i krwi z sakramentem chrztu i Eucharystią, co można również odnieść i do pozostałych sakramentów. Ks. Ignacy Różycki pisze: woda i krew (...) oznaczają łaski Ducha Świętego, który został nam dany na skutek Chrystusowej śmierci. To samo głębokie znaczenie posiadają ostatecznie te dwa promienie przedstawione na obrazie Miłosierdzia Bożego.

Obraz Jezusa Miłosiernego często bywa nazywany obrazem Miłosierdzia Bożego, co jest słuszne, ponieważ w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa najpełniej objawiło się Miłosierdzie Boga w stosunku do człowieka.

Na czym polega kult obrazu?

Obraz zajmuje główna pozycje w całym nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego, gdyż stanowi on widzialną syntezę zasadniczych elementów tego nabożeństwa: przypomina istotę kultu - bezgraniczna ufność wobec dobrego Boga i obowiązek miłosiernej miłości wobec bliźnich. O ufności wyraźnie mówi akt, znajdujący się w podpisie obrazu: Jezu, ufam Tobie. Obraz przedstawiający miłosierdzie Boga ma być, z wyraźnej woli Jezusa, znakiem przypominającym podstawowy chrześcijański obowiązek, jakim jest czynna miłość bliźniego. On (obraz) ma przypominać żądania mojego miłosierdzia - mówi Jezus - bo nawet wiara najsilniejsza nic nie pomoże bez uczynków. Czyli cześć obrazu polega na łączeniu ufnej modlitwy z praktyka uczynków miłosierdzia.

Obietnice przywiązane do czci obrazu

Z kultem obrazu miłosierdzia związane są trzy zasadnicze obietnice, które w objawieniach s. Faustynie Chrystus bardzo wyraźnie określił:

Dusza, która czcić będzie ten obraz nie zginie - czyli dał obietnicę wiecznego zbawienia;

Obiecuję także, już tu, na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi - chodzi o nieprzyjaciół zbawienia i osiąganie dużych postępów na drodze doskonałości chrześcijańskiej;

Ja sam bronić jej (duszy) będę jako Swej chwały w godzinie śmierci - obietnica łaski dobrej śmierci.

Jednak hojność Chrystusa nie ogranicza się tylko do tych trzech szczególnych łask. Skoro powiedział Podaję ludziom naczynie, z którym maja przychodzić po łaski do źródła Miłosierdzia, to tym samym nie postawił żadnych granic ani zakresowi, ani wielkości tych łask i doczesnych dobrodziejstw, jakich oczekiwać można, czcząc z niezachwiana ufnością obraz Miłosierdzia.

Rozważanie o obrazie Bożego Miłosierdzia zakończmy bardzo praktycznym wskazaniem ks. prof. Różyckiego: Obraz ten jest z wyraźnej woli Jezusa znakiem, który ma przypominać Chrystusowe żądania czynienia miłosierdzia. Ponieważ ta druga rola obrazu bywa, niestety, często zapominana, a sama cześć obrazu, bez uczynków, nie jest nabożeństwem, którego Chrystus sobie życzył, wielbiciele Miłosierdzia powinni dostosować się Chrystusowego żądania, aby żaden dzień nie upłynął im bez jednego chociażby aktu miłosierdzia: czynem, słowem lub modlitwą. Wypływa z tej drugiej roli obrazu wniosek praktyczny, jasny i bardzo ważny dla nas : Jezus oczekuje i żąda, by ufna modlitwa do Miłosierdzia przed tym obrazem połączona była z rachunkiem sumienia: jak spełniam wymagania Chrystusa, by dokonać chociażby jednego uczynku miłosierdzia na dzień.